Za zgodą Wydawnictwa Czarne publikujemy fragment książki Anny Kiedrzynek "Nie uszlachetnia. O leczeniu bólu w Polsce".
Przestałam samą siebie podejrzewać o szaleństwo i rozpoczęłam walkę z bólem. Trafiłam do poradni, gdzie przyjmowała młoda, kompetentna anestezjolog. To ona wypisała mi receptę na oksykodon. Nie straszyła mnie uzależnieniem, ale zastrzegła, żebym brała go tylko wtedy, gdy boli mnie naprawdę mocno. Cała sztuka polega na tym, żeby w miarę możliwości do tego nie dopuścić. Dostałam zadanie: żyć tak, aby nie wybudzać bólu z uśpienia. Od tej pory poruszam się wokół niego jak kot, cicho i niepostrzeżenie. To jak nieustanne negocjacje z nieprzewidywalnym watażką, sztuka dyplomacji wzniesiona na najwyższy poziom.
Układam swoje życie w taki sposób, żeby bólu nie rozdrażnić: każdej nocy porządnie się wysypiam, rano szykuję sobie ciepłą kąpiel, w wannie wykonuję ćwiczenia, żeby wzmocnić mięśnie. Po półgodzinnej kąpieli rozkładam na kanapie specjalne poduszki przeciwodleżynowe, wałki, kształtki terapeutyczne, kulki masujące. Biorę komputer i przez godzinę pracuję w pozycji półleżącej, potem przez kwadrans rozciągam mięśnie, i tak aż do popołudnia. Wieczorami, jeśli robią mi się przykurcze, masuję ciało, nakładam maści przeciwbólowe albo olejki. Pozwalam ciału na wszystko i do niczego go nie zmuszam. Cała moja codzienność to jest obłaskawianie bólu. Ale często to on ma ostatnie słowo, a ja nie mam odwagi się bronić.
Odkąd dwa lata temu anestezjolog przepisała mi opioid, zużyłam półtora opakowania. Nie dlatego, że bolało mnie tak rzadko; były okresy, kiedy moje kolana i biodra płonęły codziennie. Lekarka powiedziała, że sama będę wiedzieć najlepiej, kiedy boli mnie w sposób "nie do zniesienia", że poradzę sobie z wyznaczeniem tej granicy. Nikt inny tego za mnie nie zrobi. "Nie ma sensu się męczyć – mówiła, przepisując receptę. – Proszę, oto lek, który pomaga". Zażywanie go niesie pewne ryzyko; ma on też działania niepożądane, których nie sposób zignorować. Tylko że nie wymyślono na razie nic lepszego na ból, który przygniata człowieka jak sterta głazów.
Ja jednak ciągle tę granicę przesuwałam. Przechodziłam obok szafki, gdzie trzymam oksykodon, i nakazywałam sobie: "Wytrzymaj. To jeszcze nie jest ten moment. Jeszcze nie boli cię tak bardzo". Mówiłam: "Jeszcze nie teraz", kiedy nie byłam w stanie chodzić z bólu. Gdy nie mogłam spać albo próbowałam w myślach oderwać się od swojego ciała. Kiedy czułam się tak, jakby ktoś wyrywał mi nogi, wykręcając je na wysokości bioder. Czułam to wszystko i płacząc, myślałam: "Nie jest jeszcze tak źle".
Mam w głowie chór głosów, które zagłuszają wszystko to, co wiem o bólu. A wiem przecież sporo: wiem, że jestem chora i że boli mnie naprawdę; wiem, że na uśmierzenie cierpienia nie trzeba zasłużyć, bo jest to podstawowe prawo człowieka. Wiem, że opioidy brane prawidłowo, w dawkach zaleconych przez lekarza, nie uzależniają w taki sam sposób jak narkotyki; wiem, że nie muszę dźwigać żadnego krzyża i że ból nie jest czymś trywialnym, co można zbyć machnięciem ręki. Wiem już dzisiaj to wszystko, a nawet dużo więcej. A i tak czasem ta wiedza nie może się przebić przez echo wszystkich słów, które przez lata słyszałam. Od rodziców, przekonanych, że udaję; od zniechęconych moim uporem lekarzy; od zdziwionych kierowników w hotelach, wreszcie od wszystkich, którzy uważają, że ból istnieje po to, by go wytrzymywać. Albo od tej neurolog, która rok temu przyjmowała mnie na szpitalny oddział.
