Nie wiem co robić, jestem taka zagubiona...
Moja historia jest nieco zawiła i rozpoczyna się od wakacji 2007 roku. Wtedy miałam 13 lat i sama dokładnie nie wiem, co mnie podkusiło, żeby się odchudzać. Po koloniach tak po prostu postanowiłam trochę zrzucić.
Zawsze byłam chuda, nawet w podstawówce przezywali mnie od anorektyczek, a ja naprawdę sporo jadłam. Później postanowiłam przytyć, jadłam po nocach po kilka bułek, słodkie rzeczy... I przytyłam do ok. 56 kg. (Mam 161 cm wzrostu). Ubierałam nawet na siebie po kilka bluz. I to tylko po to, żeby już nigdy nikt mnie nie wyzwał od anorektyczki. Jednak w tamte wakacje jakoś mi się to odwidziało. Postanowiłam schudnąć. Pamiętam, że pod koniec sierpnia tamtego roku potrafiłam cały dzień robić brzuszki, praktycznie nic nie jedząc. We wrześniu 2007 r. okazało się, że ważę 41 kg. Mama była bezradna, więc na cito mnie wysłała do szpitala w Lublińcu. Moja psychika...
Byłam bardzo zamknięta w sobie, w ogóle odizolowana od życia. W Lublińcu byłam kilka dni, bo mama mnie przewiozła do szpitala w Sosnowcu. Pobyłam tam około 5 tygodni i mnie wypuścili z wagą 41 kg. Obiecywałam, że nie spadnę na wadzę i będę kontynuowała 'leczenie ambulatoryjne' w swoim mieście. Uzgodnione, że co tydzień kontrola wagi, co dwa tygodnie terapia z mamą (na początku była też z bratem, ale później w ogóle nie chodził). Generalnie wszystko szło po ich myśli. Cały czas trzymałam wagę to 41/42 kg. W końcu nie musiałam chodzić na kontroli wagi. Pozostała tylko terapia. I tak było do czerwca 2008 r.
Wakacje mi odpuścili zupełnie. Miałam się pokazać dopiero we wrześniu. I tutaj się wszystko zaczęło intensywnie. Spadłam po wakacjach do 34/35 kg. Znów zaczęły się cotygodniowe kontrole wagi u lekarza i terapie co dwa tygodnie. Już wypisywali mi skierowanie do szpitala, kiedy ja obiecałam im, że się poprawie... Zaufali. Powiedzieli, że dają mi czas do marca 2009 r. Termin miałam ustalony na koniec maja 2009 r. żeby mieli mnie cały czas "w garści". Ja kompletnie się tym nie przejmowałam, bo myślałam, że chcą mnie nastraszyć. Ok, więc wymyśliłam manewry z wodą. Udawało się, ale tylko zawyżyć 2, maksymalnie 3 kg w górę z tą wodą. Denerwowało ich to, że "tak mało" więc wypisali mi drugie skierowanie, bo to wypisane we wrześniu było na pół roku, więc w marcu straciło ważność... Ja im przysięgłam, że się poprawie... Podpisałam z nimi pisemny kontrakt, że będę jadła 5 posiłków dziennie. Okłamałam oczywiście. Oszukiwałam. Kazali mi zapisywać w notesiku od stycznia co jem. Oszukiwałam. Ale waga "rosła" no, bo 'umiejętne manewry z wodą'.
Pewnego razu, jakieś kilka miesięcy temu mama ściągnęła mnie prosto spod szkoły do lekarza na wagę. Ja wiedziałam, że w ten dzień (zawsze środy) i tak muszę tam iść, więc wstępnie się przygotowałam. Ale za mało! Waga w ich "zapiskach" dość drastycznie spadła, bo "2 kg na tydzień"... (oczywiście i tak wcześniejsze były upozorowane, ale oni tego nie wiedzieli i ta tak samo). Powiedziałam, że się poprawie. Obiecałam, w domyśle mając lepsze opracowanie planu "z wodą". Udało się, woda świetnie się sprawdziła. Zauważyli, że za tydzień było 2 kg więcej (upozorowanej w dalszym ciągu) więc się bardzo zdziwili O_o.
