Trwa ładowanie...

Napisał książkę o pandemii. Tomasz Rezydent: Im bardziej się zwiążę emocjonalnie z pacjentem, tym jest trudniej

- Reanimujesz chorego, a na stoliku obok dzwoni jego komórka, wyświetla się zdjęcie podpisane "córcia". A ty w tym czasie walczysz o to, aby serce podjęło dalszą pracę. Czasem, będąc w ciężkim stanie, chorzy chwytają cię za rękę i pytają: "Nie umrę prawda?" albo "Dam radę? Mam dla kogo żyć". I składasz taką deklarację, żeby się nie bali, a potem bardzo chcesz dotrzymać obietnicy, ale czasem się nie udaje - wyznaje w rozmowie z WP abcZdrowie Tomasz Rezydent.

Zobacz film: "Rozgrzewający zbiteń. Rosyjski napój na pasożyty"

spis treści

    Tomasz Rezydent jest lekarzem-rezydentem i autorem książki pt. "Niewidzialny front", w której pisze o początkach epidemii koronawirusa, pokazując obraz polskiej ochrony zdrowia. W czasie pierwszej fali pandemii pracował na pierwszej linii frontu walki z koronawirusem. W rozmowie z WP abcZdrowie mówi, jak obecnie wygląda sytuacja w polskich szpitalach i wyjaśnia, dlaczego niektóre osoby po przechorowaniu COVID-19 pozostaną niepełnosprawne do końca życia.

    WP abcZdrowie, Ewa Rycerz: Jak upłynął panu dyżur?

    Tomasz Rezydent: Było ciężko.

    Dużo pacjentów, a mało personelu?

    Nawet nie o to chodzi. Pracuję na oddziale, na którym obecnie przebywa 40 pacjentów zakażonych koronawirusem. Większość z nich jest w stanie ciężkim lub średniociężkim, kilku pacjentów leży pod respiratorem. Kolejnych paru wymaga wentylacji nieinwazyjnej (NIV). To pacjenci, którzy potrzebują stałej opieki i wyjątkowej uwagi. Reszta wymaga tlenoterapii w wysokim przepływie od 15 do 60 litrów na minutę. Niestety, stan jednej z pacjentek się pogorszył i musieliśmy ją zaintubować. Mieliśmy też jedną reanimację.

    Co pan sobie myśli, gdy wchodzi na swój oddział?

    Żeby było spokojnie. Niestety, w ostatnich czasach to tylko pobożne życzenia. Pracujemy w pełnym obłożeniu, nie mamy wolnych miejsc. Sam proces leczenia tych ciężkich niewydolności oddechowych jest długotrwały, pacjenci dochodzą do siebie po kilkunastu dniach, czasem nawet po miesiącu. Na szybko zwalniają się tylko miejsca jeśli ktoś umiera.

    Często tak się dzieje?

    Oddział, na którym pracuję osiąga całkiem niezłe wyniki, dlatego też mamy tych zgonów relatywnie mniej. Umieralność na "mojej" internie sięga ok. 15-20 proc. Na innych oddziałach covidowych w regionie jest ona znacznie wyższa.

    Wysoka umieralność była do tej pory domeną OIOM-ów.

    Ależ "moja" interna funkcjonuje prawie tak, jak OIOM. Mamy pacjentów w ciężkim stanie, na respiratorach, na nieinwazyjnej wentylacji. To naprawdę nie są schorzenia, które przed epidemią leczyliśmy na oddziale chorób wewnętrznych. Tacy pacjenci byli przekazywani na intensywną terapię. Teraz OIOM jest pełen. Tam też miejsce zwalnia się tylko wtedy, gdy dojdzie do zgonu.

    Straszne jest to, co pan mówi.

    Na intensywnej opiece zawsze tak było. Natomiast na internie to epidemiczna nowość. Oddziały wewnętrzne zawsze były obłożone, ale nie było tak, że miejsce dla kolejnego chorego robiono wtedy, gdy jakaś osoba zmarła.

    Co pan czuje, gdy umiera kolejny pacjent?

    To trudne pytanie. Im bardziej się zwiążę emocjonalnie z pacjentem, tym jest trudniej. Mimo profesjonalizmu nie da się całkiem oddzielić uczuć od pracy. Czasem drobne rzeczy zapadają w pamięć. Reanimujesz chorego, a na stoliku obok dzwoni jego komórka, wyświetla się zdjęcie podpisane "córcia". A ty w tym czasie walczysz o to, aby serce ruszyło, podjęło dalszą pracę. Czasem będąc w ciężkim stanie, chorzy chwytają cię za rękę i pytają: "Nie umrę prawda?" albo "Dam radę? Mam dla kogo żyć". I składasz taką deklarację, żeby się nie bali, a potem bardzo chcesz dotrzymać obietnicy, ale czasem się nie udaje. To zostaje w głowie.

