Kluczowe zmiany dla lekarzy. "Odbije się na pacjentach"

Ustawa dotycząca limitów wynagrodzeń i czasu pracy medyków, uchwalona w czwartek przez Sejm, budzi wątpliwości, a samorząd lekarski mówi o szkodzie dla pacjentów. – Pod płaszczykiem "przywracania praworządności" pogorszy się dostęp do świadczeń – ocenia Piotr Pisula, rzecznik Naczelnej Izby Lekarskiej.

PisulaNowe przepisy dotyczące pracy lekarzy. Na zdj. Piotr Pisula
Źródło zdjęć: © Getty, X • Zdjęcie wygenerowane przy pomocy AI
Katarzyna Prus

Limit zarobków i czasu pracy medyków

Sejm uchwalił ustawę dotyczącą limitów wynagrodzeń i czasu pracy medyków (lekarzy, pielęgniarek, położnych, fizjoterapeutów i ratowników medycznych) z poprawkami. Przyjęte w czwartek zapisy dotyczą m.in. wprowadzenia maksymalnej stawki godzinowej – 240 zł brutto.

Ponadto miesięczne wynagrodzenie nie będzie mogło przekraczać szesnastokrotności płacy minimalnej brutto, czyli łącznie ok. 76 900 zł brutto miesięcznie przy dopuszczalnym wymiarze maksymalnie dwóch etatów. Przy czym maksymalne stawki nie obejmują np. nagród jubileuszowych czy świadczeń wypłacanych w związku z rozwiązaniem stosunku pracy.

W świetle ustawy łączny wymiar czasu pracy medyków nie będzie mógł przekraczać dwóch etatów (nie wlicza się pozostawania w gotowości do udzielania świadczeń, gdy medyk jest w domu czy poza szpitalem). Będą musieli być zatrudnieni w jednym miejscu na przynajmniej pół etatu, a do pracy w kolejnej placówce konieczna będzie zgoda dotychczasowego pracodawcy.

– Nie mamy wątpliwości, że trzeba uregulować kwestie związane z czasem pracy czy wynagrodzeniami medyków. Zapisy ustawy w tym kształcie, w jakim przyjął ją Sejm, budzą jednak poważne wątpliwości. Pod płaszczykiem "przywracania praworządności" wprowadzane są rozwiązania niedemokratyczne. Pogorszy się też dostęp do świadczeń – ocenia w rozmowie z WP abcZdrowie Piotr Pisula, rzecznik Naczelnej Izby Lekarskiej.

Które zapisy budzą takie obawy? – Na pewno zapis o tym, że medycy będą musieli być zatrudnieni w jednym miejscu na przynajmniej pół etatu i "wyrobić" co najmniej 80 godzin, a do pracy w kolejnym konieczna będzie zgoda dotychczasowego pracodawcy – zwraca uwagę.

Zdaniem rzecznika NIL wymóg pół etatu "odbije się przede wszystkim na pacjentach szpitali powiatowych czy mniejszych przychodni".

– Weźmy np. taką poradnię kardiologiczną, która działa poza dużym miastem, a kardiolog przyjeżdża tam tylko raz w tygodniu. W świetle nowych przepisów nie będzie mógł przyjeżdżać wcale, bo w takim trybie nie wyrobi wymaganych 80 godzin. Pacjenci zostaną więc bez żadnej pomocy kardiologicznej w miejscu zamieszkania – ocenia Pisula.

– Podobnie będzie w przypadku zabiegów np. ortopedycznych na oddziale chirurgii w szpitalu powiatowym. Są takie placówki, gdzie odbywa się to np. dwa razy w tygodniu. Teraz nie będzie to już możliwe. Dyrektorzy szpitali powiatowych już mówią, że to oznacza katastrofę. Takie placówki będą upadać albo zostaną przejęte na komercyjną działalność za bezcen. Do tego pacjent będzie musiał jechać ze złamaną nogą kilkadziesiąt kilometrów dalej do innego szpitala, w którym urośnie kolejka – to absurd – dodaje.

Krytyka "lex K."

Samorząd lekarski ma też zastrzeżenia do zgody, którą medyk musi uzyskać, jeśli chce pracować też w innym miejscu. – Wymóg zgody pracodawcy stoi w sprzeczności z zapisami prawa pracy. Zgodnie z nim pracodawca nie może zakazać nikomu pracy w innym miejscu. Poza tym powstaje pytanie, kto miałby tej zgody udzielać – zwraca uwagę rzecznik.