Patrząc na mój "prawdziwy notatnik-jadłospisu" powiedzieli, że to niemożliwe. Więc moja mama już zaczęła dzwonić na poważnie do szpitala w Sosnowcu. To był koniec kwietnia 2009. Powiedzieli, że nie ma miejsc, że będą dzwonić po 10 maja. Zadzwonili 20 maja. Mama mnie zawiodła do szpitala... Trafiłam tam z wagą 36 kg. Spędziłam tam pół roku. Dostałam kontrakt terapeutyczny, według którego im bardziej przybierałam na wadze, tym mam więcej 'przywilejów' np. mogę korzystać z zajęć, wymieniać szpitalne produkty na swoje, możliwość wyjścia do sklepiku poza oddział, wyjść na spacery itd. Ja jednak bardzo długo w ogóle nie mogłam opuszczać oddziału. Na pewno było to jakieś 4/5 miesięcy. Bez żadnych spacerów i wyjść na zewnątrz. Cały czas w zamknięciu. Dopiero pod koniec mojego pobytu mogłam wychodzić na weekendowe przepustki.
W szpitalu, jak to w szpitalu jadłam wszystko, co mi kazali. Dużo ćwiczyłam, żeby nie przytyć. I już po kilku tygodniach postanowiłam się opijać wodą. Ważenie było niespodziewanie codziennie, albo co dwa, trzy dni. Więc codziennie wstawałam wcześniej, żeby się opić 2 litrami wody. Raz się udawało, raz nie. Więc miałam sporo konsekwencji z tym związanych. Reżimy łóżkowe, zabieranie rzeczy osobistych, brak odwiedzin i łóżko na korytarzu. Tylko ludzie, których tam poznałam sprawili, że byłam w stanie tam wytrzymać. W końcu po 6 miesiącach wyszłam stamtąd z wagą wpisową (przy bmi 17, czyli w moim przypadku 43 kg). Mama, pomimo że dwa razy w tygodniu przez ten długi okres 6 miesięcy do mnie przyjeżdżała była bardzo konsekwentna i nie chciała mnie wypisać na własne żądanie. Byłam tam od maja do listopada 2009 r. Wróciłam i jestem 3 miesiące w domu.
Powrót do szkoły był trudny, ale jestem w 3 gimnazjum, przez 2 lata byłam przewodniczącą, więc mam naprawdę dobre relacje z rówieśnikami. Po przyjeździe od razu rano się zważyłam i było nie całe 41 kg. Tak myślałam, bo odjęłam te ok. 2 litry, które wypijałam. Teraz spadłam do 37/38. Nie mam normalnego podejścia do jedzenia. Chciałabym, żeby mi powróciła miesiączka. Mam przecież 16 lat!
A ostatni raz miałam na przełomie 2007/2008 roku w grudniu. Na wypisie miałam wskazane terapie indywidualne z psychologiem. Jednak uparłam się i nie chcę tam chodzić. Nie pomagało mi to... Bo miałam styczność z psychologami przecież od 2007 roku. I nic.
Po powrocie z półrocznego pobytu w szpitalu w ogóle nie mam kontaktu z lekarzem ani psychologiem. Nie chce. Naprawdę czuję, że to nie jest mi pomocne. Mama jest bezradna. Powiedziała, że póki nie będę ważyła 43 kilo nie wróci mi okres. Mam z nią napięte stosunki. Często się kłócimy, a ona mnie straszy szpitalem. Nie mam w ogóle dostępu do komputera i internetu. To, że teraz piszę - to przypadek. Mama była dziś zabiegana i zapomniała go schować. Codziennie się ważę od powrotu ze szpitala. Jem bardzo mało, chociaż tak bardzo chcę, żeby było normalnie. Ale te myśli, że nie mogę przytyć... To takie niewyobrażalne. Nie do opisania. I jeszcze dręcząca mnie sprawa moich zdjęć w internecie w moim "najchudszym okresie".
