Trwa ładowanie...

Joanna Pawluśkiewicz o COVID: To było tak, jakby moje ciało zaczęło się po kolei wyłączać

- Łatwo jest mówić, że teraz musisz odpuszczać, i niby masz tego świadomość, ale z drugiej strony - ileż tak można? Nagle okazuje się, że ma się żyć według tego, co dyktuje ciało – opowiada nam Joanna Pawluśkiewicz. Scenarzystka, pisarka, producentka filmowa i telewizyjna przyznaje, że mimo wyzdrowienia covidowy koszmar nadal się dla niej nie skończył.

Zobacz film: "Prof. Rejdak wymienia powikłania neurologiczne po COVID-19"

Joanna Pawluśkiewicz zachorowała na COVID-19 w marcu
Joanna Pawluśkiewicz zachorowała na COVID-19 w marcu (arch. prywatne)

Katarzyna Grzęda-Łozicka, WP abcZdrowie: Jaka były pierwsze myśli, pierwsze odczucia, kiedy pani zachorowała?

Joanna Pawluśkiewicz, scenarzystka, producentka filmowa oraz telewizyjna, pisarka i aktywistka przyrodnicza: To było tak, jakby moje ciało zaczęło się po kolei wyłączać. To było bardzo gwałtowne. Nagle zaczęłam się bardzo źle czuć, w tym czasie zmarła moja mama, więc początkowo myślałam, że czuję się tak źle ze stresu. Zaczęły mnie boleć stawy, ale w taki sposób, że czegoś takiego nigdy nie czułam. Potem straciłam węch i smak, co było dla mnie niesamowicie dziwne. To jest takie odłączenie zmysłów, że nagle w szybkim czasie trzeba się na nowo nauczyć jeść. Nie wiadomo, co się dzieje, człowiek boi się jeść pewnych rzeczy, wącha wszystkie sosy i czosnek i ogórki kiszone i nic. Do tego doszły potworne bóle głowy.

Choroba postępowała dość gwałtownie.

Zaczęłam opadać z sił. Ponieważ byłam sama w domu, zaczęłam się bać. W pewnym momencie nie wiesz, co się dzieje. Wstajesz z łóżka, gdzieś idziesz, zapominasz gdzie. To jest makabra. Zaczęła mi również spadać saturacja, miałam dostarczony przez przyjaciół pulsoksymetr.

Lekarka Lucyna Marciniak, która jest wspaniałym człowiekiem i cały czas mnie prowadziła, powiedziała mi, że choroba tak szybko postępuje, że powinnam iść do szpitala. Ale mnie wydało się to niemożliwe z powodów osobistych.

W końcu pojechałam do szpitala do Hajnówki i tam od razu mnie zostawili. To był mój pierwszy pobyt w szpitalu w życiu. Kompletnie nie wiedziałam, co się dzieje. Nie pamiętam tych pierwszych godzin.

Oprócz tych bardziej typowych dolegliwości doszły też uciążliwe problemy gastryczne. Jak długo się utrzymywały?

Biegunka była od początku. To jest straszne, tak jakby do tego wszystkiego doszedł jeszcze rotawirus, bo to jest ten rodzaj hardcoru. Teraz z tych dolegliwości gastrycznych zostało mi to, że często czuję mdłości. Przejdę parę kroków i mam jakieś zawroty głowy, robi mi się niedobrze.

Wiele osób wspomina pobyt w szpitalu na oddziałach covidowych jako ogromną traumę, samotność, bezosobowy personel w białych kombinezonach. Jak było u pani?

Nie wiem, jak jest w innych szpitalach, ale w Hajnówce to była gigantyczna pomoc i serce. Zajęli się mną przewspaniale. Pokoje w tych oddziałach zakaźnych mają takie śluzy, gdzie lekarze i pielęgniarki przebierają się w te wszystkie stroje. Zakładają te dwie pary rękawiczek, kostium, maskę, przyłbicę.