– Rozumiem, że ścieżka miałaby być taka, że dyrektor w placówce, w której medyk jest zatrudniony na umowę o pracę, czyli jest to jego podstawowe miejsce pracy, udzielałby zgody na pracę w kolejnym miejscu, gdzie pracuje na kontrakcie. Problem w tym, że nie każdy medyk jest zatrudniony na takich zasadach, bo to mogą być dwa kontrakty. Kto ma wtedy wyrazić zgodę? – pyta. I ocenia, że te przepisy są nieprecyzyjne i zostały przygotowane "na kolanie".

Wątpliwości samorządu budzi też "lex K.", czyli poparta przez posłów poprawka zakładająca m.in., że lekarz, który podał nieprawdę w rozliczeniach, nie będzie mógł udzielać świadczeń finansowanych ze środków publicznych. To nawiązanie do sprawy lekarza Dawida K., który na początku października usłyszał zarzut oszustwa w kwocie ponad 583 tys. zł (przedłożenie nierzetelnych faktur w Warszawskim Szpitalu Południowym).

O co dokładnie chodzi? Lekarz, który poświadczył nieprawdę co do rodzaju, zakresu i czasu wykonywanych procedur medycznych, ma otrzymywać zakaz udzielania świadczeń ze środków publicznych na okres od miesiąca do ośmiu lat. Przy czym, jeśli ponownie dopuści się naruszenia, ma dostać zakaz dożywotni. Wydanie takiego zakazu ma być decyzją prezesa NFZ (ma być też jawny "rejestr zakazów" prowadzony przez prezesa NFZ, w którym będą m.in. dane lekarza oraz podstawa decyzji).

– Oczywiście jest ogromne oczekiwanie społeczne co do przywracania praworządności po sprawie Dawida K., a samorząd lekarski to popiera, bo takie oszustwa trzeba tępić. Zaproponowany mechanizm jest jednak niewłaściwy – ocenia Pisula.

– Przede wszystkim to ma być jednoosobowa decyzja prezesa NFZ, który ani nie jest przecież organem ścigania, ani nie jest wybierany w demokratycznych wyborach, może się kierować personalnymi argumentami albo chociażby popełnić błąd i zwyczajnie się pomylić. Tymczasem nowe przepisy nie przewidują odwrócenia skutków takiej decyzji – zaznacza.

Zwraca uwagę, że w sytuacji, gdy np. dojdzie do pomyłki, a lekarz straci prawo udzielania świadczeń, to może dochodzić swoich praw w sądzie. Tymczasem takie postępowania trwają latami. – Nie ma konkretnej ścieżki odwoławczej, która byłaby dopasowana do nowych przepisów, ten ciężar zrzuca się na lekarza, który i tak byłby poszkodowany. Nie ma domniemania niewinności – trzeba ją udowodnić – dodaje rzecznik NIL.

Problem w sądach lekarskich

Przypomnijmy, że nowelizacja ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych oraz niektórych innych ustaw stanowi część pakietu zmian zapowiadanych w lipcu przez minister zdrowia Jolantę Sobierańską-Grendę.

Rzecznik NIL zwraca jednak uwagę, że nadal nie zostały rozwiązane istotne kwestie dotyczące poprawy odpowiedzialności zawodowej lekarza.

– Od miesięcy jako samorząd zabiegamy o to, by usprawnić postępowania w sądach lekarskich i u rzecznika odpowiedzialności zawodowej. Mamy świadomość, że nie działają one tak, jak powinny i zdarzają się sytuacje, że sprawa kończy się bez wydania wyroku, bo dochodzi do przedawnienia. Postępowanie w sądzie toczy się tak długo, że ustaje karalność konkretnego przewinienia, więc sprawa jest umarzana. Wynika to z przepisów prawa, na które izba nie ma wpływu – zwraca uwagę Pisula.

– Rzecznik odpowiedzialności zawodowej ma z kolei nadal zbyt wąskie uprawnienia, co też może wydłużać postępowanie. Nie może np. pozyskać dokumentacji ze szpitala. To dobra wola placówki, czy ją przekaże, czy nie. Jako samorząd nie możemy samodzielnie zmienić tych przepisów, dlatego interweniowaliśmy w resorcie zdrowia. Od czerwca nie ma odpowiedzi na prośbę o rozmowę – zaznacza rzecznik. 

Źródło: WP abcZdrowie, PAP

Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.

Wybrane dla Ciebie