Była medykiem wyprawy na Mount Everest. "Trzeba podejmować trudne decyzje"

- Problemy zaczęły się po zejściu: miałam takie obrzęki, że nie widziałam własnych kostek. I opuchniętą twarz przez zatrzymanie wody - opowiada dr Agnieszka Wiernik z Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach, która w ekspedycji w Himalaje wzięła udział jako lekarka wyprawy. Powrót do siebie zajął jej dwa miesiące, ale nie wahałaby się przed kolejnym takim wyjazdem.

Dr Agnieszka WiernikDr Agnieszka Wiernik
Źródło zdjęć: © Archiwum prywatne
Marta Słupska

Marta Słupska, dziennikarka Wirtualnej Polski: Jak to się stało, że rezydentka chirurgii dziecięcej została jednocześnie lekarzem medycyny górskiej? Zawsze pociągały panią wspinaczki?

Dr Agnieszka Wiernik, chirurg dziecięca, lekarz medycyny górskiej: Zdecydowanie nie. W mojej rodzinie nie było tradycji jeżdżenia w góry. Dopiero mąż odkrył je przede mną - zaczęło się od wspólnych skitourów (połączenia turystyki, nart biegowych i nart zjazdowych – przyp. red.), wyjazdów w Tatry, spania w schroniskach. Złapałam bakcyla i każdą wolną chwilę chciałam spędzać w górach. Nie wyobrażałam już sobie żadnej innej opcji na wakacje.

Bakcyla tak dużego, że hobby przekuła pani w studia.

Tak - najpierw ukończyłam studia podyplomowe z Medycyny Ekstremalnej i Podróży na Uniwersytecie Jagiellońskim. Od dawna miałam je na oku, bo od lat pociągał mnie sport i survival, ale najpierw nie było mnie na nie stać, a rodzice nie chcieli mi pomóc sądząc, że jak je skończę, to na pewno gdzieś wyjadę. Potem, z braku chętnych, nie zostały wznowione. Dopiero gdy pracowałam już jako chirurg, udało mi się je podjąć. To wtedy zaczęłam marzyć o wyjeździe w Himalaje.

Udało się przypadkiem - i dzięki pani determinacji.

Tak. Zainteresował mnie Nimsdai Purja, słynny nepalski wspinacz. Śledziłam też innych wspinaczy na Instagramie. Najpierw chciałam wyjechać jako turystka, ale ceny za takie wyprawy są horrendalnie wysokie - sam "bilet wstępu" na Mount Everest to ok. 15 tys. dolarów. Do tego dochodzą koszty związane z dojazdem, pobytem w base campie… Dlatego zaczęłam myśleć, jak połączyć moją pasję z zawodem medycznym.

Któregoś dnia zobaczyłam ogłoszenie na temat kolejnej wyprawy na profilu agencji wyprawowej Nimsdaia Purji - Elite Exped.

Szukali lekarza?

Nie - głównie filmowców, fotografów. Napisałam do nich spontaniczną wiadomość, czy nie potrzebowaliby lekarza, bo skończyłam studia z medycyny ekstremalnej i podróży, pracuję jako chirurg, jestem wysportowana, dużo chodzę po górach. I zgodzili się mnie zabrać.

Trochę trudno mi sobie wyobrazić, że organizując taką wyprawę, nie myśli się o zabraniu medyka.

A jednak. Lekarze są rzadko zatrudniani przez agencje wyprawowe - raczej szkoli się liderów, aby w razie czego umieli udzielić pierwszej pomocy. Szkoda, bo sama wiem, ile na takiej wyprawie może się pojawić problemów zdrowotnych. Zresztą obecnie konsultuję ludzi przed takimi wyprawami, wystawiam recepty na apteczki i widzę, jak często dzwonią do mnie z ekspedycji, prosząc o pomoc.

O co pytają?

Głównie o chorobę wysokościową, ale też wysyłają zdjęcia ran i pytają, czy to wygląda groźnie, czy wymaga szycia.

Doświadczenie zdobywała pani nie tylko w Polsce, ale i w Kanadzie.

Tak, jestem absolwentką Diploma in Mountain Medicine, który zrealizowałam w ramach Canadian Society of Mountain Medicine. Trwał dwa lata i obejmował zajęcia online oraz na miejscu - latem i zimą. Zajęcia praktyczne odbywały się w Górach Skalistych i Nadbrzeżnych i wymagały ode mnie dwóch podróży do Kanady.

