Lekarz na pustkowiu. Narodowa Wyprawa Zimowa na K2

Po pierwsze porzuć poczucie, że ktoś ci pomoże.

To jest fenomen dziedziny określanej jako "wilderness medicine”, coraz bardziej rozpoznawalnej dziedziny wiedzy oraz praktyki medycznej.

Wynika on zapewne z potrzeby pogodzenia dwóch dość sprzecznych elementów: po pierwsze naszej chęci bycia w terenach odludnych i dzikich jak pustynie, Arktyka, góry wysokie, po drugie oczekiwania pewnego standardu opieki medycznej właściwego naszym przyzwyczajeniom.

Zobacz film: "Adam Bielecki: zimowe wejście na K2 to dla mnie naturalna kolej rzeczy [2/3] [Sektor Gości]"

Trudno często jest zrozumieć Europejczykowi, że w razie nagłego zdarzenia, np. na drodze gdzieś w środku Sahelu, niewiele wniesie wykręcenie numeru telefonu 112 (o ile oczywiście uda znaleźć się jakikolwiek zasięg), zaś próba szukania ratunku to po prostu znalezienie środka transportu do najbliższego szpitala oddalonego często o setki kilometrów. Przy czym już na wstępie może spotkać nas bardzo duża niespodzianka w tym, co kryje się pod nazwą szpital.

Nieco innym aspektem jest zorganizowana działalność, taka jak chociażby nasza Narodowa Wyprawa Zimowa na K2.

Tutaj wielomiesięczna praca w zakresie organizacji, pozyskania sprzętu i leków, szkolenia himalaistów sprawiły, że w K2 Base Camp na wysokości blisko 5100 m n.p.m. udało się przygotować całkiem spore zaplecze do ewentualnych (jak się okazało i rzeczywistych) działań medycznych. Całość przygotowań medycznych to szczególna praca dra Roberta Szymczaka z Gdańska - nie tylko lekarza ratunkowego, lecz także doświadczonego himalaisty i lekarza wysokogórskiego. Splotem przypadków okazało się, że nagle otrzymałem propozycję bezpośredniego zabezpieczenia działań medyczno-ratowniczych, tam na miejscu.

1. Skardu

Ponad dwudziestotysięczne miasto położone na wysokości blisko 2200 m n.p.m. w dolinie Indusu. To ostatnie miejsce, w którym możemy liczyć na pewien standard pomocy medycznej. Po pierwsze znajduje się tutaj lotnisko z śmigłowcami, które mogą wesprzeć nasze działania, po drugie szpital wojskowy (standard porównałbym raczej do niewielkiego szpitala powiatowego o podstawowym profilu, ale jest).

Dr Przemysław Guła
Dr Przemysław Guła

Skardu stanowi też pewien klucz do aklimatyzacji, spędzenie tu minimum dwóch dób (po zazwyczaj dość szybkim dostaniu się do Skardu), pozwoli nam na uniknięcie natychmiastowej zadyszki po wykonaniu kilkudziesięciu kroków.

Jednak dotychczasowe doświadczenie uczy mnie, że dość surowa ocena tutejszych możliwości medycznych, którą mam w tej chwili, drastycznie zmieni się tam na górze oraz z każdym kilometrem drogi powrotnej, odczuwanym niczym powrót do metropolii.

2. Droga Skardu- Askole

To ten moment, w którym już czujemy, że jesteśmy skazani na siebie. Zaczyna też docierać do nas inny wymiar zagadnienia transportu samochodowego. Jak w wielu innych podobnych miejscach świata nie należy sugerować się odległością w kilometrach. Jest ich niewiele… ponad 100…i co z tego, gdy czas przejazdu to minimum 8 godzin, jeżeli nie nastąpią żadne niespodziewane okoliczności… i nastąpiły…

Droga stanowi fantastyczne połączenie wiszących mostków, wykłutej w skale dróżki nad przepaściami wymierzonej "pod rozmiar” Toyoty prowadzonej pod ogromnymi nawisami kamiennymi i poprzez liczne czynne osuwiska. Na jednym z nich padła komenda "z samochodów i do łopat”. Faktycznie nasza droga zamieniła się w regularne osuwisko, zacierając ślad szlaku naszej Toyoty zawieszonej na zboczu 200 m nad dnem doliny. Praca łopatami musi być szybka, bo stale spadają kamienie. W pewnym momencie nasz kierowca z głośnym okrzykiem "Inszallah” pokonuje kilkudziesięciometrowe odcinki, zdecydowanie balansując na granicy przyczepności. I tak to właśnie tu wygląda. Niespełna godzinę później spotykamy grupę mieszkańców kilku wiosek, poszukujących zwłok czterech osób, które wpadły samochodem do rzeki.

