- Nadużycia utytułowanych autorytetów: Opisani patoterapeuci to nie szarlatani bez wykształcenia, lecz certyfikowani specjaliści, wykładowcy akademiccy i osoby z dorobkiem naukowym, które wykorzystują bezbronność pacjentów w kryzysie.
- Brak kontroli i "dzika strefa": Brak zewnętrznego nadzoru nad prywatnymi gabinetami i tajemnica sesji stwarzają pole do manipulacji.
- Drastyczne praktyki i eksperymenty: wizualizacje mordowania bliskich podczas terapii przez jedną z bohaterek reportażu, upokarzające komentarze, przekraczanie granic intymnych, pozwy sądowe od terapeutów wobec pacjentki.
- Fasadowa odpowiedzialność i bezkarność: Środowiskowe sądy koleżeńskie działają hermetycznie i bagatelizują skargi.
- Niewystarczalność samej ustawy: Procedowane przepisy wyeliminują osoby bez wykształcenia, ale nie uchronią przed nadużyciami wykwalifikowanych psychoterapeutów.
- Potrzeba systemowej ochrony: Autorka postuluje powołanie w pełni niezależnego rzecznika praw pacjenta psychoterapii z prawem kontroli prywatnych gabinetów.
Karolina Rozmus, Wirtualna Polska: Mówiąc "szarlatan", myślimy o osobie bez odpowiedniego wykształcenia, która mimo to leczy bądź radzi w kwestiach zdrowia. Twoja książka ujawnia jeszcze bardziej niepokojące zjawisko – terapeutów, którzy mają wszystkie potrzebne kwalifikacje, a mimo to działają na szkodę pacjentów.
Marianna Fijewska, autorka książki "Patoterapie": Okazja czyni złodzieja – rynek psychoterapii w Polsce przez lata pozostawał nieuregulowany. Z jednej strony mamy ogromną popularność terapii, a z drugiej – całkowitą tajemnicę tego, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami gabinetu. Pacjent w kryzysie nie wie, jak powinna wyglądać prawidłowa terapia, a nikt z zewnątrz tego systemowo nie kontroluje. To wciąż w dużej mierze dzika strefa.
A co stoi za szokującymi praktykami tych patoterapeutów?
Jeśli w takich warunkach trafi się ktoś o rysie psychopatycznym, z przerośniętym ego, kto uzna, że może testować własne, skrajnie kontrowersyjne teorie – po prostu to zrobi. Naprzeciwko siedzi przecież człowiek w głębokim kryzysie, bezbronny, podatny na manipulację. To idealne warunki do nadużyć.
Uderzająca jest też megalomania tych patoterapeutów. Przeraża mnie, że sprawcy tych historii to często uznane autorytety z dorobkiem, kształcące kolejne pokolenia studentów.
Dodam, że mówimy o osobach, które swoim pacjentom, takim jak Kasia, bohaterka twojej książki, np. każą "mordować raz w tygodniu, w poniedziałki między 17:00 a 18:00".
Ta historia jest wyjątkowo kontrowersyjna. Kasia kończyła podyplomowe studia z zakresu psychologii i w środowisku akademickim polecono jej terapeutkę o rzekomo wybitnych osiągnięciach. Trafiła do niej po rozstaniu – miała problem z tłumioną złością i asertywnością, czyli z czymś, z czym boryka się mnóstwo ludzi.
Terapeutka uznała, że należy wydobyć z Kasi pierwotny gniew, rzekomo zablokowany, wobec rodziców. Choć Kasia miała z nimi bardzo dobre relacje, terapeutka narzuciła wizualizacje mordowania bliskich pacjentki. Nie mówię o jednym incydencie. To były cotygodniowe, trwające po 40 minut scenariusze, w których pacjentka miała wymyślać tortury zadawane rodzicom. Terapeutka podsuwała jej narzędzia: noże, siekiery, pistolety. Na koniec zawsze odbywało się kopanie grobu i wygłaszanie mowy pożegnalnej, co miało przynieść oczyszczenie.
Ten koszmar trwał trzy lata. Kiedy wycieńczona psychicznie pacjentka trafiła do szpitala psychiatrycznego, dla terapeutki bynajmniej nie był to sygnał do przerwania procederu.
A dlaczego sama Kasia w porę tego nie przerwała?
W kryzysie nastąpiło u niej całkowite odcięcie od samej siebie. To mechanizm obronny – zamrażamy emocje, by przetrwać ból. W takim stanie człowiek traci zdolność obiektywnej oceny, czy to, co się z nim dzieje, jest dopuszczalne. Myślę też, że ta terapeutka – o znacznym dorobku i autorytecie – doskonale wiedziała, jak manipulować swoją pacjentką, uzależniać od siebie i wikłać w relację, z której, wydawałoby się, nie ma ucieczki.
Wstrząsający jest także opis metody EMDR w wykonaniu kolejnej utytułowanej terapeutki.
Metoda EMDR – oparta na stymulacji ruchów gałek ocznych przy powrocie do traumatycznych wspomnień – jest uznaną techniką, która cieszy się dużym zainteresowaniem. W samej technice nie ma nic złego, jeśli jest wykonana w bezpieczny sposób. Nie wolno wprowadzać w nią pacjenta nieprzygotowanego, w ostrym kryzysie, bez zbudowanych zasobów bezpieczeństwa.