Czego się uczyliście?

Mieliśmy różne ćwiczenia w terenie, uczestniczyliśmy w symulowanych wypadkach polegających m.in. na odkopywaniu osób spod lawiny. Dużo się tam nauczyłam.

  • Dr Agnieszka Wiernik
  • Dr Agnieszka Wiernik
[1/2] Dr Agnieszka Wiernik Źródło zdjęć: © Cosy Festiwal Karolina Synowiec

To porozmawiajmy o tym, jak było w Himalajach. Co zabrała pani na wyprawę?

Spędziłam tam dwa miesiące, więc dużo leków z Polski i sprzętu, w tym śpiwór na bardzo niską temperaturę.

Jak zimno było na górze?

W dzień było przyjemnie - słońce i około zera stopni. Ale nocą temperatura spadała nawet do -20, a my spaliśmy w namiotach. Wiele rzeczy zamarzało, dlatego wkładałam leki i pastę do zębów do śpiwora, żeby je ogrzewać i móc użyć następnego dnia. Grzałam się też butelkami z wodą - to był zagotowany śnieg do picia na następny dzień.

A ile wzięła pani ubrań?

Większość rzeczy, typu skarpety, zazwyczaj po pięć par, żeby co jakiś czas przeprać. Nie chciałam mieć za ciężkiego bagażu, bo trzeba to było potem wnieść na górę, choć oczywiście część rzeczy wciągały nam juczne zwierzęta. Co śmieszne, zapomniałam zabrać letnich ciuchów, bez których w upalnym Katmandu bym się usmażyła - musiałam kupić je na miejscu.

Osobnym tematem na takie wyprawy jest też kurtka. Zazwyczaj trzeba ich mieć kilka - jedną nieprzemakalną i wiatroszczelną (typu hardshell) i cienką puchówkę do wspinaczki, ale także tzw. postojową, czyli bardzo grubą kurtkę puchową do siedzenia w base campie, gdzie się mniej ruszamy. Wtedy w Himalaje moja kurtka puchowa do base campu była zdecydowanie za cienka i żeby nie marznąć, ubierałam się na cebulkę.

  • Dr Agnieszka Wiernik
  • Dr Agnieszka Wiernik
  • Dr Agnieszka Wiernik
[1/3] Dr Agnieszka Wiernik Źródło zdjęć: © Archiwum prywatne

Taka wyprawa to trochę droga w nieznane. Obawiała się pani?

Jasne. Bałam się. Ludzie, z którymi miałam wyruszyć, byli bardzo znani. Jak wylądowałam, to miałam takie myśli, że może to tylko sen, czy na pewno ktoś mnie odbierze z lotniska, może ktoś to ukartował…

Ale mąż mnie wspierał, abym poleciała. Podobnie jak mój szef w szpitalu, bo robiłam wtedy rezydenturę z chirurgii dziecięcej i doktorat. Generalnie mam wrażenie, że my, kobiety, potrzebujemy więcej wsparcia od otoczenia, żeby coś takiego zrobić, bo takie decyzje są częściej krytykowane, niż wtedy, gdy takie przedsięwzięcie podejmuje mężczyzna. Ale ja na szczęście otrzymałam bardzo dużo wsparcia.

Na czym polegała pani praca w obozie? Jak wyglądała tamtejsza codzienność?

Cały czas byłam w oczekiwaniu. Wspinacze ruszali w góry, a ja zostawałam w obozie np. na tydzień, tylko z Szerpami (rdzenny lud tybetański zamieszkujący wysokie partie Himalajów w Nepalu i Indiach - przyp. red.). To było dla mnie najtrudniejsze, długie dni i ta samotność. Spacerowałam, czytałam, prałam, jadłam i ciągle nasłuchiwałam na krótkofalówce, co się dzieje wśród wspinaczy. A w razie potrzeby, pomagałam.

Dr Agnieszka Wiernik
Dr Agnieszka Wiernik © Archiwum prywatne

Jakie to były sytuacje?

Przede wszystkim choroba wysokościowa. Aby się odpowiednio zaaklimatyzować, szliśmy do base campu tydzień. Już na tej trasie u niektórych pojawiły się jej objawy: złe samopoczucie, ból głowy, nudności, wymioty, brak apetytu.

Co się wtedy robi?

