Trwa ładowanie...

Aktor Andrzej Wejngold z potrzeby serca pomaga Ukraińcom. Przetransportował do Polski kolejną rodzinę z Mikołajewa

- Przewożąc ich przez granicę, przekraczasz szlaban. Jest cisza i widzisz w lusterku, jak im łzy płyną - wspomina aktor Andrzej Wejngold, który wspólnie z mieszkańcami Lidzbarka Warmińskiego pomaga uchodźcom z Ukrainy. - Kilka dni temu zaprowadziliśmy rodziców Olgi do mieszkania. Zapytałem, czy im się podoba, a ta kobieta ze łzami w oczach wyciągnęła telefon i mówi: "Tak mieszkaliśmy przez miesiąc". Na zdjęciu była piwnica - opowiada aktor.

spis treści

1. "Większe ryzyko ponoszą ci, którzy próbują się stamtąd wydostać"

- Jadę do granicy na noc. Po samej Ukrainie najlepiej przemieszczać się za dnia, bo później są godziny policyjne. Bywa, że nawigacja szaleje, są zakłócenia. Wtedy człowiek zaczyna się gubić. Drogi nie są dobrze oznakowane, dużo miejscowości ma zdjęte tablice z nazwami, żeby ewentualnie wróg tracił orientację, gdzie jest. Natomiast pomagają ludzie, którzy są do nas bardzo serdecznie nastawieni - opowiada aktor Andrzej Wejngold, który z potrzeby serca miesiąc temu zaczął pomagać uchodźcom z Ukrainy.

Andrzej Wejngold
Andrzej Wejngold (arch. prywatne)

Aktor przyznaje, że po przekroczeniu granicy pojawia się pewien niepokój. - Zawsze tłumaczę sobie to w ten sposób, że większe ryzyko ponoszą ci, którzy próbują się stamtąd wydostać niż ja. W głowie mam też takie przekonanie, że wjeżdżam na obszar, w którym nie ma bezpośrednich działań wojennych. Rosjanie jeszcze się nie odważyli, żeby atakować drogi dojazdowe do granicy. Ale widać, że Ukraińcy są na to gotowi. Po bokach są przygotowane wielkie opony, jakieś metalowe konstrukcje, którymi można szybko zagrodzić drogę - mówi Wejngold.

(arch. prywatne)

Aktor właśnie wrócił z wyjazdu do Lwowa. W tamtą stronę wypchał samochód po dach. W powrotną - zabrał do Polski kolejną rodzinę. Dzięki wolontariuszom działającym na miejscu, wie, co jest najbardziej potrzebne. Dary pojadą do Zaporoża, 20 kilometrów od miasta, gdzie jest linia frontu południowego. Zawiózł m.in. środki przeciwbólowe, pampersy, żywność, szczoteczki do zębów i powerbanki.

- Znam działającą na miejscu Oksanę - żonę księdza grekokatolickiego z Lidzbarka Warmińskiego, która potem to rozwozi po tych małych mieścinach. Zabrałem wszystko, co potrzeba ludziom po tamtej stronie, bo o ile do większych ośrodków częściej docierają transporty, do takich małych pomoc dociera znacznie rzadziej. Staramy się dotrzeć m.in. do obrony terytorialnej, czyli zwykłych obywateli, którzy chwycili za broń, żeby chronić bliskich i swoją ziemię. To, o co proszą, bywa zaskakujące. Teraz poprosili o opatrunki, baterie i podpaski higieniczne. Okazało się, że podpaski dobrze wchłaniają wilgoć w butach, a oni przecież są niejednokrotnie w jednych skarpetach dwa tygodnie, nie mają jak zrobić prania - opowiada Wejngold.

(arch. prywatne)

2. "Ich świat runął w ciągu jednej doby"

Pierwszy raz aktor ruszył na granicę 5 marca z Lidzbarka Warmińskiego na przejście graniczne w Zosinie. Jak opowiada, nie mógł dłużej patrzeć na relacje o tysiącach potrzebujących. Czuł, że musi działać.

- Nie chciałem przesyłać pieniędzy. Wolałem zakasać rękawy i zabrać się do roboty. Mniejsze przejścia graniczne rzadziej otrzymywały pomoc, stąd mój wybór padł na to miejsce. Odebrałem moich "gości" od wolontariusza, który już trzydziestą godzinę był za kierownicą. Trafiłem na panie z dzieckiem, które szukały transportu do Gdańska. Stwierdziłem, że to prawie po drodze do mnie (śmiech). W trasie okazało się, że muszą dotrzeć nie do samego Gdańska, ale do Wejherowa. Tam je zawiozłem – trzy kobiety i niemowlę - wspomina.

5 marca po raz pierwszy ruszył na przejście graniczne, żeby pomóc uchodźcom
5 marca po raz pierwszy ruszył na przejście graniczne, żeby pomóc uchodźcom (arch. prywatne)

- Dwa dni później postanowiłem wrócić. Jak jedziesz pustym samochodem i patrzysz na te kobiety z dziećmi, które pukają w szybę i proszą "Pan pomóż", "Pan, gdzie jedziesz", to trzeba być bez serca, by nie wrócić - opowiada.

Andrzej Wejngold postanowił, że następnym razem zabierze ze sobą do Lidzbarka konkretną rodzinę. Wybór padł na małżeństwo z trójką dzieci z Mikołajewa.

