Żyją 7 lat krócej niż kobiety w Polsce. "Kompletnie wypadają z radaru systemu"

Marta Słupska
Z lewej strony: prof. Radziszewski Z lewej strony: prof. Radziszewski
Źródło zdjęć: © Archiwum prywatne, ai • Zdjęcie wygenerowane przy pomocy AI

Według GUS przeciętna długość życia polskiego mężczyzny jest o 7,11 roku krótsza niż u kobiety. Wynika to z kilku czynników. – Polski mężczyzna może długo żyć i zdrowo się zestarzeć, tylko musimy mu stworzyć do tego warunki – komentuje prof. Piotr Radziszewski.

  • Polscy mężczyźni żyją średnio o 7 lat krócej niż kobiety. Nie wynika to z biologii, lecz z barier systemowych.
  • W okresie największej aktywności zawodowej mężczyźni mają najmniej kontaktów z ochroną zdrowia.
  • Pacjent musi przejść aż 11 kroków, by zdiagnozować i leczyć problem.
  • Mężczyźni stanowią ponad 83 proc. ofiar samobójstw w Polsce, a system zdrowia im nie pomaga.
  • Konieczne jest wdrożenie holistycznego podejścia i pakietów naprawczych.

Marta Słupska, dziennikarka Wirtualnej Polski: Właśnie opublikowano raport "7 lat różnicy. Zdrowie mężczyzn w Polsce 2026". To setki stron danych i rekomendacji. Dlaczego zdecydował się pan go stworzyć?

Prof. dr hab. n. med. Piotr Radziszewski, urolog, kierownik Katedry i Kliniki Urologii Ogólnej, Onkologicznej i Czynnościowej Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, autor raportu: Najbardziej z powodu niecierpliwości związanej z brakiem jakichkolwiek działań na rzecz mężczyzn. A także ze zdenerwowania na ciągłe oskarżanie mężczyzn o to, że nie chcą chodzić do lekarza, i wmawianie im, że chorują z własnej winy.

Według GUS przeciętna długość życia polskiego mężczyzny jest o 7,11 roku krótsza niż długość życia kobiety. Z czego wynika ta różnica?

Na pewno nie z czystej biologii – męski zegar biologiczny nie tyka szybciej niż kobiecy. W innych krajach Unii różnica faktycznie też istnieje, ale średnio wynosi około 5 lat, a w Holandii niecałe 3. Dlatego zacząłem przyglądać się, dlaczego u nas jest tak duża. I doszedłem do jeszcze gorszych wyników, bo te tytułowe 7 lat dotyczy statystycznie wszystkich mężczyzn w Polsce. Wszystkich, czyli nikogo. Profile mężczyzn są natomiast bardzo różne. Musimy wziąć pod uwagę indywidualizację podejścia profilaktycznego, diagnostycznego i terapeutycznego.

Okazuje się, że przewidywana długość życia dla trzydziestolatka, który ma wykształcenie podstawowe, jest aż 13 lat krótsza niż trzydziestolatka z wykształceniem wyższym. To nie kwestia inteligencji.

A czego?

Funkcjonowania w zupełnie innych realiach, jeśli chodzi o dostęp do ochrony zdrowia, w tym badań profilaktycznych. A to one mogą zapobiec rozwojowi poważnych chorób w przyszłości.

Niestety, pomiędzy 25. a 45. rokiem życia, kiedy rozwija się wiele chorób, mężczyźni mają najmniej kontaktów z ochroną zdrowia – inaczej niż kobiety, które w tym czasie rodzą dzieci czy wchodzą w menopauzę i mają kontakt chociażby z ginekologiem. To dla panów czas pełni życia, najlepszej kariery zawodowej. A jednocześnie w tym czasie może dojść do niekorzystnych zdarzeń zdrowotnych, które będą się sumować i prowadzić do choroby.

Weźmy Marka z raportu – operatora maszyn, który pracuje na trzy zmiany i prowadzi siedzący tryb życia. Pali papierosy, raz na dwa tygodnie idzie z kolegami na piwo lub coś mocniejszego. W dodatku żyje w stresie, który zajada i z roku na rok obserwuje rosnący brzuch. Z czasem rozwija się u niego nietolerancja glukozy. Przez kolejnych 10 lat nie powie o sobie, że jest chory. Może nawet lekarz zakładowy mu czasem zmierzy ciśnienie i powie, że jest podwyższone i warto się tym zająć, ale Marek nic z tym nie zrobi, a lekarz nawet nie będzie wiedział, bo tego nie sprawdzi.