Człowiek czuje się równocześnie jak w filmie science fiction i w dziwnym serialu. Moi przyjaciel pytali mnie, czy jest bardziej jak "Leśna Góra" (miejscowość, w której rozgrywa się akcja serialu "Na dobre i na złe" - przyp. red.) czy "Ostry Dyżur". To była totalna "Leśna Góra". Wszyscy byli tak samo mili, jak w tym serialu. Jestem pełna wdzięczności za pomoc, którą tam dostałam.

Z powodu COVID-19 po raz pierwszy w życiu trafiła do szpitala
Z powodu COVID-19 po raz pierwszy w życiu trafiła do szpitala (arch. prywatne)

Jest pani ozdrowieńcem. Zakażenie minęło, ale wiele dolegliwości zostało. Z jakimi powikłaniami nadal się pani zmaga?

To początkowe zakażenie, te wszystkie bóle, utrata smaku, węchu - to się dzieje bardzo szybko. Ale potem tak naprawdę zaczyna się najgorsza rzecz. Jesteśmy przyzwyczajeni, że kiedy mamy grypę czy zapalenie oskrzeli, to wiemy, czego się spodziewać. Wiemy, że po 5 dniach będzie trochę lepiej, potem będzie się trochę kręciło w głowie, ale po 7-10 dniach będziemy mogli iść na spacer i przede wszystkim wrócić do pracy. Natomiast tutaj tak się nie dzieje. Jestem chora od ponad 3 tygodni i stan powoli się poprawia, ale powoli.

Piszemy teraz z Agnieszką Matan film dla dzieci o Puszczy Białowieskiej i słowiańszczyźnie pt. "Wanda" i nie pamiętam wydarzeń w tym filmie. Jako scenarzystka w ogóle nie mogę pracować. Zapominam na chwilę wiele słów. Nie jestem w stanie się skupić. Czytam książkę i albo zasypiam, albo zapominam, co czytałam. Taki człowiek jest przymulony cały czas. Ludzie opisują, że czują się, jakby byli za szybą. To jest dokładnie to uczucie. Plus zaczęłam się gubić w miejscach, które doskonale znam. Nie znoszę tego uczucia zagubienia.

Niektórzy mówią, że człowiek po COVID staje się w pewnym sensie więźniem swojego ciała, że trzeba dać sobie czas na ten powrót do formy sprzed choroby.

Łatwo jest mówić, że teraz musisz odpuszczać, i niby masz tego świadomość, ale z drugiej strony - ileż tak można? Nagle okazuje się, że ma się żyć według tego, co dyktuje ciało.

Należę do skowronków. Wcześniej o godzinie 7:30 leciałam z psem do lasu, potem brałam się do pracy, a teraz śpię do 11:00, co jest dla mnie szokiem. Oczywiście mam totalne szczęście, że jestem freelancerką i mogę sobie pozwolić na to, żeby tak funkcjonować. Ale jak długo? Jak myślę, że ludzie muszą od razu po tej chorobie wracać do pracy z tą słabością, z tym brakiem węchu, to ja potrafię sobie wyobrazić, jak padają kolejne gałęzie gospodarki. Na moim przykładzie już widzę, na ilu ludzi ma wpływ takie jedno zachorowanie. Teraz stoi nasz film, stoi projekt serialu, bo ja nie mogę nic zrobić, a w tym przypadku to jest taka praca w naczyniach połączonych. To mnie przeraża.

To był powód postu, który umieściła pani na FB na temat choroby i przeżyć związanych z COVID? Jest bardzo odważny i osobisty.

Napisałam ten post z nadzieją, że jak napiszę taką prawdę, łącznie z tą sraczką przy COVID, to może przyjemniej jedna osoba się zastanowi nad sobą. Może pomyśli, że jego choroba będzie miała wpływ na kolejnych 20 osób. Na nasze rodziny, znajomych, współpracowników. Być może moja prawda do nich przemówi. Dostałam bardzo dużo wstrząsających wiadomości od zupełnie obcych ludzi, że opisałam ich przeżycia.