Docieramy do Askole, ostatni fragment, który dostępny jest samochodem… ostatni sklepik K2 – Store, szkoła, meczet i ośrodek zdrowia. Gdy tylko miejscowy felczer dowiaduje się, że jestem doktorem, prowadzi mnie do skromnej izby z kilkoma półkami na leki, kozetką, aparatem do pomiaru ciśnienia i paroma narzędziami chirurgicznymi.

Jest to jedyny felczer w górnej części doliny, ma około 5-6 tysięcy podopiecznych, z których ponad połowa mieszka o 1-2 dni drogi w górę (już tylko pieszo).

Umawiamy się, że wracając, zostawię mu nasze leki i zobaczę kilku pacjentów, a póki co pora na pierwszy biwak; nie jest źle tylko -10 C… bardziej obawiam się skoku wysokości o ponad 800 m.

3. Trek pod K2

Sam w sobie nie stanowi wielkiego wyzwania technicznego ani wysokościowego. Jest uznany również za jedną z piękniejszych tras widokowych po Karakorum.

Dr Przemysław Guła
Dr Przemysław Guła

Problem w tym, że treki odbywają się latem w zgoła innych niż teraz warunkach. Droga zaczyna się w Askole na wysokości około 3000 m n.p.m., kończąc w bazie pod K2 na ponad 5000. Zazwyczaj trwa latem 6-7 dni. Dając możliwość stopniowej i bardzo realnej aklimatyzacji z średnią pokonywaną wysokością 300 m dziennie.

Zimą różnica polega na tym, iż temperatury na trasie to średnio około -20 C oraz śnieg i oblodzenie stwarzające zagrożenie zarówno o charakterze lawinowym, jak i ryzyko upadku z wąskiej eksponowanej ścieżki. Przez cały sezon zagrożenie stanowią spadające kamienie i osuwiska, to zresztą stało się przyczyną wielu śmiertelnych wypadków na tej trasie. Zimową atrakcją zaś okazała się przeprawa przez nienachalnie ciepły rwący potok lodowcowy.

Tempo marszu uzależnione jest od tragarzy, a wyprawa w górę to nie tylko konieczność zabrania namiotów i jedzenia, ale przede wszystkim uzupełnienia zaopatrzenia dla bazy.

Dla mnie w praktyce to blisko 25 kg sprzętu, leków i środków medycznych dla uzupełnienia zasobów w bazie oraz cały własny sprzęt górski, ubrania, kilka starannie wyselekcjonowanych niezbędnych do życia elementów… w sumie dobrze ponad 50 kg.

Masa 20 kg jest także istotnym elementem tutejszych zasad, gdyż jest to maksymalne obciążenie dla jednego tragarza. To również cały rytuał ważenia i przygotowania się do wyjścia, a zarazem źródło dodatkowego dochodu tragarzy (napiwki za nadbagaż, przynoszenie go do namiotu itd.).

I tak niestandardowa (bo zimowa) karawana wyruszyła po raz drugi w tym roku (po raz pierwszy z główną częścią wyprawy), a według tragarzy po raz piąty w historii.

Szybko okazało się, że "medycyna” jest bardzo przydatna już w trasie, więc zasób leków z plecakowej apteczki stał się niezbędny na liczne dolegliwości bólowe, trudności z aklimatyzacją, a na biwaku Gore II (na wysokości 4300 m n.p.m. ) w ruch poszedł zestaw do szycia, gdyż jeden z tragarzy doznał urazu ręki.

Ze względu na pewien pośpiech, udało się zredukować czas przejścia do 5 dni. Jednak ostatni etap od Concordia okazał się wielogodzinną walką z zasypanymi szczelinami lodowcowymi, serakami i koniecznością torowania w śniegu po kolana, zamieniając zazwyczaj przyjemną 4-5 godzinną trasę w 8 godzin walki. Największą trudnością było znalezienie dwóch tragarzy wysokogórskich gotowych do pokonania 25 km lodowca i 800 m różnicy w jeden dzień… oczywiście wymagało to dodatkowych opłat.

4. K2 Base Camp

Po dniach pustkowia i izolacji nagle doświadczasz odczucia zjawienia się w bazie kosmicznej. Internet, ciepłe posiłki, telefon wydają się czymś nierealnym. Nawet w okolicznościach, gdy wyjmujesz rękę poza śpiwór, wystawiając ją na -20⁰C. Problemem oczywiście stają się pozornie błahe elementy, czyli jak zabezpieczyć buty, by rano nie były lodową skorupą, jak poradzić sobie z problemem czystej fizjologii, czyli oddawania dużych ilości moczu nocą (optymalnie nie opuszczając śpiwora), czy też wreszcie ubierania się i rozbierania oraz walki z objawami związanymi z wysokością (duszność, bezsenność, ból głowy).

