Trwa ładowanie...

"Siedzimy w tym wszystkim razem i razem musimy to przetrwać"

Kpt. lek. Artur Szewczyk to chirurg wojskowy, który na co dzień pracuje w Wojskowym Instytucie Medycznym w Warszawie. W czerwcu br. przejął Instagram Małgorzaty Rozenek, by pokazać, jak wygląda dzień na pierwszej linii frontu walki z koronawirusem. Dziś ma ważny apel do pacjentów i ich rodzin, który publikuje na łamach naszego serwisu.

Zobacz film: "Dramatyczna sytuacja w małopolskich szpitalach. Andrzej Kulig: "podejmujemy decyzje o likwidacji pewnych oddziałów""

Kpt. lek. Artur Szewczyk (Instagram)
Kpt. lek. Artur Szewczyk (Instagram)

Dzisiaj, przychodząc na dyżur, czuję się jakbym wchodził do ringu z Mikiem Tysonem z lat swojej świetności. Skurcz żołądka, nudności i strach… Strach przed tym, co dzisiaj jeszcze zgotuje nam pandemia.

Tutaj (w szpitalach, na SOR-ach) walka trwa 24 rundy po 60 minut. Ostatni tydzień pokazał jak łatwo jest przeciążyć system, który i tak już pracuje na 300 proc. normy. Nikt z nas nie wie, ile to wszystko jeszcze wytrzyma, ile my wytrzymamy zanim ktoś wypadnie - zarazi się lub wyleci na kwarantannę.

Pierwszy strach zawsze pojawia się rano na dyżurze, kiedy mijasz korytarze, idąc przejąć dyżur po zmienniku i widzisz chorych, którzy siedzą na korytarzach, bo nie ma dla nich miejsca leżącego, bo na 10 łóżkach (z których i tak już część jest przytargana z piwnicy albo wygrzebana z innych oddziałów, bo tutaj są pilniejsze potrzeby) masz 17 pacjentów. Jak? No jak widać, da się, ale nie jest to normalne… Zresztą jak nic w tym czasie. Wszyscy są na granicy sił, a SOR-y i oddziały covidowe pękają w szwach.

Strasznie się słucha o kolegach ratownikach, którzy czekają po kilka godzin na podjazdach szpitali ubrani od góry do dołu w SOI (Środki Ochrony Indywidualnej), ale wiedząc jak to wygląda od drugiej strony - rozumiem czemu tak się dzieje.

Ciężko jest wyjść i mówić im: "Słuchaj stary, musisz czekać, aż zwolni mi się jakieś miejsce, bo już nie mam gdzie upchnąć". I to prawda. Niejednokrotnie z sal 2-3 osobowych robimy sale 5-6 osobowe. Wyjścia tlenu możemy rozgałęziać, łączymy złączkami kilka przewodów, wpinamy pod jeden reduktor i zasilamy z takiego układu 2-3 osoby. Kabel w kabel jak to mówią, ale takie czasy.

Nie jesteśmy za to w stanie fizycznie rozciągnąć ścian. Dlatego niejednokrotnie jedyna możliwość jaka nam pozostaje to albo "upchnięcie" pacjenta do któregoś z dedykowanych oddziałów, albo wypisanie pacjentów, którzy nie mają bezwzględnych wskazań do hospitalizacji i podjęcie leczenia w domu, np. antybiotykoterapią lub sterydami. Oczywiście z zaleceniem, że jeżeli nie będzie poprawy albo stan będzie się pogarszał należy bezzwłocznie udać się do najbliższego szpitala lub wezwać karetkę systemową.

Nie dalej jak 14 października pojawiła się informacja, że jeden ze szpitali powiatowych został wciągnięty w pulę szpitali II stopnia, czyli takich, które mają wydzielone oddziały i personel dedykowane do przyjmowania i prowadzenia pacjentów tylko covidowych. Oddział miał 24 łóżka i zgadnijcie ile czasu zajęło ich zapełnienie? 1,5 godziny. Kolega, który tam pracuje mówił, że telefony grzały się od połączeń. U nas (bo nasz szpital również jest szpitalem II st.) było podobnie, najbardziej oddalone miejsce, z którego przywieziono pacjenta, bo u siebie nie mieli już możliwości przerobowych, znajdowało się 160 km od naszego szpitala!

Kiedy pierwsze emocje już opadną i zorientujesz się ilu i w jakim stanie masz pacjentów, przychodzi drugi etap, tzw. matematyka szpitalna, czyli zastanawianie się, jak to zrobić, żeby upchnąć kolejnych pacjentów. Tych do planowego leczenia, ze skierowaniami z POZ, zgłaszających się samemu z szeregiem różnych dolegliwości, bo ci pacjenci też wymagają pomocy. Nie znaczy to, że każdy z nich bezwzględnie musi być hospitalizowany, często wystarczy seria badań, intensywne leczenie wstępne i zalecenia do dalszego leczenia w domu, problem w tym, że to też wymaga miejsca na oddziale i czasu.

Nikt z nas celowo nie przedłuża oczekiwania pacjentów, po prostu robimy co możemy i ile możemy, a pacjenci i ich rodziny muszą to zrozumieć. To normalne, że w takich okolicznościach frustracja i nerwowość narastają szybciej niż zwykle, ale pamiętajmy - siedzimy w tym wszystkim razem i razem musimy to przetrwać.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

Zobacz także:

Polecane dla Ciebie

Pomocni lekarze

Szukaj innego lekarza

Komentarze

Wysyłając opinię akceptujesz regulamin zamieszczania opinii w serwisie. Grupa Wirtualna Polska Media SA z siedzibą w Warszawie jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.