Guz był widoczny gołym okiem. Nigdy nie zapomni, co powiedział lekarz

Bolesny guz był tak wypukły, że widać go było przez ubranie. Julita Czarnocki, zawodniczka bikini fitness, usłyszała diagnozę: potrójnie ujemny rak piersi. Dziś ma się świetnie, a swoje doświadczenie z chorobą zamieniła na atut: pomaga innym kobietom, prowadząc onkotreningi.

sJulita Czarnocki
Źródło zdjęć: © Licencjodawca • Zdjęcie wygenerowane przy pomocy AI
Marta Słupska

Materiał powstał w ramach akcji "Dwie minuty dla życia" WP abcZdrowie i WP kobieta. W październiku wspólnie nagłaśniamy temat profilaktyki raka piersi, ponieważ nadal pozostaje on najczęściej diagnozowanym nowotworem złośliwym wśród Polek.

Bolesny guz na piersi

Latem 2024 roku 42-letnia wówczas Julita Czarnocki zauważyła na piersi widoczną zmianę. W tym czasie od lat mieszkała już wraz z córką w Australii.

– Zauważyłam na górze lewej piersi guz. Był bardzo widoczny, nawet przez obcisłą bluzkę. Bardzo mnie bolał – kilka razy w ciągu dnia czułam w tym miejscu silne ukłucia trwające po 2–3 sekundy. Nie martwiłam się tym zbytnio, bo siedem miesięcy wcześniej zrobiłam mammografię, która nic złego nie wykazała – opowiada w rozmowie z WP abcZdrowie.

O zmianie wspomniała lekarzowi rodzinnemu – na marginesie. Wciąż nie traktowała jej jako coś poważnego. – Zapytałam, czy może ją obejrzeć. Zbadał mnie i powiedział zdanie, którego nigdy nie zapomnę: "Julita, to prawdopodobnie jest nic, ale może być źle" – wspomina.

Podczas zleconego przez niego USG lekarka kilka razy wychodziła z gabinetu, mówiąc, że musi coś potwierdzić. Zaordynowano biopsję zmiany. Gdy przyszły wyniki, okazało się, że to rak piersi.

– Lekarz prosto z mostu powiedział mi, że mam nowotwór. Byłam w takim szoku, że przez minutę siedziałam w milczeniu. Myślałam, że spadnę z krzesła. Nie mogłam w to uwierzyć, przecież dopiero robiłam mammografię. Dopiero potem dowiedziałam się, że przy gęstych piersiach to badanie jest mniej czułe – mówi.

Na wizycie u onkolog Julita dowiedziała się, że to potrójnie ujemny rak piersi (agresywny typ nowotworu, którego komórki nie posiadają trzech kluczowych receptorów: estrogenowych, progesteronowych oraz HER2). Chorobę wykryto w najgorszym dla niej momencie: jej narzeczony właśnie wyleciał do Dubaju na kontrakt, o który starał się 10 miesięcy. Wkrótce miała do niego dołączyć wraz z córką. Nie wiedziała, co robić.

– Zauważyłam też jeszcze jeden objaw: wciąż było mi zimno. W żaden sposób nie mogłam się ogrzać, nawet przy maksymalnie włączonej klimatyzacji – mówi.

Julita Czarnocki w trakcie leczenia
Julita Czarnocki w trakcie leczenia
Julita Czarnocki w trakcie leczenia
Julita Czarnocki w trakcie leczenia

Julita rozpoczęła leczenie w Australii, choć nie stało się to od razu.

– Wiem, że zabrzmi to śmiesznie, ale na tamten moment najbardziej obawiałam się utraty włosów. Gdy onkolog powiedziała, że wypadną, zaczęłam szlochać. Dwóch lekarzy i pielęgniarka próbowali mnie uspokoić. Bardzo bałam się też chemioterapii, szczególnie czerwonej. Przekonała mnie onkolog, mówiąc, że jeśli rak powróci w postaci przerzutów odległych, np. do kości, wątroby, mózgu czy płuc, moje rokowania będą bardzo poważne i wtedy może mi pozostać zaledwie 12–18 miesięcy życia – relacjonuje.

"Ćwiczyłam przed leczeniem, w trakcie i po nim"

Mimo obaw leczenie zniosła dużo lepiej, niż przypuszczała – po 12 chemioterapiach wzięła nawet ślub ze swoim partnerem. Za zgodą onkolog nie rezygnowała z ćwiczeń, także w trakcie terapii. W przeszłości studiowała fitness, a sport zawsze był jej bliski.