Dzisiaj jest mi potwornie smutno, bo miałam pomagać mojemu koledze w nagraniu sceny do jego filmu. Jak zachorowałam 3 tygodnie temu, to mnie pytał, czy dam radę, wtedy mu mówiłam: Janek daj spokój, ile to człowieka może trzymać. A teraz musiałam do niego zadzwonić i powiedzieć, że nie ma szans.

To jest tak denerwujące, że rzeczy, które kochasz, które chcesz robić, nagle odpadają. Teraz nie mogę niczego planować, bo najpierw muszę zrobić kolejne badania. Mam do tego jeszcze kolejny postcovidowy objaw – cały czas słyszę takie denerwujące szumienie w uchu, non stop. Lekarz mi napisał na grupie na Facebooku, że będzie trzeba iść na tomografię mózgu, że to są jakieś neurologiczne uszkodzenia. A ja mam ochotę krzyczeć: Nie! Co jeszcze?!

I jak jeszcze raz usłyszę od kogoś, że to jest jak grypa, to wyjdę i będę wrzeszczeć na ulicach, jeżeli tylko będę miała na to siły. Pamiętam, że jak już miałam wirusa i była demonstracja antycovidowa, to tak leżałam i myślałam, że potem będą ich przywozić do szpitali i ci lekarze będą ich musieli ich leczyć. I płakałam.

Jaką pracę my musimy wykonać jako społeczeństwo, żeby się z tego podnieść? To jest niesamowicie ciężka obywatelska praca. Zamierzam się w to zaangażować. To jest moje postanowienie. Może będę brać ludzi na spacery do lasu, robić warsztaty z improwizacji, które bardzo pomagają na pamięć, na koncentrację, na skupienie i empatię. To jest wielki kryzys, z którego my sobie chyba nie bardzo zdajemy sprawę. Przejmujemy się, że nie pojechaliśmy na święta, nie będziemy mieli miłej balangi, a przed nami jest zmierzenie się z megapoważną rzeczą - wychodzeniem z tego dziadostwa. Nie jestem sobie w stanie wyobrazić, co czują młode osoby, które siedzą cały czas w domu ze zdalnym nauczaniem – musimy się nimi jakoś zająć.

(Joanna Pawluśkiewicz opowiada o życiu po COVID (zdj. Tomasz Kaczor))

Co panią najbardziej zaskoczyło w życiu po COVID?

Zaskoczyło mnie to, że trzeba zwolnić o 70 proc. ze wszystkim. Z krojeniem chleba, przygotowywaniem jedzenia, chodzeniem. A ja przecież mieszkam w Puszczy Białowieskiej i u nas życie toczy się już wolniej. Przychodzą niezwykłe refleksje. Zwolnienie fizyczne uruchamia tysiące procesów psychologicznych i analiz. Na poziomie psychologicznym to jest taki naturalny mindfulness, fizycznie ciało pokazuje, że to jest droga.

Nic innego nie jestem w stanie zrobić. Tylko teraz nie wiadomo, czy przez najbliższe dni, tygodnie, czy miesiące. Nie mam zielonego pojęcia, ile to potrwa i kiedy przestanie mi buczeć w uchu. Chociaż mam wrażenie, że zaraz od tego zwariuję. Dziękuję jednak wszystkim za wielką pomoc w tej chorobie!

*Joanna Pawluśkiewicz jest scenarzystką, producentką filmową oraz telewizyjną i pisarką. Aktywnie działa w obronie Puszczy Białowieskiej. Tworzyła scenariusze do takich seriali, jak "Druga szansa", "Pakt", "Lekarze" i "Ultraviolet". Była też współscenarzystką filmu "Powstanie Warszawskie" w reż. Jana Komasy.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

Rekomendowane przez naszych ekspertów

Skorzystaj z usług medycznych bez kolejek. Umów wizytę u specjalisty z e-receptą i e-zwolnieniem lub badanie na abcZdrowie Znajdź lekarza.

Polecane dla Ciebie

Komentarze

Wysyłając opinię akceptujesz regulamin zamieszczania opinii w serwisie. Grupa Wirtualna Polska Media SA z siedzibą w Warszawie jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.

    Pomocni lekarze

    Szukaj innego lekarza