Jedynym objawem było zmęczenie. "Ja naprawdę nie chcę umierać"

Marta Słupska
Sandra Bekierz zmaga się z rzadkim nowotworemSandra Bekierz
Źródło zdjęć: © Instagram, arch. prywatne

Sandra Bekierz od niemal trzech lat choruje na rozsianego raka dróg żółciowych. Po kolejnej progresji rozpoczęła leczenie za granicą. Ostatnie wyniki dały jej nadzieję, ale same leki kosztują około 120 tys. zł miesięcznie. – Nie potrafię opisać, jak straszna jest świadomość, że być może o długości mojego życia nie zdecyduje wyłącznie choroba, ale również stan naszego konta – mówi.

  • Sandra choruje na wewnątrzwątrobowego raka dróg żółciowych
  • W lipcu 2026 r. dowiedziała się o progresji choroby
  • Ostatni PET-CT wykazał zmniejszenie zmian nowotworowych
  • Same leki kosztują rodzinę około 120 tys. zł miesięcznie
  • 36-latka prosi o pomoc w kontynuowaniu leczenia

"Nic mi nie dolegało"

Kiedy w maju 2024 r. opisywaliśmy historię Sandry Bekierz z Wałbrzycha, miała 34 lata i od kilku miesięcy wiedziała, że jest ciężko chora. Diagnozę usłyszała w grudniu 2023 r. Niepokojące wyniki prób wątrobowych skłoniły lekarza do dalszej diagnostyki. USG jamy brzusznej ujawniło guza, a kolejne badania potwierdziły wewnątrzwątrobowego raka dróg żółciowych.

Z opisu zbiórki założonej przez jej bliskich wynika, że chorobę rozpoznano w IV stadium, z przerzutami do miednicy, kręgosłupa i żeber oraz powiększeniem węzłów chłonnych. Wcześniej Sandra nie zauważała dolegliwości, które kojarzyłaby z nowotworem.

– Nic mi nie dolegało, nic mnie nie bolało, byłam nieustannie zmęczona, ale myślałam sobie: kto by nie był przy trójce dzieci? Choroba wyszła więc na jaw właściwie przypadkiem – mówiła wówczas WP abcZdrowie.

Wspominała, że po diagnozie usłyszała od lekarza, że zostało jej kilka miesięcy życia. Z jej relacji wynikało, że jeszcze przed konsylium zasugerowano jej szukanie hospicjum. Nie chciała rezygnować z poszukiwania leczenia.

Wiosną 2024 r. miała za sobą sześć cykli chemioterapii i szukała pomocy w Izraelu oraz Niemczech. Potrzeby związane z terapią, podróżami i pobytem za granicą szacowano wtedy na ponad 3 mln zł.

– Najbardziej boję się tego, że osierocę moje dzieci, dlatego obiecałam sobie i im, że dopóki mi sił starczy, dopóty będę walczyć – przyznawała.

Postęp choroby

Kolejne miesiące przyniosły następne terapie i trudne decyzje. W aktualizacji zbiórki z 15 lipca 2026 r. Sandra poinformowała, że badania wykazały postęp choroby.

"Na początku lipca usłyszałam słowa, których tak bardzo bałam się usłyszeć – progresja choroby" – napisała na Siepomaga.pl.

Rozpoczęły się konsultacje i poszukiwania kolejnych możliwości. We wrześniowej aktualizacji informowała już o planach leczenia w Izraelu, obejmujących chemioterapię dwoma lekami i radioterapię, a także o planowanym podaniu szczepionki z komórek dendrytycznych w Niemczech jako terapii wspomagającej. Roczne koszty szacowano na 1,6 mln zł. Rodzina musiała zwiększyć cel zbiórki.

"Zebrane dotychczas środki wydatkujemy na bieżące leczenie" – wyjaśniała w aktualizacji.

Ostatnie badanie przyniosło nadzieję

Jak informuje WP abcZdrowie Sandra, po pogorszeniu ponownie wyjechała do Izraela, gdzie rozpoczęła leczenie. W Niemczech otrzymała też szczepionkę, która – jak relacjonuje – miała pobudzić jej układ odpornościowy do walki z nowotworem. Następnie wróciła do Izraela na badania i ustalenie dalszego postępowania.

– Ostatnie badanie PET-CT przyniosło nam wiadomości, na które tak bardzo czekaliśmy. Opisano zmniejszenie zmian nowotworowych oraz ich aktywności metabolicznej – mówi.

To ważna zmiana po lipcowych informacjach o progresji. Sandra zaznacza jednak, że nie oznacza ona końca choroby ani możliwości zakończenia leczenia.

– Nadal muszę walczyć, przyjmować leki i pozostawać pod opieką specjalistów. Ale sama świadomość, że leczenie działa, daje mi ogromną siłę – podkreśla.

Za nią chemioterapia, immunoterapia, leczenie celowane i poważne operacje kręgosłupa. Opowiada o bólu, cierpieniu i chwilach, kiedy wydawało jej się, że nie ma już siły. Motywacją pozostawały córki: Oliwka, Amelka i Zuzia. Dziś mają 16, 12 i dziewięć lat.

120 tys. zł miesięcznie za same leki

Wraz z nadzieją pojawił się strach o dalsze finansowanie terapii. Według Sandry same leki kosztują obecnie około 120 tys. zł miesięcznie. Do tego dochodzą badania obrazowe, konsultacje, przeloty i zakwaterowanie.

– Środki, które z tak ogromnym trudem udało nam się zgromadzić dzięki pomocy dobrych ludzi, topnieją w oczach. Każdego dnia patrzę na koszty i zastanawiam się, na jak długo jeszcze wystarczy nam pieniędzy – przyznaje.

Mąż Sandry szuka lekarzy i nowych możliwości terapii, kontaktuje się ze specjalistami oraz organizuje wyjazdy. Rodzina nie jest jednak w stanie samodzielnie pokrywać tak wysokich wydatków. Największą obawą kobiety jest konieczność przerwania leczenia z powodów finansowych.

– Nie potrafię opisać, jak straszna jest świadomość, że być może o długości mojego życia nie zdecyduje wyłącznie choroba, ale również stan naszego konta – mówi.

Dodatkowym obciążeniem jest lęk o bezpieczeństwo podczas pobytu w Izraelu. Sandra mówi nam, że chce jak najszybciej wrócić do Polski. Marzy też o zwyczajnej codzienności: szkolnych sprawach córek, rodzinnych wakacjach i wspólnych świętach.

– Nie proszę o cud. Proszę o możliwość dalszego leczenia – podkreśla. – Ja naprawdę nie chcę umierać. Mam jeszcze tyle do zrobienia, tyle miłości do dania i trzy córki, dla których chcę żyć.

Wspomóc Sandrę można poprzez jej zbiórkę.

Źródło: WP abcZdrowie, siepomaga.pl

Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.

Wybrane dla Ciebie