    Ale nie każde zakażenie przebiega tak drastycznie.

    To prawda, ale szkoda, że ludzie tego nie widzą. Ja widzę i wiem, że COVID-19 to straszna choroba. Jednocześnie sporo osób przechodziło zakażenie bezobjawowo lub skąpoobjawowo. Sam tak miałem.

    A jednak na przestrzeni listopada, w skali kraju, mieliśmy więcej zgonów niż w tym miesiącu w minionych 20 latach. W statystykach widać ogromne piki. Zanim powiem, z czego wynika wysoka śmiertelność, muszę zaznaczyć, że irytuje mnie rozdzielanie zgonów na te spowodowane COVID i chorobami współistniejącymi. To tak nie wygląda. Ja mam astmę i byłbym zaliczony do tej drugiej grupy, a jestem przecież młodym mężczyzną i przez ostatnie 3 lata nie miałem zaostrzenia, aktywnie uprawiam sport. Moi pacjenci to natomiast osoby w wieku 50-60 lat, które z chorobami przewlekłymi żyłyby jeszcze 10-20 lat. To nie jest tak, że pacjenta zabiła np. cukrzyca. Jego zabił COVID. Natomiast cukrzyca zwiększyła ryzyko zgonu.

    Na internie miejsca zwalniają się prawie tylko wtedy, jeśli ktoś umiera - mówi lekarz
    Na internie miejsca zwalniają się prawie tylko wtedy, jeśli ktoś umiera - mówi lekarz (Archiwum prywatne)

    To z czego wynika ta wysoka śmiertelność?

    Pacjenci zwlekają z wezwaniem karetki.

    To jest to, czym obecna fala pandemii różni się od poprzedniej?

    Wiosną to była zupełnie inna bajka. Funkcjonowały szpitale jednoimienne, do których byli kierowani pacjenci podejrzani o zakażenie i zakażeni. Najwięcej było tych pierwszych, więc musieli być izolowani. Nie można było położyć na jednej sali dwóch pacjentów podejrzanych o zakażenie: gdyby któryś był dodani, automatycznie zakaziłby drugiego. Wyniki kierowanych osób były zazwyczaj ujemne, wiec pacjent krążył między szpitalami. Pacjent potrafił być w jednym ciągu diagnostyczno-terapeutycznym w 3 różnych szpitalach. Ale wtedy mieliśmy 300-500 zakażeń dziennie w skali kraju, a siły użyte do ogarniania wszystkiego były niewspółmiernie duże. Wtedy też mało wiedzieliśmy o COVID-19, jego przebiegu i powikłaniach.

    Teraz już wiecie więcej.

    To prawda. Ja nie pracuję już teraz na pierwszej linii frontu. Docierają do mnie pacjenci, którzy wymagają specjalistycznej pomocy, zazwyczaj są w ciężkim lub średnim stanie. To znaczy… trafią do mnie wtedy, jeśli będę miał miejsce. Obecnie mam ich niewiele.

    Nikt z nas rok temu nie zakładał też, że będzie prowadzić pacjentów na respiratorach. A teraz? Potrafimy obsługiwać respirator, zaintubować chorego, niektóre koleżanki zakładają już wkłucie centralne, co przecież jest domeną anestezjologa. Ta wiedza daje pewność, że poradzimy sobie w trudnych sytuacjach. Ale wie pani co jest najgorsze w tej chorobie?

    Co?

    To, że część pacjentów zostanie niepełnosprawna do końca życia. Mimo wszelkich naszych wysiłków w przebiegu leczenia.

    Jak to?

    Gdy uznamy, że pacjent jest w stanie wyjść do domu, zawsze sprawdzamy, czy jest w stanie samodzielnie oddychać, czy nie wymaga tlenu. Zdarza się, że u osoby, która przeszła COVID ciężko, i u której w organizmie nie ma już wirusa, istnieje potrzeba przewlekłego stosowania koncentratora tlenu. Dzieje się tak, ponieważ takie osoby mają zniszczony miąższ płuc. W przebiegu ciężkiego zakażenia koronawirusem dochodzi do włóknienia tego narządu i pacjenci rozwijają przewlekłą niewydolność oddechową. Stan takich pacjentów jest stabilny i wypisujemy ich do domu, ale z zaleceniem oddychania ze wspomaganiem.

