Zrzuciła 50 kg w rok. Przełomem była zabawa sylwestrowa

Anna Klimczyk
mAnna Wasylkowicz schudła 50 kg w rok.
Źródło zdjęć: © Licencjodawca

Zaczynała z wagą 110 kg. Po latach nieskutecznych diet, testowania modnej farmakoterapii i nawracającego efektu jojo, powiedziała "dość" podczas jednego z hucznych, sylwestrowych balów. Anna Wasylkowicz w zaledwie dwanaście miesięcy zrzuciła aż 50 kg. W rozmowie z WP abcZdrowie zdradza, jak dokonać tak spektakularnej metamorfozy bez głodówki, morderczego cardio i bezwzględnego rygoru.

Anna Klimczyk, WP abcZdrowie: 50 kg w rok to absolutny wyczyn. Wiele osób marzy o zrzuceniu chociaż pięciu, a ty dokonałaś czegoś, co dla większości wydaje się barierą nie do przebicia. Co było tym pierwszym zapalnikiem, który odpalił tę rewolucję?

Anna Wasylkowicz: Moją największą potrzebą była desperacka chęć odzyskania kontroli nad własnym życiem. Ta decyzja nie wzięła się znikąd. Przechodziłam przez bardzo trudny czas. Moje dzieci zaczęły dorastać, stawały się bardziej samodzielne. Zaczęły nawarstwiać się problemy rodzinne i codzienne obowiązki, z którymi nie do końca umiałam się zmierzyć. Nagle zorientowałam się, że skończył się etap, w którym zwykłe, czułe przytulenie dziecka załatwiało sprawę i rozwiązywało wszystkie problemy świata.

Zaczęłam szukać profesjonalnego wsparcia. Przez ponad półtora roku regularnie uczęszczałam na terapię psychologiczną. To tam zaczęła się moja realna praca. Musiałam poukładać swoje życie na nowo i zredefiniować swoją rolę w rodzinie. Pracowałam nad odzyskaniem sprawczości. Dzisiaj wiem, że bez tego fundamentu żadna dieta by nie zadziałała.


WIDEO
"Staję się dziewczyną, którą zawsze marzyłam być" Rozmowa z Karoliną Cwaliną-Stępniak

W mediach społecznościowych wspominasz jednak, że był jeden wieczór, który zadziałał na ciebie jak kubeł zimnej wody. Sylwester 2024/2025.

Tak, to był przełom. Ważyłam wtedy około 110 kg. Byliśmy zaproszeni na elegancki bal. Wokół panowała atmosfera absolutnego luksusu, grała świetna muzyka, wszyscy tańczyli, kobiety wyglądały zjawiskowo, jedzenie na stołach było wykwintne. Wszystko wokół było idealne, jak z obrazka.

A ja? Zamiast dobrze się bawić, przeżywałam swój osobisty koszmar. Byłam wciśnięta w potwornie ciasną, mocno wyszczuplającą bieliznę, która wręcz odcinała mi dopływ powietrza. Miałam na sobie niewygodną sukienkę i bardzo wysokie szpilki. Czułam się strasznie niekomfortowo. Z tego stresu i ucisku potwornie bolał mnie brzuch. Złamał mi się też obcas w szpilce. Tak jakby nie wytrzymał ciężaru ciała. Na nic nie miałam siły ani ochoty. Stałam tam, patrząc na ten radosny tłum, i czułam ogromną złość. I to wtedy pojawiła się ta niezwykle silna myśl: "Dosyć. Muszę coś zmienić. Nie chcę już ani jednego dnia czuć się tak źle sama ze sobą".

Jednak to nie była twoja pierwsza próba zrzucenia wagi.

W przeszłości miałam mnóstwo różnych epizodów. Ta waga ciągle trochę spadała, a potem drastycznie wzrastała. Żyłam w permanentnym zapętleniu, ciągle próbowałam ją kontrolować, bo z masą ciała i jedzeniem zawsze miałam mniejszy lub większy problem.

Co testowałaś w tamtych latach i z perspektywy czasu okazało się kompletną klapą?

Przerobiłam chyba wszystko. Byłam na profesjonalnych dietach od dietetyczki, na których miałam wdrażane sztywne, gotowe plany. Każdy posiłek wyliczony co do grama, produkty, na które niekoniecznie miałam ochotę. Stosowałam też terapię farmakologiczną, która miała być złotym środkiem.

Dlaczego to wszystko nie zdało egzaminu? Przede wszystkim dlatego, że traktowałam to jak zadanie do wykonania, które ma termin ważności. W momencie, kiedy kończyłam brać leki albo odstawiałam rozpiskę, moje życie wracało na stare tory. Moje codzienne nawyki się nie zmieniały. Te zmiany nie były trwałe, bo były wprowadzane mechanicznie, bez głębokiej zmiany mentalnej. To były tylko czasowe epizody: coś robiłam, osiągałam chwilowy sukces, a gdy porzucałam rygor, tycie wracało z podwójną siłą.