W bazie istnieje rzeczywiście możliwość podjęcia całkiem zaawanasowanych działań. Mamy tu możliwość wykonania diagnostyki EKG, USG, pomiaru poziomu glikemii, oceny wysycenia krwi tlenem oraz szereg możliwości działania w sytuacji zagrożenia życia od terapii tlenem, terapii nadciśnieniowej, wentylacji pacjenta, czy też wreszcie zestawy narzędzi i nici chirurgicznych.

Poza tym, że wszystko "to” brzmi imponująco, przy codziennych działaniach napotykamy na te same problemy. Sprzęt medyczny wystawiony na -20⁰C po prostu nie działa, leki pomimo trzymania w śpiworze po prostu zamarzają, płyny infuzyjne zaś to zamarznięte kryształy. To oczywiście wywołało konieczność stosowania odpowiednich technik, czyli umiemy już szybko rozmrozić roztwór do infuzji, ogrzać leki i wiele podobnych, jednak jest to bardzo odległe od komfortu działania w ambulansie czy na pokładzie śmigłowca w kraju.

Oczywiście odrębnym tematem jest sama kwestia zabezpieczenia działań powyżej Base Camp w czasie akcji górskiej. Tam warunki będą po wielokroć gorsze i oby nigdy nie było potrzeby sprawdzania tego w realnym działaniu. Tym niemniej w górę musi powędrować zarówno tlen, zestawy leków, jak i indywidualne pakiety medyczne, wreszcie apteczka lekarska.

5. Główni przeciwnicy

Katalog wrogów himalaisty jest stały.

Po pierwsze to wysokość i pomimo aklimatyzacji nawet wśród najbardziej doświadczonych zdarzały się ataki choroby wysokogórskiej AMS (Acute Mountain Sickness). Po drugie są to temperatura i wiatr. Należy pamiętać, że temperatury na poziomie -40⁰C nie są tu niczym nadzwyczajnym, a wiatr rzędu 30 km/h można traktować jak zefir. Oba czynniki powodują zarówno szybkie wychłodzenie, jak i trudności w oddychaniu przy silnych wiatrach.

Dodatkowo istnieje cały szereg zagrożeń górskich… lawin, obrywów seraków, spadających kamieni i brył lodu.

6. Wilderness medicine

Doświadczenie uczy, że trzeba liczyć na siebie. Jednak zawsze napotykamy na szereg ograniczeń. Zazwyczaj dwa są stałe. Po pierwsze ograniczenie ilości masy sprzętu i leków, które mamy do dyspozycji, po drugie liczby personelu, która często opiera się na pojedynczym lekarzu lub ratowniku.

Do tego dochodzą wspomniane problemy techniczne, jak chociażby zamarznięte leki i sprzęt lub coś, czego doświadczyłem kiedyś w Afryce - awaria minilodówki, która w krótką chwilę pozbawiła mnie całego zasobu leków wymagających utrzymania w temperaturze mniejszej niż +50⁰C.

Ta działka medycyny uczy konieczności powrotu do prostych rozwiązań i uniezależnienia od nadmiaru elektroniki.

Innym wyzwaniem jest czas opieki nad pacjentem. Nasze doświadczenia stąd uczą, iż czas oczekiwania na śmigłowiec może sięgać kilku dób. Niestety w tej kwestii do powiedzenia wszystko ma pogoda, a nie stan pacjenta.

O AUTORZE

Dr n. med Przemysław Wiktor Guła, doktor nauk medycznych, specjalista chirurgii urazowo-ortopedycznej, ratownik Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, lekarz Lotniczego Pogotowia Ratunkowego; współpracuje z Wojskowym Instytutem Medycznym.

Uczestnik wielu zagranicznych staży i szkoleń w zakresie medycyny ratunkowej. Jako lekarz uczestniczył w misjach ratowniczych, m.in. po trzęsieniach ziemi w Pakistanie, Turcji, Albanii i na Haiti. Kilkukrotnie pracował w szpitalu wojskowym w bazie Ghazni w Afganistanie. Autor i współautor wielu publikacji z zakresu medycyny ratunkowej i medycyny katastrof.

Od ponad 20 lat zajmujący się problematyką ciężkich obrażeń ciała, a także ratownictwem na poziomie przedszpitalnym oraz problematyką medycyny katastrof – w tym obszarem zagrożeń terrorystycznych i CBRN.

Autor książek "Medyczne skutki Terroryzmu”, "Postępowanie w obrażeniach ciała w praktyce SOR” oraz "Postępowanie przedszpitalne w obrażeniach ciała” wydanych przez PZWL Wydawnictwo Lekarskie.

Polecane dla Ciebie

Pomocni lekarze

Szukaj innego lekarza

Komentarze

Wysyłając opinię akceptujesz regulamin zamieszczania opinii w serwisie. Grupa Wirtualna Polska S.A. z siedzibą w Warszawie jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.
    Ważne tematy