    Ale proszę zauważyć, że to nie jest zalecenie czasowe, ale na stałe. Ci pacjenci, którzy mieli zajęty miąższ płucny w 80-90 procentach, stają się osobami niepełnosprawnymi, wymagającymi tlenoterapii do końca życia po kilka-kilkanaście godzin dziennie. Ich płuca są trwale zniszczone i nie odbudują się. Młodsi być może mają szansę na przeszczep, starszym będzie o to trudniej.

    I to są zazwyczaj ci pacjenci, którzy przychodzą za późno?

    Różnie. To też niektórzy pacjenci, którzy przeżyli ciężki przebieg.

    Jest coś, co pana jeszcze dziwi w tej epidemii?

    Przez ten rok widziałem tak dużo, że mało co mnie dziwi lub mną wstrząsa. Do tej pory najbardziej szokowało mnie to, że ci pacjenci, którzy mają skrajnie niską saturację, jeszcze ze mną rozmawiają. Czasem nawet nie skarżą się na to, że im duszno. Rozumie pani? Chory oddycha nie 16, a 40-50 razy na minutę, saturacja na wysokim przepływie tlenu wynosi zaledwie parędziesiąt procent, a on ze mną normalnie rozmawia! Ta osoba przed "erą covidową" leżałaby nieprzytomna i wymagałaby natychmiastowego zaintubowania. A teraz? Jest całkowicie przytomna i świadomie wyraża zgodę na podłączenie do respiratora, wiedząc, że za chwilę już samodzielnie oddychać nie będzie.

    Czasem mamy wrażenie, że wygraliśmy walkę, że pacjent już ma najgorsze za sobą. Wtedy zdarza się, że wirus pokazuje swoje drugie oblicze i mimo pełnego leczenia przeciwzakrzepowego chory dostaje udaru, zatorowości czy zawału. To się może zdarzyć też młodym ludziom.

    Obecny stan w ochronie zdrowia nazywa pan "erą covidową". Co ona oznacza?

    A tak nie jest? Na wiosnę "zniknęły" wszystkie choroby, przynajmniej tak nam się wydawao, bo cokolwiek pacjent by nie miał, był do nas kierowany jako podejrzenie zakażenia koronawirusem. Teraz jest lepiej, bo jest dostęp do testów masowo i szybko, ale też jesteśmy niewolnikami jednej choroby. Gdziekolwiek pacjent idzie, zawsze jest pytanie o COVID.

    Idą święta Bożego Narodzenia. Jakie one będą dla tych pacjentów z interny?

    Mamy choinkę, pani Halinka jak co roku z mężem przyniosła ją na oddział. Stoi ubrana, ale w części czystej. To wszystko, na co możemy sobie pozwolić. Na oddziale z pacjentami zakażonymi COVID-19 nie może być odwiedzin. Kombinezonów też nie przemalujemy przecież na świąteczne kolory. Nie ma możliwości wypisania ich do domu, bo jeśli ich stan nie wymagałby pobytu w oddziale, to już dawno byśmy ich wypisali. Życzenia? Pewnie będą. Tym, którzy są w stanie rozmawiać będziemy życzyć tego, co najważniejsze. Szybkiego powrotu do zdrowia.

    Czy w tym wszystkim jest jeszcze miejsce na emocje?

    My musimy być w pełni profesjonalni, a to wyklucza działanie pod wpływem emocji. Czas na nie jest dla pacjentów i ich rodzin, ale w czasie rozmów. Jeśli istnieje możliwość, staramy się, by pacjenci przed intubacją porozmawiali jeszcze z rodziną, bo to może być ich ostatnia rozmowa. Włączamy wtedy tryb głośnomówiący. Nieraz byłem świadkiem pożegnań, wyznań miłości i dodawania otuchy. To dla tych pacjentów ogromnie ważne.

    Możemy tak postąpić jednak tylko wtedy, gdy wiemy, że pacjent to przetrwa. Jeśli gwałtownie się "łamie", działamy natychmiast.

    Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

    Zobacz także:

    Polecane dla Ciebie

    Pomocni lekarze

    Szukaj innego lekarza

    Komentarze

    Wysyłając opinię akceptujesz regulamin zamieszczania opinii w serwisie. Grupa Wirtualna Polska Media SA z siedzibą w Warszawie jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.