Ślub Julity
Ślub Julity

– Przed chorobą zainteresował mnie bikini fitness, bo chciałam, aby moje ciało było bardziej wysportowane, pragnęłam przekraczać jego granice. Rozpoczęłam intensywne treningi. Wciągnęło mnie do tego stopnia, że trzy razy startowałam w zawodach. Wtedy nie wiedziałam, że ćwicząc, przygotowuję swoje ciało do innej walki, w której ta zdobyta siła będzie niezwykle potrzebna – wspomina.

  • Julita Czarnocki
  • Julita Czarnocki
  • Julita Czarnocki
  • Julita Czarnocki
[1/4] Julita Czarnocki Źródło zdjęć: © Archiwum prywatne

W trakcie leczenia Julita regularnie ćwiczyła na siłowni, samodzielnie opracowując plan treningów.

– Ćwiczyłam przed leczeniem, w trakcie i po nim. Na każdym etapie mój trening był inny, dopasowany do moich możliwości. Miałam naprawdę silne ciało. Myślę, że dzięki temu tak dobrze przeszłam to ciężkie leczenie – mówi. – Drugiego dnia chemii poszłam na siłownię i zrobiłam taki trening, jaki wykonywałam, będąc zdrowa. Myślałam, że zemdleję. To mnie sprowadziło na ziemię. Wiedziałam, że muszę ćwiczyć inaczej. Zmniejszyłam więc obciążenie.

– Zorientowałam się, że ćwiczę "na czuja". Brakowało mi wiedzy, jak robić to prawidłowo. Szukałam osoby, która mogłaby mi pomóc, ale w Australii takiej nie znalazłam – dodaje.

Po zakończeniu leczenia zrobiła więc kurs na Cancer Exercise Specialist – to międzynarodowy tytuł przyznawany przez Cancer Exercise Training Institute (CETI), który potwierdza przygotowanie do pracy z pacjentami onkologicznymi podczas leczenia i rekonwalescencji.

– Miałam podwójną motywację: połączyć swoją pasję do treningu siłowego z tym, żeby pomagać kobietom po raku piersi. Chciałam wiedzieć, jak ćwiczyć poprawnie, jak nie zaszkodzić sobie i innym – mówi Julita.

"Boją się, że zrobią sobie krzywdę"

Takich certyfikowanych trenerów onkologicznych jest w Polsce jak na lekarstwo, a mało który pacjent w trakcie lub po leczeniu nowotworu wie, że może, a wręcz powinien ćwiczyć.

– Pacjenci odczuwają strach przed aktywnością. Boją się, że zrobią sobie krzywdę – mówi w rozmowie z WP abcZdrowie Marzena Wieczorek-Przybyło, trenerka medyczna, specjalistka aktywności fizycznej w chorobach nowotworowych w onkotrening.pl, doktorantka Akademii Wychowania Fizycznego i Sportu w Gdańsku, jedna z dwóch osób w Polsce z certyfikatem Cancer Exercise Specialist.

Marzena Wieczorek-Przybyło
Marzena Wieczorek-Przybyło © Archiwum prywatne

– Wiele kobiet na treningach mówi mi, że boi się ćwiczyć, bo zrobi sobie coś złego. Zupełnie nie wiedzą, co mogą, a czego nie. Nie chcą sobie bardziej zaszkodzić. Jedna rzecz szczególnie szokuje kobiety. Dziwią się, gdy mówię, że mogą ćwiczyć siłowo, podnosić ciężary. Faktycznie, rzadko wyobrażamy sobie pacjentkę onkologiczną ze sztangą! – dodaje Julita, która od roku mieszka i trenuje kobiety w Dubaju.

Tymczasem, jak wynika z badań, w trakcie leczenia powinniśmy być tak samo aktywni, jak osoby zdrowe – trening musi być jednak dopasowany do stanu zdrowia i leczenia pacjenta. Marzena, w ramach doktoratu, zrealizowała nawet projekt Onco Move w Gdańsku, w ramach którego 37 kobiet z różnymi rozpoznaniami onkologicznymi – zarówno w trakcie leczenia, jak i do pięciu lat po jego zakończeniu – brało udział w zaplanowanym programie treningowym. Zaobserwowano u nich poprawę jakości życia i samopoczucia, a także wzrost wydolności fizycznej i siły mięśniowej.

– To odejście od myślenia: "Masz raka? To odpoczywaj i się nie przeciążaj". Takie podejście tylko generuje kolejne problemy zdrowotne i może gorzej wpływać na leczenie – podkreśla i dodaje, że aktywność daje możliwość szybszego powrotu do zdrowia po chorobie, zmniejsza zmęczenie, pomaga utrzymać siłę mięśniową i poprawia wydolność.

Sytuację chorych onkologicznie zna z własnego doświadczenia – w wieku 36 lat zdiagnozowano u niej chłoniaka. Wtedy przekonała się, jak bardzo pacjentom brakuje wsparcia w zakresie aktywności fizycznej.