Aż choroba zacznie postępować.

Tak – Marek będzie jeszcze tak funkcjonował długi czas. Jeśli pojawią się u niego zaburzenia erekcji, to może trafić do urologa, który zastanowi się, czy taki problem u młodego mężczyzny to kwestia psychogenna, czy może związana z zaburzeniami krążenia i wyśle go do kardiologa lub chociaż do lekarza POZ. Jeśli nie, to Marek pierwszy kontakt z ochroną zdrowia będzie miał przez drzwi SOR-u, gdzie trafi z zawałem.

Wspominał pan, że problemem jest też dostępność służby zdrowia.

Oczywiście. Zrobiłem małe śledztwo i wyszło mi, że mężczyzna, u którego wykryto podwyższone ciśnienie czy cukier, musi w ciągu roku wykonać aż 11 kroków – od umówienia wizyty u lekarza rodzinnego, przez pobranie krwi na czczo w kolejnym dniu roboczym, drugą wizytę po wyniki, skierowanie do specjalisty i aptekę, aż po kontrolę po trzech miesiącach. Co najmniej sześć z tych kroków wymaga stawienia się w placówce w godzinach pracy. Jeśli każdy z tych kroków wykona 9 na 10 mężczyzn – a to optymistyczne założenie – całą ścieżkę kończy mniej niż co trzeci. A przecież można ją zdecydowanie uprościć.

Pracujący na zmiany Marek, jeśli będzie musiał po raz czwarty zwolnić się z pracy do lekarza czy na badania, będzie miał problem z pracodawcą.

Kolejna sprawa – osoby z wyższym wykształceniem mają zwykle ubezpieczenia komplementarne, badania profilaktyczne wpisane w swój kontrakt z pracodawcą. Pracownicy fizyczni dużo rzadziej. Do tego mamy grupy mężczyzn, które kompletnie wypadają z radaru systemu: bezrobotni, na samozatrudnieniu, rolnicy, więźniowie.


WIDEO
Pokolenie samotnych. Główny problem? "Powolne odbieranie sobie życia"

Mówił o tym też niedawno Rzecznik Praw Pacjenta – jeżeli pacjent sam nie zadziała, to niejednokrotnie przepada w systemie… Rozumiem, że potrzeba ciągłości opieki medycznej.

Zdecydowanie. Jak zaczynałem swoją przygodę z medycyną i byłem w klinikach w Szwecji, Niemczech czy Kanadzie, to funkcjonowały dyktafony i lekarz dyktował list do drugiego medyka typu: "Posyłam ci pacjenta pana Jana Kowalskiego, u którego podejrzewam to i to, wdrożyłem takie i takie leczenie i proszę, żebyś zrobił to czy tamto". Rozmawialiśmy ze sobą. Teraz tego nie robimy.

Na szczęście coraz częściej kliniki dzwonią do pacjentów i informują, że wyniki histopatologiczne są już do odebrania. Drążą, są uparte. Bez takiego monitorowania możemy szybko stracić pacjenta.

Najwięcej do zyskania mamy w przypadku mężczyzn, którzy są po nieudanej próbie samobójczej. Trzeba sprawdzić, czy taki pacjent faktycznie trafił do poradni zdrowia psychicznego. A wygląda to tak, że on dostaje kartę wypisową, żeby zgłosić się do poradni i już, tyle. Nikt nie bada, czy to zrobił.

A w depresji często nie ma siły, żeby samemu umówić wizytę. Jeśli nikt się nie odezwie, któregoś gorszego dnia może dojść do kolejnej próby – i do zgonu samobójczego. Dlatego inicjatywa kontaktu musi być po stronie placówki, nie pacjenta – w raporcie to wariant W2.

Niestety, według statystyk mężczyźni wciąż popełniają najwięcej samobójstw.

Tak – w 2025 r. odnotowano 4776 zgonów w wyniku zachowań samobójczych, w tym 3975 mężczyzn. To 83,2 proc.

Weźmy też pod uwagę, że pacjent może trafić do lekarza POZ z maską depresji w postaci np. bólów brzucha. Medyk zaleci diagnostykę, nie zadając mu dwóch pytań przesiewowych o nastrój. A to proste narzędzie, które zajmuje minutę i nic nie kosztuje.