- Teraz jest trochę łatwiej, ale jak uciekali z Ukrainy było -9 stopni Celsjusza. Mieli przy sobie tylko dwie torby. To przecudowne małżeństwo. Ona ma 33 lata i jest nauczycielką, on 35 lat i był szefem ochrony w dużym supermarkecie. Najmłodszy synek ma rok, siedmioletni był lokalnym mistrzem karate, a jedenastolatek trenował taniec towarzyski i balet w Kijowie. Mieli swoje marzenia, pasje, jeździli nad morze, na narty i nagle cały ich świat runął w ciągu jednej doby - opowiada Andrzej Wejngold.

Ukraińskie władze zezwalają na opuszczenie kraju mężczyznom, którzy mają więcej niż dwójkę dzieci albo jedno z dzieci jest niepełnosprawne. Aktor opowiada, że Sasza, któremu pomógł, miał duże rozterki, czy zostać w kraju, czy wyjechać z rodziną. Przekonał go ojciec. Powiedział mu, że w Ukrainie zostaną jego bracia, a Sasza musi uratować jego wnuki.

Z pomocą Wejngolda, dyrekcji Lidzbarskiego Domu Kultury i wielu ludzi o wielkich sercach, rodzina dostała w Lidzbarku własne mieszkanie i pracę, a dzieci poszły do szkoły.

- Wyremontowaliśmy dla nich mieszkanie należące do Lidzbarskiego Domu Kultury, w którym kiedyś mieszkał konserwator. Mówią, że dostali więcej niż sądzili. Sasza za pierwsze pieniądze, które tu dostał, kupił chleb dla dzieci i sobie ubranie robocze, żeby iść do pracy. Mam szczęście do ludzi. Lidzbark Warmiński to małe miasto wielkich serc. Moje miasto - mówi z dumą aktor.

Sasza z rodziną znaleźli w Lidzbarku bezpieczne schronienie
Sasza z rodziną znaleźli w Lidzbarku bezpieczne schronienie (arch. prywatne)

3. Dziewczynki panicznie reagują na każdy hałas

To nie ostatnia rodzina, która znalazła bezpieczne schronienie w Lidzbarku. - Sasza zapytał, czy moglibyśmy pomóc jego przyjacielowi. Nie mogłem odmówić. To też jest rodzina z trójką dzieci, najmłodszy synek ma cztery miesiące. Niedawno kupili w Mikołajewie nowe mieszkanie, wzięli kredyt, żeby zrobić remont i następnego dnia wybuchła wojna. A po tygodniu rakieta trafiła w ich mieszkanie. Ten mężczyzna prowadził firmę remontową. Teraz nie ma mieszkania, nie ma pracy, nie ma nic.

W najgorszym stanie były dzieci, które nadal panicznie reagują na każdy hałas. - Są strasznie straumatyzowane. Uciekali z Mikołajewa własnym samochodem, był ostrzał. Gruz uderzył w bok samochodu, gdzie siedziały dziewczynki. Już w Polsce, kiedy tylko słyszały wycie syren, od razu uciekały. W Lidzbarku codziennie o godz. 8 rano wyje syrena straży pożarnej, ale teraz starosta zakazał używania syren. Skończyło się też bicie dzwonów w mieście, żeby te dzieci nie czuły zagrożenia - opowiada Wejngold.

Aktor przetransportował do Lidzbarka również rodziców Olgi, żony Saszy. Przyznaje, że podczas takich spotkań trudno zapanować nad emocjami, ciężko sobie wyobrazić, co przeżywają ludzie, którzy zostawili za sobą wszystko.

- Przewożąc ich przez granicę, przekraczasz szlaban. Jest cisza i widzisz w lusterku, jak płyną im łzy. Wtedy próbuję trochę rozładować te emocje. Mówię im: Ja was dzisiaj biorę pod swój dach, ale jutro jadę do was pohulać. To się szybko skończy i będę sobie u was plażował. Tylko żebyście pamiętali, że ja jestem francuski piesek, byle czego nie zjem (śmiech). I wtedy widzę, że pojawia się u nich taki półuśmiech - mówi.

- Kilka dni temu zaprowadziliśmy rodziców Olgi do mieszkania, które im znaleźliśmy. Specjalnie dla nich właściciele je odmalowali. Zapytałem, czy im się podoba, a ta kobieta ze łzami w oczach wyciągnęła telefon i mówi: "Tak mieszkaliśmy przez miesiąc". Na zdjęciu była piwnica. Z kolei 70-letni ojciec Olgi, kiedy usiedliśmy przy stole, po prostu zaczął płakać. Mówił, że zna burzliwą historię naszych krajów i nigdy nie spodziewałby się takiego serca od narodu polskiego. To mnie rozjechało jak walec - wspomina.

- Musimy mieć świadomość, że to nie jest sprint tylko maraton. Tym ludziom pomoc będzie potrzebna przez dłuższy czas. Jeśli ukraińscy mężczyźni powierzyli nam swoje żony, matki, córki, to my polscy mężczyźni musimy stanąć na wysokości zadania. Czuję, że muszę to robić. Nie oczekuję za to laurek, bo to nie o to chodzi. Moje dzieci już mi powiedziały ostatnio: tato całego świata nie uratujesz. Mam tego świadomość. Po prostu daję tym ludziom to, co chciałbym dostać, gdybym był na ich miejscu. Dla mnie oni są już jak rodzina - kończy Wejngold.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

Rekomendowane przez naszych ekspertów

Nie czekaj na wizytę u lekarza. Skorzystaj z konsultacji u specjalistów z całej Polski już dziś na abcZdrowie Znajdź lekarza.

Polecane dla Ciebie
Pomocni lekarze
Szukaj innego lekarza