Co zmieniłaś, że tym razem się udało?

Po raz pierwszy w życiu zaczęłam ćwiczyć siłowo. Weszłam do świata, który zawsze uważałam za typowo męski. Zaczęłam współpracę z trenerem personalnym, który od początku niesamowicie mi pomógł i wprowadził mnie w to środowisko bez oceniania. Oswoiłam wolne ciężary, sztangi, hantle. To był zupełnie inny rodzaj wysiłku niż wszystko, co znałam do tej pory. Wcześniej ruch kojarzył mi się z tym, że muszę być potwornie spocona i zmęczona. A na siłowni okazało się, że stoję i spokojnie podnoszę ciężar. Moje mięśnie po serii były totalnie zmęczone, paliły, ale ja nie byłam wycieńczona.

Jak sobie radziłaś z treningami siłowymi na samym początku?

Wbrew pozorom całkiem dobrze. Najbardziej urzekło mnie to, co działo się po treningu. Kiedy wcześniej wychodziłam z zajęć fitness, marzyłam tylko o tym, żeby paść na kanapę. Po treningu siłowym wracałam do domu i nagle okazywało się, że mam mnóstwo energii. Byłam w stanie bez problemu zająć się dziećmi, wykąpać je, położyć spać, a potem jeszcze rozpakować zmywarkę i wstawić pranie. Zaczynałam bardzo spokojnie, od dwóch treningów w tygodniu. Dopiero z biegiem czasu wdrażałam trzy. Kluczem była regularność. Powtarzałam sobie: trening nie musi być idealny, ale musi się po prostu odbyć.

Trening to jednak tylko część sukcesu. Co z rewolucją w kuchni?

Komponowałam wszystkie dania sama. Po latach walki o wymarzoną sylwetkę miałam już w głowie potężną wiedzę dietetyczną. I powiedzmy sobie szczerze: większość osób z nadwagą doskonale wie, co trzeba robić. Zna zasady zdrowego odżywiania, bo to wiedza powszechnie dostępna. Problem tkwi w tym, że mało kto potrafi dopasować teorię do swojego indywidualnego rytmu dnia. Ja przestałam ślepo kopiować rozpiski. Zaczęłam słuchać swojego ciała.

Jakie były zatem twoje złote zasady w kuchni?

Kluczową rzeczą było pilnowanie odpowiedniej ilości białka. Wprowadziłam twardą zasadę: w każdym moim posiłku musi znaleźć się minimum 50 g białka. Ono dawało mi długotrwałe uczucie sytości. Druga sprawa to pilnowanie ukrytych kalorii. Przestałam podjadać po dzieciach – koniec z dojedzeniem jednej frytki z ich talerza, z bezwiednym oblizywaniem łyżeczki podczas gotowania. Zamiast tego postawiłam na to, że kiedy siadałam do posiłku, to musiał być on duży objętościowo i syty, żebym wstała od stołu po prostu najedzona.

Miałaś swoje popisowe danie, które pozwalało ci przetrwać redukcję?

Moim absolutnym hitem były wszelkie wariacje na temat obiadów z makaronem konjac. W całej porcji ma zaledwie około 6 kcal. Dzięki niemu mogłam drastycznie zmniejszyć kaloryczność posiłków, nie rezygnując z ogromnej objętości na talerzu. Najczęściej robiłam dania w stylu azjatyckim: mocno wysmażony kurczak, cała masa chrupiących warzyw i właśnie makaron konjac.

Wielu osobom smakuje on jak guma albo tektura. Jak ty go przygotowywałaś?

Cały sekret tkwi w tym, żeby zrobić bardzo intensywny, wyrazisty sos. Robiłam bazę z dobrej jakości sosu sojowego, sosu ostrygowego, dodawałam do tego ostrą pastę curry i mnóstwo przypraw. Ten makaron idealnie chłonie smaki. Kiedy zatopisz go w dobrym sosie, całkowicie zmienia swoje oblicze. Wtedy jesz pyszne, aromatyczne danie, czujesz przyprawy, a nie sam makaron.

Mamy więc trening siłowy, białko i sprytne triki kulinarne. Co jeszcze złożyło się na ten sukces?

Twarde planowanie i żelazna organizacja. Aby nie musieć w ciągu zabieganego tygodnia zastanawiać się w panice, co dzisiaj zjem, zaangażowałam w ten proces mojego męża. Weekendy stały się naszym czasem logistycznym. Wspólnie robiliśmy zakupy z precyzyjną listą, a potem razem gotowaliśmy posiłki na cały nadchodzący tydzień i pakowaliśmy je w pudełka. Dzięki temu nie było miejsca na przypadek czy łapanie drożdżówki w biegu. Z biegiem czasu zaczęłam dokładać kolejne klocki: dbanie o jakość snu, regenerację i wypijanie wody. Wprowadziliśmy z mężem nowy rytuał: wieczorem, zamiast bezmyślnie scrollować telefon, siadaliśmy razem i ustalaliśmy szczegółowy plan działania na następny dzień. To wieczorne planowanie dało mi bezpieczną przestrzeń na realizację celów.

