Ma 38 lat i dwa nowotwory za sobą. "Trzeba grać kartami, które mamy"

Nie wyczuła guzka, a lekarze powtarzali, że w wieku 26 lat nie ma powodów do paniki. Badania wykazały jednak zaawansowany nowotwór piersi. Anna Kochmańska, fizjoterapeutka i edukatorka społeczna, przeszła chemioterapię, podwójną mastektomię, a po latach zmierzyła się z kolejnym rakiem. Dziś mówi o doświadczeniu śmierci, strachu i życiu po chorobie.

Anna KochmańskaAnna Kochmańska
Źródło zdjęć: © arch. prywatne | Remi Dąbrowski
Karolina Rozmus

Karolina Rozmus, dziennikarka Wirtualnej Polski: W 2014 r. usłyszałaś diagnozę nowotworu. Od czego zaczęła się ta historia? 

Anna Kochmańska: Nie wyczułam guzka. Przy moim ówczesnym stanie wiedzy i budowie piersi nie potrafiłabym go wykryć. Nie boję się do tego przyznać. Moją uwagę zwróciło coś innego. Pierś zaczęła się powiększać i zmieniać kolor. Zrobiła się sina, potem żółtawa, wyglądała, jakbym miała siniaka. Miałam dużą asymetrię piersi, więc kiedy się wyrównała, to nawet się ucieszyłam. Byłam młoda i nieświadoma, że tam już rozwijała się choroba. 

A mimo to nie zbagatelizowałaś problemu. 

Poszłam do ginekologa i dostałam skierowanie na USG. Termin? Za dwa tygodnie. Zapytałam, czy powinnam zrobić badanie prywatnie, żeby było szybciej, ale lekarka mnie uspokoiła. Poszłam do innego ginekologa. On też nie widział powodu do paniki. Miałam przecież tylko 26 lat. 

Byłaś "za młoda" na raka? 

Zwłaszcza że to było 12 lat temu. Po dwóch tygodniach zrobiłam USG. Wszystkie węzły były powiększone, cała pierś zajęta. Obraz wyglądał jak zapalenie piersi, więc dostałam antybiotyk. Po tygodniu wróciłam, skierowali mnie do Instytutu Onkologii. Wcześniej wysłałam koleżance zdjęcie piersi. Nic nie powiedziała, ale wiedziała, że to rak. Pracowała w Instytucie, miała doświadczenie. 

Anna Kochmańska
Anna Kochmańska © arch. prywatne | Remi Dąbrowski

Nowotwór był już widoczny "gołym okiem". Miałam skórkę pomarańczową i wciągniętą brodawkę. Przy podnoszeniu ręki widać było całkowicie zmieniony kształt i rozmiar piersi. Onkolog przyznał, że jeszcze tydzień wcześniej pierś wyglądała lepiej. 

Wizyta w instytucie rozwiała wszelkie wątpliwości? 

Przeszłam USG i biopsję. Pytanie nie brzmiało już, czy to nowotwór, tylko jaki. Rak zapalny piersi, stopień zaawansowania IIIC. Nowotwór HER2-dodatni z ujemnymi receptorami hormonalnymi. Leczenie? Chemioterapia, immunoterapia, mastektomia i radioterapia. 

Masz 26 lat i nagle słyszysz: rak piersi, chemioterapia, mastektomia. "Dlaczego mnie to spotkało?" – pojawiły się takie myśli? 

Na początku wszystko działo się tak szybko, że nie miałam czasu myśleć. To przyszło dopiero później. Byłam wściekła, czułam ogromną niesprawiedliwość. Przecież miałam zbawiać świat! Jestem fizjoterapeutką dziecięcą, chciałam pomagać ludziom, a tymczasem sama zachorowałam. 

Jaka myśl pojawiła się zatem jako pierwsza? 

Pierwsza myśl? Że umrę. Ale kiedy otrzymałam wyniki biopsji, zapytałam lekarza, czy w ogóle mam szanse. Powiedział: "Tak, oczywiście". Stwierdziłam wtedy, że zrobię wszystko, żeby przeżyć. Inny lekarz powiedział mi, żebym nastawiła się na wyleczenie – z wyraźnym akcentem na "wyleczenie".

Nie lubię słowa "remisja". Nigdy nie mówiłam, że jestem w remisji. Zawsze mówiłam, że jestem zdrowa. 

A co było najtrudniejsze w leczeniu? 

