Kilkanaście minut i niemal 1000 zł za zabieg. Lekarze zarabiają krocie na termolezji

Prawie tysiąc złotych za zabieg trwający zaledwie kilka lub kilkanaście minut – tak wyceniana jest termolezja. Przy dużej liczbie pacjentów oznacza to bardzo wysokie kwoty rozliczane w ciągu jednego dnia. Termolezja znalazła się pod lupą NFZ po kontrolach w szpitalach, w których zakwestionowano sposób rozliczania części takich świadczeń.

Problemem nie jest sam zabieg, a sposób rozliczaniaProblemem nie jest sam zabieg, a sposób rozliczania
Źródło zdjęć: © Getty Images
Dominika Najda

Czym jest termolezja?

Termolezja to małoinwazyjna metoda leczenia przewlekłego bólu, stosowana u części osób z dolegliwościami kręgosłupa. Jej celem nie jest usunięcie przyczyny choroby, ale ograniczenie przewodzenia sygnałów bólowych.


WIDEO
Milion złotych kary za omijanie kolejek. "To powierzchowna naprawa ochrony zdrowia"

Podczas zabiegu lekarz wprowadza specjalną igłę w pobliże nerwu odpowiedzialnego za ból. Znajdująca się na jej końcu elektroda podgrzewa niewielki obszar tkanki i kontrolowanie uszkadza fragment nerwu. Dzięki temu sygnały bólowe przestają docierać do mózgu albo są znacznie słabsze.

Nie każdy ból kręgosłupa można leczyć w ten sposób. Najpierw trzeba ustalić jego źródło i odpowiednio zakwalifikować pacjenta. Sam efekt również nie musi być trwały – nerw może się z czasem regenerować, a dolegliwości mogą powrócić.

Dlaczego lekarze mogą na tym tak dużo zarabiać?

Jednym z powodów, dla których na termolezji można było zarabiać tak duże pieniądze, jest krótki czas zabiegu. Podczas kontroli szpitala w Piszu NFZ sprawdził dokumentację 100 procedur. Trwały one od 5 do 19 minut, a pacjenci po krótkiej obserwacji wychodzili do domu.

Oznacza to możliwość wykonywania wielu zabiegów jeden po drugim. W Piszu za jedną procedurę neurochirurg mógł otrzymać około 946 zł. W latach 2023–2025 wykonał ich łącznie 2241, co oznacza, że mógł wystawić faktury na ponad 2 mln zł. Części tej kwoty, ponad 730 tys. zł, szpital jednak nie wypłacił, a spór o pieniądze trafił do sądu.

Jeszcze większe kwoty pojawiały się w Mogilnie i Miastku. Tam lekarze mieli otrzymywać 65 proc. kwoty wypłacanej szpitalowi przez NFZ. Dzięki wykonywaniu kilkudziesięciu zabiegów jeden po drugim ich wynagrodzenie mogło przekraczać 300 tys. zł dziennie.

Dlaczego wkroczył NFZ?

Problem nie dotyczy samej wysokości wynagrodzeń lekarzy. Zastrzeżenia NFZ dotyczą sposobu rozliczania zabiegów. Istnieją dwie podobne procedury stosowane w leczeniu bólu kręgosłupa. Jedną można przeprowadzić ambulatoryjnie, bez konieczności hospitalizacji.

Druga wymaga większego zaangażowania personelu i sprzętu oraz pobytu pacjenta w szpitalu. Z tego powodu jest około czterokrotnie lepiej wyceniana przez NFZ. Kontrole wykazały, że w części szpitali wykonywano prostszą procedurę, którą można było przeprowadzić ambulatoryjnie, ale rozliczano ją jako droższe świadczenie wymagające hospitalizacji.

W Piszu NFZ zakwestionował w ten sposób rozliczenia za 2023 r. i potrącił szpitalowi ponad 670 tys. zł. W Mogilnie konsekwencje finansowe sięgnęły 2,6 mln zł, a w Miastku ponad 13 mln zł. Połączenie krótkiego czasu zabiegu, możliwości wykonania wielu procedur jednego dnia oraz wynagrodzenia naliczanego za kolejne świadczenia pozwalało osiągać tak wysokie kwoty.

Źródło: WP

Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.

Wybrane dla Ciebie