Dlatego tak ważne jest ustrukturyzowanie wizyty, aby wyłapać, który etap pacjent przeszedł i jaki jest efekt końcowy. Musimy wiedzieć, ilu pacjentów z konkretnym schorzeniem wychwyciliśmy, jakie wdrożyliśmy leczenie i jaki przyniosło skutek. Bo my, Polacy, jesteśmy świetni w podawaniu statystyk, np. akcja Movember – super, że istnieje, ale co nam daje samo przebadanie mężczyzn? To za mało. Nie wiemy, co te badania dały, ile nowotworów jąder wykryliśmy i czy pacjent, u którego wyszło wysokie PSA, faktycznie coś z tym zrobił.

To, co jest potrzebne, żeby poprawić opiekę?

Wprowadzenie krótszych ścieżek diagnostycznych, co już się dzieje. Niepozostawianie pacjenta samemu sobie. Poświęcenie tych kilku minut więcej na ankietę zdrowego mężczyzny i podjęcie dalszych działań. Kobiety mają cytologię i mammografię – programy zbudowane wokół nich. Programu zbudowanego wokół mężczyzny nie ma żadnego. W "Moim Zdrowiu" mężczyźni to 37,45 proc. uczestników – i nie wiemy nawet, co się z nimi dalej stało, bo program sprawozdaje tylko ankiety.

Mówił pan o hipotetycznym Marku. A zna pan konkretne przykłady mężczyzn, którzy w tym naszym systemie przepadli i przez to rozwinęła się u nich groźna choroba?

Mam takich pacjentów codziennie. Np. dwa tygodnie temu przyszedł do mojego gabinetu mężczyzna z zaburzeniami erekcji. Mówił, że często wstaje w nocy na siku, ma trudności z oddawaniem moczu, a leki na prostatę, które bierze, przestały działać. Obejrzałem go: jak siedzi, oddycha, jak wyglądają jego nogi i wysłałem do kardiologa. Następnego dnia już był na kardiologii inwazyjnej i miał założony stent.

Takich pacjentów jest cała masa. Przychodzą i mówią, że nie są sobie w stanie poradzić z otyłością. Pytam, czy ktoś ich na to leczy i słyszę, że nie. A dlaczego przyszli do mnie? Bo mają zaburzenia erekcji. Zgubiliśmy holistyczne podejście do pacjentów.

Według danych fundacji Alivia w 2023 r. nowotwory złośliwe rozpoznano u niemal 97 tys. mężczyzn i prawie 96 tys. kobiet, ale liczba zgonów była dużo wyższa wśród panów – o 7 tys. To wynika z nierównego dostępu do opieki i braku holistycznego podejścia?

Z kilku spraw. Po pierwsze ze struktury nowotworów: u mężczyzn co czwarty zgon nowotworowy to rak płuca, a 28,8 proc. mężczyzn pali codziennie. Po drugie z późniejszego zgłaszania się i wielochorobowości, która zmniejsza skuteczność leczenia. Weźmy raka pęcherza moczowego: u mężczyzn występuje kilkakrotnie częściej niż u kobiet, głównie przez palenie, a jego pierwszym objawem jest zwykle krwiomocz. Każdy krwiomocz, który system zgubi – antybiotyk bez kontroli, skierowanie bez sprawdzenia, czy pacjent dotarł – to rozpoznanie w wyższym stadium.

A co w raporcie "7 lat różnicy" najbardziej pana zdziwiło albo oburzyło?

Wspomniane już 13 lat między mężczyzną z niskim i wysokim wykształceniem i 11 kroków. To dwie rzeczy pokazujące, jak jest źle. Tylko ten raport ma nie tylko pokazać, jak jest, ale też co zrobić, by było lepiej. Proponuje wdrożenie sześciu pakietów od W1 do W6 i kolejność: najpierw pomiar, potem interwencje – bo bez pomiaru za pięć lat znów nie będziemy wiedzieli, co zadziałało. Nie mówię, że ja mam monopol na mądrość, wdrażajmy wszystko w sposób testowy. Jeśli zadziała, możemy załatać lukę.

Jeśli utrzymamy tempo poprawy sprzed pandemii, polscy mężczyźni dopiero około 2041 r. dożyją poziomu, który mężczyźni w Unii mieli w 2024 – 17 lat opóźnienia. Jeśli tempo spowolni tak jak tuż przed pandemią, to już po 2050. Różnica między płciami nigdzie nie znika – w Holandii to niecałe 3 lata i tyle jest biologii – ale u nas da się ją wyraźnie zmniejszyć. Moja ambicja: żeby ten dystans do Europy nadrobić nie w 2041, a do 2035 r. Da się to zrobić. Polski mężczyzna może długo żyć i zdrowo się zestarzeć, tylko musimy mu stworzyć do tego warunki.

Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.

Wybrane dla Ciebie