Przeszłam 8 cykli chemioterapii. Ta pierwsza jest trudna, bo pojawia się wyczekiwanie: kiedy wypadną włosy? U mnie zaczęły wypadać od razu, garściami. Zdążyłam jeszcze pójść do fryzjera, miałam długie włosy i chciałam przekazać je na peruki. Obcięłam je krótko, ale po drugiej chemii to, co zostało, nie wyglądało dobrze. Zgoliłam wszystko. Potem, kiedy chemioterapia trwa i włosy już wypadną, jakoś idzie się dalej. Przyjęłam, że to pewien okres, który minie, a leczenie ma doprowadzić mnie do zdrowia. 

Anna Kochmańska
Anna Kochmańska © arch. prywatne

Pomiędzy chemioterapiami starałam się żyć. Spotykałam się ze znajomymi, chodziłam po galerii handlowej. Człowiek chce jakoś poprawić sobie samopoczucie, więc robi sobie małe przyjemności. 

Poruszył mnie wpis o tym, że nie chciałaś rozmawiać z innymi chorymi w poczekalni. Dlaczego? 

Kiedy jesteś w ogromnym lęku tuż po leczeniu i usiądziesz obok osoby, która ma rozsiew albo jest w bardzo trudnej sytuacji, możesz poczuć się jeszcze gorzej. Od razu myślisz, że to również twoja droga, twoja przyszłość. 

Niejednokrotnie wychodziłam z onkologii po takich rozmowach zupełnie rozbita. Ludzie chcą się wygadać, wyrzucić trudne emocje – rozumiem tę potrzebę. Ja jednak, sama będąc w rozsypce, nie miałam zasobów, żeby słuchać tych historii. Trudno udźwignąć cierpienie drugiego człowieka, kiedy samemu jest się w trakcie leczenia albo tuż po nim. 

Dlatego tak ważna jest pomoc psychologiczna. Ludzie sobie nie radzą, bo jak mają sobie radzić z takim ciężarem? Uważam, że każdy powinien mieć obok chemioterapii również skierowanie do psychologa. 

A co poczułaś, gdy usłyszałaś, że jesteś zdrowa? 

Popłakałam się. Po chemioterapii miałam całkowitą mastektomię. Szłam na operację zadowolona, z myślą: "To już koniec, jeszcze tylko operacja i będę zdrowa". Nie miałam poczucia, że bez piersi kończy się moje życie. 

Dla wielu kobiet strach przed mastektomią jest nawet większy niż przed leczeniem samego raka.

Ja siebie akceptowałam w pełni, wiedziałam, że zdrowie jest dla mnie najważniejsze. Bałam się tylko, czy zaakceptuje mnie mężczyzna, którego ja wybiorę na partnera życiowego. 

Trudno w tym miejscu nie zapytać o to, czy się udało. 

Chodziłam na randki i trudno było się przełamać, żeby poruszyć ten temat. Dopiero kiedy widziałam, że znajomość zmierza w stronę relacji, mówiłam, że jestem po mastektomii, bez rekonstrukcji. 

Jak reagowali mężczyźni? 

Miałam jedną naprawdę niedobrą sytuację. Powiedziałam mężczyźnie o mastektomii i od razu zorientowałam się, że on nie chce kontynuować znajomości. Oboje wiedzieliśmy, że to ostatnie spotkanie. Z perspektywy czasu uważam, że powinnam była wtedy zadbać o siebie – podziękować i wyjść ze spotkania. 

Anna Kochmańska
Anna Kochmańska © arch. prywatne | Remi Dąbrowski

Ja jednak zostałam z poczuciem, że się komuś nie podobam, bo wydawało mi się, że nie wypada wyjść. To była lekcja dla mnie. Aktualnie mam cudownego partnera. 

Napisałaś w jednym z postów: "Bałam się. Czasem bardzo. Śmierci, nawrotu, przerzutów, tego, co przyniesie jutro. A jednak każdego dnia robiłam kolejny krok". 

To jest chyba najważniejsze, co chciałabym przekazać. Samo leczenie mija, trzeba przez nie przejść. Natomiast późniejsze życie bywa trudne. Bardzo się bałam. Kiedy coś zaboli albo zakłuje, od razu pojawiała się myśl: czy to nie przerzut? Chciałam ciągle robić badania. Dobrze, że lekarze to stopują, bo można wpaść w spiralę.

Korzystałam z terapii psychologicznej w trakcie leczenia i przez lata po nim. Uważam, że jest niezwykle potrzebna. Człowiek przecież mierzy się z największym lękiem – przed śmiercią. 