Czy mąż również przeszedł tę drogę i chudł razem z tobą?

Nie, mój mąż nie musiał chudnąć. Ale jego wsparcie organizacyjne było dla mnie fundamentem. Moja regularna nieobecność w domu z powodu wyjść na siłownię wymusiła na nim znacznie większą aktywność. Musiał przejąć część obowiązków, mocniej zaangażować się w opiekę nad dziećmi.

Przy tak gigantycznej utracie wagi – przypomnijmy, 50 kg – ciało przechodzi ekstremalną transformację. Kiedy pojawił się pierwszy poważny kryzys?

To był moment, kiedy waga pięknie leciała w dół, ale moja skóra zaczęła robić się wiotka. Dzisiaj, kiedy mówię ludziom, ile schudłam, patrzą na mnie z niedowierzaniem. Pytają, jaką operację plastyczną zrobiłam i gdzie wycinałam skórę. A ja nie przeszłam żadnej operacji. Moim sekretem było to, że przez cały proces odchudzania regularnie wspomagałam się specjalistycznymi zabiegami z użyciem lasera Icon Laser Med 2. W tym przypadku też egzamin zdała regularność. Ponadto codziennie przed prysznicem przez 5 minut szczotkowałam skórę, żeby regularnie ją stymulować. Dziś jestem bardzo zadowolona z tego, jak wygląda.

Metamorfoza Anny Wasylkowicz
Metamorfoza Anny Wasylkowicz © WP abczdrowie

A co z głową? Czy pojawił się kryzys psychiczny, moment, w którym chciałaś to wszystko rzucić?

Kryzysów miałam mnóstwo! Pojawiały się za każdym razem, kiedy nagle wypadałam z mojego rytmu: choroba dziecka, mój gorszy dzień, natłok obowiązków... Nie jestem przecież bezdusznym robotem, tylko realną kobietą z krwi i kości. Pracuję na pełny etat, mam dwójkę dzieci i dom na głowie. Moje życie nie mogło kręcić się wyłącznie wokół odchudzania. Jednak nauczyłam się wracać do mojego rytmu. Kiedyś jedno potknięcie oznaczało dla mnie koniec diety. Teraz było inaczej. Wiedziałam, że jeśli wypadnę z rytmu, to świat się nie zawali. Przy pierwszej możliwej okazji po prostu pakowałam torbę i wracałam na siłownię. Chwilowa słabość czy odpuszczony tydzień ćwiczeń nie powodowały już, że rzucałam wszystko w diabły.

Prowadzisz profil w mediach społecznościowych, gdzie pokazujesz swoją przemianę. Skąd pomysł, żeby upublicznić ten proces?

Zrobiłam to, bo doskonale pamiętam, kim byłam. Byłam kobietą, która potrafiła perfekcyjnie zorganizować życie wszystkim wokół, ale w tym całym pędzie całkowicie pogubiłam samą siebie. Nie miałam ani grama siły na to, żeby zadbać o własne potrzeby. Dzisiaj chcę pokazać kobietom, że walka o własne zdrowie to nie egoizm. Moja przemiana przyniosła niesamowite, pozytywne konsekwencje dla całej rodziny. Dzisiaj to ja jestem motorem napędowym w domu. Wstaję w weekend i mówię do dzieci: "Pakujemy się, idziemy na rowery!". Nasze wspólne dni nie polegają już na siedzeniu przed telewizorem i objadaniu się chipsami. Spędzamy czas aktywnie. Moje dzieci widzą szczęśliwą, silną mamę, która wraca z siłowni spocona, ale z wielkim uśmiechem na twarzy. Uczą się przez obserwację.

Słuchał 50 kg w rok
Metamorfoza Anny Wasylkowicz © Licencjodawca

Dziś waga pokazuje 62 kg. Wyglądasz zjawiskowo, ale to wcale nie jest koniec twojej sportowej drogi?

Obecnie bardzo intensywnie przygotowuję się do mojego pierwszego oficjalnego startu w zawodach Hyrox! To ekstremalny wielobój fitnessowy, łączący bieganie z wymagającymi ćwiczeniami siłowymi.

Na koniec wyobraź sobie, że nasz wywiad czyta teraz ktoś, kto też chciałby coś w swoim życiu zmienić. Siedzi na kanapie i myśli: "Chciałbym, ale to jest dla mnie zbyt wielka góra do zdobycia". Jaka jest twoja jedna rada dla tej osoby?

Pod żadnym pozorem nie próbuj zmieniać wszystkiego naraz. To najprostsza droga do bolesnej porażki. Zacznij od jednego, małego obszaru w swoim życiu, na który masz dzisiaj realny wpływ. I wprowadź tę jedną zmianę z absolutną konsekwencją. To jest ten słynny mechanizm "krok po kroku". Nie myśl o tym, jak potwornie daleka i stroma jest cała droga. Skup się tylko na tym, co masz zrobić dziś.

Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.

Wybrane dla Ciebie