Tymczasem opisana terapeutka zignorowała stan pacjentki. Gdy kobieta błagała o przerwanie procedury, słyszała: "Nie zgadzam się, masz tam być". Nakazywano jej "zamrażać" traumy w wyobrażonej zamrażarce. Pacjentka wpadła w stan chronicznej paniki i dysocjacji, a w gabinecie słyszała upokarzające uwagi, m.in. że jest "przezroczystym nocnikiem, do którego każdy może nasikać i zobaczyć, co jest w środku". Kiedy rozmawiałam z przewodniczącą Polskiego Towarzystwa EMDR, przyznała wprost: są osoby – i to nie pojedyncze przypadki – które stosują tę technikę bez odpowiednich uprawnień, ucząc się jej wręcz z filmików w internecie.
Dlatego weryfikacja certyfikatów na oficjalnych stronach stowarzyszeń to dziś absolutna konieczność, choć, jak pokazuje opisany przeze mnie przykład, nie chroni całkowicie przed psychopatycznymi eksperymentami.
W książce opisujesz też mechanizm skrajnego uzależnienia od terapeuty – jak w historii Sylwii, która wyprzedawała majątek, byle opłacić kolejne wizyty.
To klasyczny obraz uwikłania, który może wystąpić m.in. przy zaburzeniu osobowości typu borderline. Sylwia zgłosiła się do dwóch kolejnych terapeutów z postawioną wcześniej diagnozą. Każdy specjalista wie, z czym wiąże się to zaburzenie i jak szalenie istotne w pracy z borderline jest, by terapeuta wyznaczył twarde granice.
Tymczasem obaj zrobili dokładnie to, czego robić nie wolno: pozwalali na przytulanie, dotyk, weszli w niejednoznaczną relację towarzysko-erotyczną i wymieniali z nią setki wiadomości dziennie, niczym nastolatki. Dopuszczali się też znacznie bardziej bulwersujących zachowań. Sylwia wspomina, że terapeuta podczas sesji zdjął spodnie i pokazał jej przyrodzenie.
Pacjentka zgłosiła się z problemem przekraczania granic, a oni te granice całkowicie zatarli. Przypuszczam, że wygrała chęć połechtania własnego ego – terapeutom zależało na poczuciu bycia pożądanym przez atrakcyjną, inteligentną kobietę.
Ta historia ma jednak epilog w sądzie.
Kiedy Sylwia wreszcie otrzymała profesjonalne wsparcie, jej stan był tak zły, że przyznano jej rentę z tytułu niepełnosprawności. Zamiast pomocy otrzymała od wcześniejszych terapeutów pozwy sądowe związane m.in. z nękaniem. To potworny absurd.
Pacjentka w głębokim kryzysie i z ciężkim zaburzeniem została potraktowana tak, jakby to ona ponosiła pełną odpowiedzialność za relację, którą terapeuci powinni kontrolować.
Totalna bezkarność? Nikt nie pociągnął ich do odpowiedzialności?
Zgodnie z relacją mojej rozmówczyni, sądy koleżeńskie w stowarzyszeniach, do których należeli terapeuci, uznały ich za winnych naruszenia zasad etyki. Tylko co z tego, skoro kara była tylko fasadą – wzmianka na wewnętrznej stronie, wykluczenie ze spotkań zamiast zakazu wykonywania zawodu. Tymczasem kobieta wciąż musi walczyć w sądzie.
Próbowałaś rozmawiać z sądami dyscyplinarnymi. Jak reagują na takie zgłoszenia?
Większość instytucji milczy albo zbywa pytania. Kiedy udało mi się dodzwonić do osoby orzekającej w jednym z takich sądów i zapytałam, jak zamierzają zabezpieczyć innych pacjentów, po chwili ciszy usłyszałam tylko: "Nie będę z panią rozmawiać, proszę do mnie nie wydzwaniać", po czym osoba ta rzuciła słuchawką.
To hermetyczny układ, w którym koledzy oceniają kolegów. Skargi pacjentów często traktuje się protekcjonalnie – jako wymysły osób niezrównoważonych, które mszczą się za nieodwzajemnione uczucia.
Myślisz, że procedowana ustawa o zawodzie psychoterapeuty rozwiąże te problemy?
Ustawa jest potrzebna, by wyeliminować ludzi bez żadnego przygotowania, którzy bezkarnie wieszają na drzwiach tabliczkę "psychoterapeuta". Ale nie łudźmy się, ona nie rozwiąże problemu patoterapeutów. Prawie wszyscy opisywani przeze mnie sprawcy mieli pełne kwalifikacje, certyfikaty szkół psychoterapeutycznych, a niektórzy doktoraty i publikacje naukowe.
Rozwiązania problemu upatrywałabym raczej w powołaniu w pełni niezależnego rzecznika praw pacjenta psychoterapii, z realnymi uprawnieniami kontrolowania prywatnych gabinetów, bo to tam trafia większość osób. Dziś pacjent w prywatnym gabinecie nie ma za sobą żadnej instytucjonalnej tarczy.
Czy ofiary tych nadużyć łączył jakiś wspólny mianownik?
Łączył je moment kryzysu i utrata poczucia sprawczości. Kiedy człowiek cierpi, łatwo ulega iluzji, że terapeuta to wyrocznia, która wyświadcza mu przysługę.
Chciałabym, aby ta książka przypomniała każdemu podstawową prawdę: psychoterapia to usługa, za którą płacimy. Mamy pełne prawo pytać o metody, zgłaszać wątpliwości, a jeśli dzieje się cokolwiek niepokojącego – po prostu wstać i wyjść z gabinetu. Bezpieczeństwo i szacunek to nie przywilej, to niezbywalne prawo pacjenta.
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.