Trzeba zobaczyć, czy na tej samej wysokości dana osoba w końcu poczuje się lepiej. Czasem trzeba było podejmować trudne decyzje - jeśli stan zdrowia się nie poprawiał, bywało, że konieczne było przerwanie wyprawy. To ciężkie, bo niektórzy ludzie całe życie zbierają pieniądze na taką wyprawę, marzą o niej, a tu nic z tego.

Miałam jednego takiego wspinacza, który doszedł do base campu i dostał delikatnego obrzęku płuc. Nie przechodziło mu i niestety musiał zawrócić.

Był zawiedziony?

Tak, ale na szczęście wiedział, że musi to zrobić. Razem podjęliśmy tę decyzję.

Innym razem sprowadzono do mnie śmigłowcem pana z wyższych obozów Everestu, też z obrzękiem płuc. Jak przyleciał niżej, poczuł się dużo lepiej. Podjął decyzję, że zejdzie niżej, aby się zregenerować, przeleczy się tydzień i spróbuje raz jeszcze. Poszedł i znów wrócił śmigłowcem.

A inne przypadki? Czego jeszcze pani doświadczała?

W czasie mojego pobytu przez obóz przewinęło się ok. 100 osób, więc sytuacje, z którymi się mierzyłam, były rozmaite. Raz miałam pacjenta z obrzękiem mózgu – też musiał być ewakuowany śmigłowcem. Bardzo często zdarzały się przeziębienia, dolegliwości żołądkowo-jelitowe. To było uciążliwe, bo przebywaliśmy w namiotach, w dużych skupiskach, więc jak jedna osoba się rozchorowała, to zaraz inne były chore. Borykaliśmy się też z częstym problemem w Himalajach: suchym uporczywym kaszlem, który ciężko się leczy. Pojawia się przez oddychanie suchym zimnym powietrzem.

Zdarzały się też rany, np. raz jeden z Szerpów przewrócił się na lodzie. Miał rozległą ranę, musiałam go szyć. Niestety, przemieszczanie się w obozie było trudne, wszędzie było dużo lodu i skał. Trzeba się było nauczyć tam chodzić. Aby ograniczyć wypadki, wiele osób nocą oddawało mocz do butelek, żeby nie wychodzić po ciemku z namiotu.

Do toalety?

Tak, to była znajdująca się w namiocie toaleta ze zbiornikiem, który czasem wymieniano.

A jak się myliście?

Dostawaliśmy 20-litrowy baniak z wężykiem wypełniony wodą. Zawieszało się to pod sufitem namiotu i można było wziąć prysznic.

Wyobrażam sobie, że było to lodowate doświadczenie?

Nie, woda była ciepła! To był podgrzany w garnku topiony śnieg. Ale w namiocie było zimno - rozebranie się i namydlenie stanowiło wyzwanie, ale samo mycie - super.

Dr Agnieszka Wiernik
Dr Agnieszka Wiernik © Archiwum prywatne

Mówiliśmy o chorobach i wypadkach uczestników wyprawy, a jak pani się czuła w ciągu tych dwóch miesięcy?

Wyśmienicie. Nic mi nie dolegało - poza tym, że czułam niedobór tlenu i szybciej się męczyłam. Problemy zaczęły się po zejściu: miałam takie obrzęki, że nie widziałam własnych kostek, opuchniętą twarz przez zatrzymanie wody. Do tego szarą, zrogowaciałą skórę i wypryski spowodowane niedotlenieniem. Powrót do siebie zajął mi dwa miesiące.

Co ciekawe, choć większość wspinaczy chudnie, ja na wyprawie przytyłam - na górze nie mogłam trenować, głównie siedziałam i jadłam wysokoenergetyczne posiłki przygotowywane dla uczestników wyprawy.

Ma pani w planach kolejne wyprawy?

Chciałabym, ale wszystko rozbija się o czas. Na co dzień pracuję jako chirurg dziecięcy, w listopadzie będę też zdawać egzamin z urologii dziecięcej. Mam tylko 26 dni urlopu w roku. Trudno w tym czasie zaplanować dłuższą wyprawę. Ale jestem opiekunem koła naukowego medycyny ekstremalnej na naszym uniwersytecie, dużo studentów jest zafascynowanych ratownictwem górskim. Organizujemy różne wyjazdy i w tym się spełniam.

Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.

Wybrane dla Ciebie