Marek Migalski jest w remisji nowotworu. "Ja wcale nie wygrałem z rakiem"

- Przez najbliższe lata będę chodzić na badania kontrolne z duszą na ramieniu - przyznaje prof. Marek Migalski w rozmowie z WP abcZdrowie. Choć były europoseł zakończył półroczną chemioterapię, a niedawna tomografia dała w miarę pozytywny ogólny wynik, lekarze znaleźli u niego guzki w płucach. Przed nim niepewność i strach przed najgorszym scenariuszem.

Prof. Marek Migalski w szpitaluProf. Marek Migalski w szpitalu
Źródło zdjęć: © Instagram
Marta Słupska

Marta Słupska, dziennikarka WP abcZdrowie: Jesienią 2025 roku zdiagnozowano u pana raka jelita grubego. Trzy miesiące temu zakończył pan leczenie. Jak się pan obecnie czuje?

Prof. Marek Migalski, były europoseł, politolog, profesor Uniwersytetu Śląskiego: Faktycznie, w czerwcu zakończyłem półroczną chemioterapię, a pod koniec września miałem pierwsze konsylium poprzedzone tomografią. Badanie lekarze ocenili w miarę pozytywnie, choć wykryto u mnie guzki w płucach, które mogą, ale nie muszą mieć charakteru nowotworowego.

Obecnie najbardziej dokucza mi polineuropatia aksonalna (uszkodzenie wielu nerwów obwodowych - przyp. red.) dotycząca dłoni i stóp. Mam więc problemy z czuciem, przez co trudno mi nawet zapiąć guziki w koszuli, zdarza mi się przewracać przy chodzeniu. Raz nawet zwichnąłem kostkę. Biorę leki i liczę, że mi przejdzie, choć podobno w 10 proc. przypadków neuropatia zostaje już na całe życie.

A psychicznie?

Zdecydowanie lepiej niż na początku choroby. Wiadomo, bardzo trudno jest poradzić sobie psychicznie w momencie diagnozy, choć mój najgorszy moment nadszedł nieco później.

Kiedy?

Po usunięciu 25 cm jelita grubego, gdy badania wykazały, że mam trzeci, a nie drugi, jak wcześniej myśleliśmy, stopień zaawansowania nowotworu. Okazało się, że mam przerzuty do węzłów chłonnych i według statystyk ok. 50 proc. szans na przeżycie pięciu lat od diagnozy.

Natomiast mam poczucie, że dzięki leczeniu to już nie rak dojeżdża mnie, tylko obecnie my – ja i lekarze – dojeżdżamy raka.

Teraz jest pan w remisji. Boi się pan nawrotu choroby?

Absolutnie tak. Ja wcale nie wygrałem z rakiem. Przez najbliższe lata co kilka miesięcy będę chodzić na badania kontrolne z duszą na ramieniu. Na koniec grudnia mam zaplanowaną tomografię komputerową płuc i pójdę z obawą, czy nie będzie tak, że niezidentyfikowane guzki okażą się przerzutami. To kwalifikowałoby mnie do czwartej grupy zaawansowania raka, gdzie przeżywalność spada do 10-15 proc. Największy lęk, który odczuwam, to brak pewności, czy rak nie zaatakuje znowu i będę musiał od nowa przechodzić leczenie.

Mija właśnie równo rok od diagnozy. Pamięta pan ten dzień?

Oczywiście. Któregoś dnia pomyślałem sobie: "Marek, masz 56 lat, czas wykonać badania". Postanowiłem zrobić sobie przegląd techniczny, w tym kolonoskopię, choć nie miałem żadnych niepokojących objawów. Gdy wybudziłem się z narkozy, z wielkim luzem wszedłem do gabinetu lekarza, pytając, jakie ma dla mnie wieści. Byłem przekonany, że powie, że mam tak samo czyste jelita, jak duszę (śmiech). Niestety, stało się inaczej. Usłyszałem, że mam zmiany nowotworowe kwalifikujące się do operacji.

Jak pan zareagował?

To był wielki szok. Przyjaciel odwoził mnie do domu w ciszy. Powoli to do mnie docierało. A jak już dotarło, myślałem, że wystarczy usunąć te zmiany i wrócę do normalnego życia. Dwa miesiące później, po badaniach histopatologicznych, okazało się, że jest gorzej niż przypuszczałem – z 80 proc. szans na przeżycie spadłem do 50 proc.

To nie wpłynęło na moją chęć walki, ale to był dla mnie najcięższy moment. Taki, w którym łzy stanęły mi w oczach, bo wtedy zrozumiałem, że naprawdę mogę w perspektywie kilku lat umrzeć. To wymagało ode mnie zmiany priorytetów i podjęcia przygotowań na wypadek śmierci.

Spisał pan testament?