Brat i mama, kilka znajomych bardzo nalega, żebym usunęła to konto, ale jakoś nie jestem w stanie! Widać na nich moje wystające kości, chudą twarz. I mimo, że są artystyczne, obrobione w programach graficznych... To zwracają one uwagę na chudość. Moje kontakty towarzyskie są całkiem w porządku. Chociaż wiem, że sporo tracę przez to, że nie jem po godzinie 18, więc z imprezami jest bardzo trudno. Albo jak idziemy na wieczorny seans do kina. Wszyscy jedzą, ja nie. Albo jak ktoś mnie czymś poczęstuje. Taka sama sytuacja.
Nie wiem co robić, jestem taka zagubiona...
Pytanie zadane przez pr...15@poczta.onet.pl
Na pytania naszych użytkowników odpowiadają lekarze, psychologowie i dietetycy. Odpowiedź otrzymasz średnio od 4 do 24 godzin.
Odpowiedzieliśmy już na 6373 pytania
Podobne pytania
Odpowiada: mgr Kamila Krocz
Pytanie zadane przez vi...99@onet.eu
Odpowiada: mgr Arleta Balcerek
Pytanie zadane przez da...44@wp.pl
Odpowiada: mgr Arleta Balcerek
Pytanie zadane przez mp...sz@op
Odpowiada: mgr Magdalena Brudzyńska
Pytanie zadane przez bo...60@onet.pl
Odpowiada: mgr Kamila Krocz
Pytanie zadane przez k....cz@op.pl
Odpowiada: mgr Magdalena Brudzyńska
Pytanie zadane przez da...13@gmail.com
Odpowiada: mgr Arleta Balcerek
Pytanie zadane przez ma...07@wp.pl
Odpowiada: lek. med. Agnieszka Barchnicka
Pytanie zadane przez ma...ot@op.pl
Odpowiada: lek. med. Agnieszka Barchnicka
Pytanie zadane przez ma...ot@op.pl
Odpowiada: lek. med. Agnieszka Barchnicka
Pytanie zadane przez bl...cs@buziaczek.pl
Odpowiada: mgr Arleta Balcerek
Pytanie zadane przez ma....a@interia.pl
Odpowiada: mgr Arleta Balcerek
Pytanie zadane przez ju...16@buziaczek.pl
Odpowiada: mgr Magdalena Brudzyńska
Pytanie zadane przez gp...a1@o2.pl
Odpowiada: mgr Magdalena Brudzyńska
Pytanie zadane przez an...08@buziaczek.pl
Odpowiada: mgr Magdalena Brudzyńska
Pytanie zadane przez ed...29@wpl.pl
Odpowiada: mgr Magdalena Brudzyńska
Pytanie zadane przez ul...00@gmail.com
Odpowiada: mgr Arleta Balcerek
Pytanie zadane przez do...91@o2.pl
Odpowiada: mgr Magdalena Brudzyńska
Pytanie zadane przez it...me@onet.eu
Odpowiada: mgr Magdalena Brudzyńska
Pytanie zadane przez ew...11@vp.pl
Odpowiada: mgr Magdalena Brudzyńska
Pytanie zadane przez an...93@wp.pl


Komentarze (komentowanie tymczasowo wyłączone)
Najgorsza jest dwubiegunowość, prawda? Nie chcesz, ale chcesz. Nie chcę już chudnąć, ale chcę być chuda. Niestety, też znam to bardzo dobrze. Wierzę, że uda Ci się wybrnąć. Trzymam kciuki!