Trafiłam tam z podejrzeniem mikroudaru. Lekarka dyżurna zapytała mnie o przyjmowane leki. Wspomniałam, że doraźnie – i bardzo rzadko – biorę oksykodon. Jej twarz stężała. Nie było już odwrotu, etykieta została przyczepiona: oto ćpunka, wyłudzaczka. Widziałam to w jej spojrzeniu, kiedy trzymała w ręku gruby plik z moją dokumentacją medyczną, te wszystkie papiery z pieczątkami, dającymi mi przecież prawo do bólu. "Tylko to pomaga w mojej chorobie" – tłumaczyłam się, trochę bezradnie. "Mówi pani jak narkomanka" – orzekła. To zamknęło dyskusję.
Narkoman zawsze znajdzie kwieciste usprawiedliwienie dla nałogu, wymyśli najbardziej elokwentne wymówki i najbardziej okrężne tłumaczenia. Ba, jak trzeba, to wmówi wszystkim, że cierpi na nieuleczalną chorobą genetyczną. Po narkomanie, jak po dziecku, które miga się od szkoły, można się spodziewać jedynie kłamstwa, kombinowania, cwaniactwa. Od momentu, w którym powiedziałam, że biorę oksykodon, wszystkie moje wyjaśnienia były jak sterta papieru, do którego ktoś przyłożył płonącą zapałkę. "Mówi pani jak narkomanka" – i puff, koniec, od tej chwili żadne moje słowa nie miały już mocy, choć znałam ich wtedy tak wiele. Tej lekarki nic by nie przekonało. Złożyłam na nią skargę do dyrekcji szpitala. Nie dostałam odpowiedzi.

Kiedy wróciłam do domu i brałam do ręki opakowanie z oksykodonem, dalej słyszałam jej oskarżenia. Słyszałam nie tylko ją, ale i moją matkę, ojca oraz wielu innych lekarzy; zamykałam oczy i przypominałam sobie zdziwione spojrzenia wszystkich, którzy nie chcieli mi wierzyć, niesmak na ich twarzach, ich zniecierpliwienie i kpiące uśmiechy. Widziałam, że dalej mi nie wierzą, że mają za nic wszystkie pieczątki i dowody na ból, że podejrzewają mnie o histerię, udawanie albo narkomanię. Widziałam to i odkładałam oksykodon na półkę. "Jeszcze wytrzymam" – myślałam.
Dalej zdarza mi się tak myśleć. Moim trzecim i ostatnim prezentem – dla dziewczyny, którą jestem teraz – byłoby uciszenie ich głosów. Próby wytrzymywania bólu i praca stojąca całkowicie zniszczyły mi stawy. Moje kolana do niczego się już nie nadają, biodra tak samo. Są jak u starej kobiety. Czekam na wszczepienie protez. Poruszam się za pomocą kul, czasem wózka. Na moją chorobę nie ma lekarstwa. Pozostało mi dreptanie na paluszkach wokół bólu.

Niedawno po ośmiu latach zakończyłam psychoterapię. Straciłam cierpliwość, kiedy psycholog powiedziała mi, że ból "jest czymś, co trzeba zaakceptować". Nie wytrzymałam. Zapytałam wtedy: "Czy pani wie, ile ból mi zabrał? Mam tylko trzydzieści lat i nie mogę sama wejść po schodach na pierwsze piętro. Nie mogę przejść się po piasku ani trawie, nie mogę spacerować ani biegać. Straciłam możliwość jazdy konnej, którą kochałam. Straciłam niektórych przyjaciół, którzy nie umieli odnaleźć się w tej sytuacji, nie rozumieli mnie. Były okresy, kiedy traciłam siebie, swój charakter, wypełniały mnie gorycz, zrzędliwość. Ból, któremu nic nie stanie na drodze, potrafi odebrać człowiekowi wszystko. Nie zatrzymuje się, jest jak tępa siła prąca do przodu, jak lawina kamieni, jak tsunami. Co by pani zrobiła, widząc, jak taka lawina pędzi prosto na panią? Stałaby pani w miejscu? A może próbowałaby pani uciekać?".
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.