Nie, ale zacząłem go rozpisywać. Co zostawię mamie, przyjaciołom… Nawet zapisałem jedno mieszkanie mojej byłej dziewczynie tylko dlatego, żeby móc zobaczyć z zaświatów reakcję innych moich partnerek na informacje o tym, że to nie one je dostały. To miał być mój ostatni żart (śmiech).

Czyli szykował się pan do śmierci.

Tak – mentalnie i w kwestii załatwiania różnych spraw. To był bardzo trudny grudzień – pewnie się pani domyśla, jakie miałem święta i sylwestra…

Jak to zmienia człowieka? Jak diagnoza zmieniła pana?

Bardzo. Niby jestem tą samą osobą, ale jednak pewne zmiany nastąpiły. Wiem, że mówiąc o nich będę się ocierał o banał, ale taka jest prawda. Po pierwsze, wszystkie problemy, którymi żyłem przed chorobą, okazały się strasznie malutkie. Choroba odsunęła ode mnie 95 proc. spraw, którymi się kiedyś przejmowałem, bo w perspektywie śmierci one nie mają żadnego znaczenia. To bardzo uwalniające myślenie.

Po drugie, na zasadzie odwróconej lunety, zacząłem zauważać rzeczy, które były bardzo blisko mnie, a na które nie zwracałem wcześniej uwagi. Podam przykład: leczyłem się w Sosnowcu i przez leki, które dostawałem, nocami nie mogłem spać. Któregoś dnia zachwyciłem się wschodem słońca. Znajomi ze Śląska śmiali się, że muszę chyba mieć już przerzuty do mózgu, skoro tak mnie cieszy wschód w Sosnowcu (śmiech). Wczoraj z kolei jeździłem rowerem po lesie i czułem ten piękny zapach gnijących jesiennych liści…

Zwraca pan uwagę na szczegóły.

Tak. Cieszę się każdym dniem. Banalnie to brzmi, prawda? Ale tak jest.

Zauważyłem coś jeszcze. Jestem osobą niewierzącą i przed chorobą ostro oceniałem religie i religijne osoby. Patrzyłem z perspektywy badacza zjawisk społecznych, miałem pretensje choćby do kleru, że robi ludziom wodę z mózgu. Krótko mówiąc: dawałem wyraz swej irytacji wobec ludzi, którzy przyjmowali perspektywę teistyczną. To się nie zmieniło, nie odzyskałem wiary w Boga, ale nabrałem tolerancji dla ludzi, którzy są wierzący.

Dlaczego?

Bo widziałem na oddziale, jak ta wiara w Boga pomaga chorym. Ta perspektywa, że ktoś na nich czeka, że jest inne życie, w którym spotkają się z bliskimi i będą nagrodzeni za cierpienie, którego doświadczają w życiu doczesnym. Pomyślałem: co mi do tego? Tak długo, jak nie wpływa to na moje życie, powinienem zostawić ich w spokoju, nie kpić, nie dyskutować.

Zresztą uważam, że osoby niewierzące są w chorobie onkologicznej w gorszej sytuacji, bo my nie oczekujemy niczego więcej. My wiemy, że to życie, które za chwilę może się skończyć, jest jedynym życiem, które mamy. Dlatego ta strata jest tak okropna. A z drugiej strony, my nie zadajemy sobie pytania, czy to jest sprawiedliwe, czy nie, dlaczego ja.

Chorowanie na raka jest doświadczeniem absolutnie granicznym. Nie mówię, że to jest to samo, ale to coś porównywalnego np. z przeżyciem wojny. Bardzo ciężkie doświadczenie psychiczne. Szczególnie że kilku moich kolegów z oddziału już zmarło.

A jak pan patrzy wstecz na swoje życie w kontekście choroby, to czegoś pan żałuje?

Na pewno nie żałuję niczego w ciągu ostatniego roku. Cieszę się, że poszedłem na kolonoskopię, bo uratowała mi życie. Gdybym zdecydował się rok czy dwa później, moje szanse na przeżycie byłyby minimalne. Jeśli mogę czegoś żałować, to trybu życia na długo przed diagnozą: jedzenia mięsa i picia alkoholu. Dopiero osiem lat temu stałem się reduktarianinem, czyli osobą, która świadomie ogranicza spożycie mięsa i innych produktów odzwierzęcych. Mam do siebie pretensje, że piłem czerwone wino. Innych alkoholi raczej nie, natomiast bardzo lubiłem wypić lampkę wina, a wiadomo, że to działa kancerogennie.

Już pan nie pije?

Bardzo rzadko. Od roku wypiłem może dwa razy wino w niewielkich ilościach. Postanowiłem ograniczyć. To zasługa tej choroby.

Cały czas mówimy o panu jako o pacjencie. A co pan jako polityk zauważył, będąc po tej drugiej stronie systemu?