Hej, bardzo dziękuję za wsparcie i za komentarz do mojej historii (pt. Przyszła niespodziewanie-anoreksja). Chciałam tylko nawiązać do ostatnich zdań twojej historii i powiedzieć, że ja również mam problem z przestrzeganiem zasady nie jedzenia po godzinie 18:00 i moi znajomi niestety się dziwią, bo kiedy oni "wcinają" chipsy i inne słodycze to ja tylko na nich patrze a jak zjem kostke czekolady to już myśle o kaloriach... To jest bardzo uciążliwe!! Ale wierze, że bedzie dobrze. Życzę Ci wytrzymałości i pamiętaj,że granica jest cienka i można przesadzić!! Trzymaj się!
Pozdrawiam!
Hej, bardzo dziękuję za wsparcie i za komentarz do mojej historii (pt. Przyszła niespodziewanie-anoreksja). Chciałam tylko nawiązać do ostatnich zdań twojej historii i powiedzieć, że ja również mam problem z przestrzeganiem zasady nie jedzenia po godzinie 18:00 i moi znajomi niestety się dziwią, bo kiedy oni "wcinają" chipsy i inne słodycze to ja tylko na nich patrze, a jak zjem kostkę czekolady to już myślę o kaloriach. To jest bardzo uciążliwe!! Ale wierze, że będzie dobrze. Życzę Ci wytrzymałości i pamiętaj, że granica jest cienka i można przesadzić!! Trzymaj się!
Pozdrawiam!
Witaj. Przeczytałam Twoją historię i nie mogę zostawić jej bez odpowiedzi. Serdecznie ci współczuję, gdyż, mimo że nie choruję na anoreksję, ani na bulimię potrafię wczuć się w Twoją sytuację. Ja natomiast mam inny problem, od dziecka walczę z nadwagą i ciągłym obżarstwem, ale potrafię powiedzieć sobie stop, wtedy kiedy trzeba. Anoreksja jest niestety bardzo podstępną chorobą, tak naprawdę jest to pewne zaburzenie psychiczne związane z niską samooceną i rożnymi zaburzeniami w sferze psychiki, tym bardziej że zdajesz sobie sprawę, że coś jest z Tobą nie tak. Mimo to nadal próbujesz się odchudzać. Nie wiem czy powiedział Ci ktoś kiedyś, że przez tą chorobę możesz umrzeć, postaw się w sytuacji swojego organizmu, jemy po to by dostarczyć mu wszystkich niezbędnych składników odżywczych, to jest nasze paliwo, jesli go nie ma organizm czerpie zapasy ze wszystkiego, czego się da, by się ratować. Najpierw żywi się tkanką tłuszczowa, później mięśniową, a na końcu wysysa kości stąd osteoporoza u takich osób z anoreksją.
Kiedy już nie ma z czego, pobierać atakuje wszystkie ważne narządy, lecz nie ma już odwrotu, niedożywiony, wycieńczony organizm po prostu się poddaje. Przepraszam, że w tak drastyczny sposób Ci to napisałam, ale tak to wygląda. Jesteś osobą bardzo młodą, masz całe życie przed sobą i pomyśl, czy takie oszukiwanie lekarzy z wypijaniem 2 litrów wody przed warzeniem, ma jakiś sens. Tak naprawdę oszukujesz samą siebie, lekarze póki mogą pomagają Ci, tak samo twoja mama walczy o Ciebie, a wiesz dlaczego? Bo boi się, że może Cię na zawsze stracić. Rozumiem, że jesteś zagubiona, ale teraz, zamiast walczyć sama z sobą, zacznij walczyć z anoreksją, spójrz w lustro, popatrz na siebie i zobacz co ona z Tobą zrobiła, jak okropnie wyniszczyła Twój organizm. Zacznij pomału się odżywiać, jedz owoce warzywa, codziennie spoglądaj w lustro i patrząc na siebie powtarzaj sobie, że to nie anoreksja wygra z Tobą, ale Ty z nią. Mam nadzieję, że troszkę pomogłam, ale naprawdę walcz dziewczyno o siebie, życie jest nazbyt krótkie, by to wszystko stracić.