– Miałam jedną konsultację z fizjoterapeutką na oddziale. Powiedziała, że mogę ćwiczyć, ale niezbyt intensywnie, bo przy mojej chorobie leczenie jest potencjalnie kardiotoksyczne i może uszkadzać mięsień sercowy. Nikt mnie jednak nie pytał, czy wiem, o jaką intensywność chodzi. To nie była kwestia złej woli – ta pani nie miała czasu, by ze mną ćwiczyć. Miała wielu bardziej potrzebujących pacjentów. Dostałam gumy oporowe i zostałam pozostawiona sama sobie – dodaje.

Podobnie jak Julita ćwiczyła "na czuja" – nawet na oddziale hematologicznym, gdzie się leczyła.

– Czasem dołączali do mnie inni pacjenci. Marzyłam, żebyśmy mieli salę do ćwiczeń, żeby ktoś pokazywał nam chociaż ćwiczenia oddechowe. Słyszałam od lekarzy, że wielu pacjentów nic nie robi, tylko leży, nawet nie oddycha prawidłowo. Gdy po pięciu latach odwiedziłam oddział, który został wtedy przeniesiony w inne miejsce, moja hematolożka powiedziała mi z błyskiem w oku: "Pani Marzeno, mamy salę". Bardzo mnie to ucieszyło – mówi.

  • - Od czasu, gdy skończyłam leczenie, współpracuję z Fundacją Urszuli Smok Podaruj Życie, gdzie razem promujemy aktywność fizyczną wśród osób, które doświadczyły choroby onkologicznej - mówi Marzena.
  • - Od czasu, gdy skończyłam leczenie, współpracuję z Fundacją Urszuli Smok Podaruj Życie, gdzie razem promujemy aktywność fizyczną wśród osób, które doświadczyły choroby onkologicznej - mówi Marzena.
  • - Od czasu, gdy skończyłam leczenie, współpracuję z Fundacją Urszuli Smok Podaruj Życie, gdzie razem promujemy aktywność fizyczną wśród osób, które doświadczyły choroby onkologicznej - mówi Marzena.
[1/3] - Od czasu, gdy skończyłam leczenie, współpracuję z Fundacją Urszuli Smok Podaruj Życie, gdzie razem promujemy aktywność fizyczną wśród osób, które doświadczyły choroby onkologicznej - mówi Marzena. Źródło zdjęć: © Archiwum prywatne

Pacjenci pozostawieni sami sobie

Marzena i Julita zaznaczają, że aby nikomu nie zaszkodzić, do ćwiczeń z pacjentem onkologicznym wymagana jest zgoda jego lekarza i wypełnienie specjalnego formularza. Każdy podopieczny ma indywidualnie dobierany plan treningowy.

– Ćwicząc z pacjentami, trzeba zachować czujność, np. raz miałam 21-letniego podopiecznego, który miał białaczkę i był po przeszczepie. W pewnym momencie zaczęły mu bardzo mocno spadać płytki krwi. To oznacza ryzyko krwotoków. Przestaliśmy ćwiczyć. Dopiero gdy przyniósł od lekarza kolejne potwierdzenie, że może wznowić treningi, zaczęliśmy je na nowo – mówi Marzena.

  • Julita Czarnocki z podopieczną
  • Julita Czarnocki z podopieczną
[1/2] Julita Czarnocki z podopieczną Źródło zdjęć: © Archiwum prywatne

Pacjentki, które podejmują onkotrening, są w różnym wieku. Julita mówi, że jej najmłodsza podopieczna, z którą wciąż ćwiczy, ma 24 lata. Najstarsza miała 57. Marzena z kolei zauważa, że zgłaszają się do niej głównie kobiety do 55. roku życia. Wciąż jednak mało kto wie, że w chorobie ćwiczyć warto i jak to robić. Obie trenerki zwracają uwagę na problem systemowy.

– Widzę ogromną lukę w opiece po leczeniu. Pacjentka słyszy: "wyniki są dobre, proszę wracać do normalnego życia". Tylko nikt nie daje jej instrukcji, jak właściwie ma to zrobić. Brakuje wytycznych do właściwego treningu. Zarówno w Australii, jak i w Dubaju czy Polsce praktycznie nie ma osób, które umieją poprowadzić onkotrening. To ogromna szkoda dla pacjentów – podkreśla Julita. – A badania wskazują na związek regularnej aktywności fizycznej z lepszymi wynikami zdrowotnymi po diagnozie raka piersi, w tym niższym ryzykiem nawrotu i zgonu.

– Mam nadzieję, że uda się zapełnić tę lukę systemową w całym kraju, że przybędzie trenerów specjalizujących się w treningu z pacjentami onkologicznymi – dodaje Marzena.

Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.

Wybrane dla Ciebie