Świadomość, że nowotwór może być chorobą śmiertelną, daje poczucie otarcia się o śmierć? 

Bo tak jest. Dla mnie to było najgorsze w całym doświadczeniu choroby. Nadal czasem się boję, choć po tylu latach potrafię już lepiej sobie z tym radzić. Przede wszystkim pozwalam sobie czuć lęk. Wcześniej walczyłam z emocjami, uznawałam je za coś złego, zamiast je przeżywać. 

Wiem też, co mi pomaga: sen, aktywność fizyczna, dobre jedzenie i odpoczynek. To reguluje mój układ nerwowy. Nie ma tu żadnych prawd objawionych, te proste rzeczy naprawdę są ważne. 

A mimo to nic nie jest w stanie przygotować na kolejną diagnozę raka. 

Poszłam na badanie kontrolne, USG wykonywał mój kolega. W pewnym momencie powiedział: "Dobra, zobaczmy jeszcze tarczycę". Były w niej małe guzki. Od razu poczułam lęk, ale lekarz mnie uspokoił. Miałam przyjść do kontroli za 6 miesięcy. Ostatecznie minął rok. Nie miałam żadnych objawów, ale olśniło mnie, że może trzeba zobaczyć, co z tymi guzkami. 

Umówiłam się na USG, znów u tego samego znajomego. Znamy się od lat i wiem, że nie jest panikarzem. Tym razem jednak zobaczyłam jego minę i wiedziałam, że trudno mu to wykrztusić. Obraz USG i szybki wzrost zmiany wskazywały na nowotwór. 

Biopsja wykazała raka brodawkowatego. Tarczyca była do usunięcia. W kolejnych badaniach stwierdzono też przerzut do węzła chłonnego. Przeszłam całkowitą resekcję tarczycy i leczenie jodem promieniotwórczym. 

Nie miałaś myśli: jeden człowiek, dwa nowotwory – ile można? 

Myślałam: "Kurde, niektórzy nie mają żadnego, a ja już zaliczyłam dwa." Byłam w szoku i znów załamana. Wiedziałam jednak, że to inny kaliber choroby. 

Poszłam do mojego onkologa i powiedziałam mu: "Tak jak przy pierwszym nowotworze jestem zainteresowana tylko pełnym wyleczeniem." Wiem jednak, że gdybym nie miała wcześniejszego doświadczenia, nie podeszłabym do tego tak zdecydowanie. Diagnoza raka jest ogromnie trudna i przerażająca. 

Jak patrzysz dzisiaj na to wszystko? 

Myślę, że dużo w życiu przeszłam. Jak na jedną osobę – naprawdę dużo. 

Jest w tym trochę żalu? 

Nie mam już żalu ani złości, że mnie to spotkało. Poukładałam to sobie. Stało się tak, jak się stało. Na kogo miałabym być zła? Bardziej wzruszam się, kiedy patrzę na siebie i swoją odwagę. Niedawno też przeszłam w końcu dwie operacje piersi (rekonstrukcję i mastektomię profilaktyczną). To było trudne, bo idąc na rekonstrukcję, odkopałam wszystko, co wcześniej pogrzebałam. Miałam poczucie, że albo wreszcie to zrobię, albo zostawię temat. 

Jesteś już po rekonstrukcji? 

Tak! Mam dwie piękne piersi, dwa "silikony". Będę chodziła bez stanika i w głębokich dekoltach. Naprawdę chciałabym, żeby to zostało podkreślone! 

Ta operacja jest jak klamra, która spina opowieść o chorobie. Wiem, że ci bardzo pomogła. Co jeszcze pomaga? 

Trzeba mówić prawdę, ale tak, żeby nie przerażać. Trzeba traktować chorego jak równego sobie. Pamiętam, jak po ogoleniu głowy pojechałam do rodziców. Mój ojciec śmiał się ze mnie, że jestem łysa. Jego śmiech był zaraźliwy. Właśnie tego, a nie litości, potrzebowałam wtedy. 

Co jeszcze pomaga? Z perspektywy lat uważam, że trzeba płakać, pozwolić sobie przeżyć te trudne emocje. 

I cieszyć się życiem mimo wszystko. Dobrze, że możemy tu być, prawda? 

Trzeba brać to, co jest. Trzeba grać kartami, które mamy. Co innego nam pozostało? 

Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.

Wybrane dla Ciebie