Myślę, że będąc pacjentem, nie stałem się specjalistą od zdrowia, ale faktycznie, zauważyłem pewne drobne kwestie wymagające naprawy. Po pierwsze, posiłki w szpitalach. Do końca zeszłego roku były one dofinansowane (chodzi o szpitale uczestniczące w programie "Dobry posiłek w szpitalu" - przyp. red.). To była znacząca różnica. Jestem osobą majętną, mogę sobie coś dokupić do jedzenia w szpitalnym sklepiku, ale nie każdego na to stać.

Szczerze, nie wyobrażam sobie, żeby można było żyć tylko na tym szpitalnym jedzeniu. Mam pretensje do obecnie rządzących, bo to była ich decyzja. Tak myślę, że pieniądze są marnowane na inne rzeczy, mogliby przeznaczyć te kilkaset milionów na ten program.

Druga sprawa jest trochę zabawna, ale zwróciłem uwagę na nieludzkie pory posiłków i wybudzania pacjentów – byłem budzony ok. 5-6 rano na mierzenie temperatury czy pobranie krwi, a śniadanie wjeżdżało koło 8-9. To jest tyle godzin, że patrzy się z głodu pożądliwie na innych pacjentów, czy by ich nie zjeść (śmiech). Potem bardzo szybko jest obiad oraz kolacja – 16-17. I znowu wieczorem człowiek jest głodny. To niby błaha rzecz, ale gdyby to zmienić, znacząco ułatwiłoby życie pacjentów.

Nie będę się natomiast wypowiadał na temat całej ochrony zdrowia, choć muszę przyznać, że cieszę się, że nie żyję w USA, gdzie praktycznie każdy jest o jedną chorobę od bankructwa, bo tam za to, co my mamy zagwarantowane, trzeba bardzo dużo zapłacić.

Jako znana osoba był pan traktowany inaczej niż reszta pacjentów?

Nie, niczego nie musiałem sobie załatwiać ani ułatwiać. Dostałem dokładnie takie samo leczenie, jakie dostał każdy inny pacjent, którego spotkałem na oddziale i to było, mam wrażenie, leczenie na poziomie światowym.

A dlaczego napisał pan książkę o swoim doświadczeniu z chorobą?

"W nowych okolicznościach. Życie i walka z chorobą nowotworową" powstało, bo jak tylko poznałem diagnozę, chciałem się tym podzielić z ludźmi. Aby wyszło z tego coś dobrego. Chciałem o chorobie napisać publicznie. I muszę przyznać, że absolutnie zaskoczyła mnie reakcja ludzi na mój wpis o chorobie w mediach społecznościowych. Zalało mnie tsunami życzliwości.

Nie należę do najbardziej lubianych ludzi w polskim życiu publicznym, zdarzały mi się wypowiedzi, mówiąc delikatnie, kontrowersyjne, a mimo to ludzie z innych stron sceny politycznej, z którymi byłem poróżniony, nadsyłali mi prywatne i publiczne życzenia szybkiego powrotu do zdrowia. Niektórzy pisali, że się za mnie modlą – chociaż nie wierzę w moc modlitwy, wzrusza mnie to.

Poza tym dostałem setki tysięcy wiadomości, że ktoś pod wpływem moich wpisów poszedł się przebadać, w tym 20-30, w których w tych badaniach coś złego wykryto. Pisały do mnie osoby, dziękując, że uratowałem ich życie. Mam czarny humor, więc czasem odpisywałem, by nie chwalić dnia przed zachodem słońca (śmiech). Ale tak na serio, to nigdy niczego fajniejszego w życiu nie zrobiłem.

Poza tym, jak zachorowałem, brakowało mi książki dla osób, które znajdują się w podobnej do mnie sytuacji: są zagubione psychicznie i organizacyjnie. Postanowiłem sam taką napisać.

Aby pomóc innym chorym.

Tak. Powiem szczerze, że mam nadzieję, że całkowicie wyzdrowieję i po tej chorobie zostanie mi ta wrażliwość, którą nabyłem w ostatnim roku, że nie wrócę do swoich głupich nawyków przejmowania się drobiazgami albo angażowania się w rzeczy, które nie są tego warte.

Powiem też coś, co zabrzmi bardzo brutalnie, ale jeśli ja się z tego wygrzebię, to nic lepszego nie mogło mnie spotkać niż zachorowanie. Choroba przyszła w dobrym momencie, bo stawałem się już malkontentem, coraz mniej rzeczy mnie cieszyło i nie potrafiłem docenić tego, co mam. Stało się to dopiero dzięki rakowi. Zobaczyłem, jak fantastyczne mam życie, jak warto żyć.

Nie chcę się targować z losem, ale jeśli będzie mi dane przeżyć jeszcze 10 czy 15 lat, to nie będę żałował tego roku i tego, że mnie to spotkało. 

Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.

Wybrane dla Ciebie