Trwa ładowanie...

Dziennik covidowy. "Najgorsza była niepewność, ile to potrwa i kiedy się skończy"

Chorowałam na COVID 12 dni. Zaczęło się od bólu pleców. Pierwsze objawy były mylące, a po tygodniu choroba uderzyła ze zdwojoną siłą. Miałam wrażenie, że robię dwa kroki w przód i jeden w tył. Kaszel został mi do dziś - to już 15. dzień od pierwszych objawów. Pracuję w portalu WP abcZdrowie i wydwało mi się, że na temat wirusa wiem bardzo dużo. Tymczasem on także i mnie zaskoczył.

Zobacz film: "Koronawirus w Polsce przybiera na sile. Prof. Flisiak: Brakuje miejsc w szpitalach"

Artykuł jest częścią akcji Wirtualnej Polski #DbajNiePanikuj

spis treści

1. "Długo wypieram ze świadomości, że to może być koronawirus. Test zrobiłam od niechcenia"

(arch. prywatne)

Niedziela, 18 października

Wstałam "połamana". Nie mogę skręcać szyją w lewą stronę. I boli mnie kręgosłup. Tłumaczę sobie, że pewnie mnie przewiało albo za długo siedziałam przed komputerem.

Poniedziałek, 19 października

Plecy bolą coraz mocniej, nadal nie mogę skręcać szyją. Do tego pojawia się stan podgorączkowy 37,5. Kilka dni wcześniej chorował mój syn: miał katar, kaszel, więc zakładam, że pewnie "złapałam coś od niego". Nadal nie bardzo wygląda mi to na COVID-19. Czuję się, jakbym miała grypę, bo wszystko zaczyna mnie boleć.

Wtorek, 20 października

Nadal bolą mnie plecy. Gorączka znika, pojawia się krtaniowy kaszel i chrypa. Umawiam się na teleporadę z lekarzem POZ. Opisuję objawy, a lekarka zaleca mi paracetamol, ACC, syrop przeciwkaszlowy i daje skierowanie na test w kierunku koronawirusa. Informuje mnie o placówkach w mojej okolicy, w których mogę wykonać wymaz i że pełną listę mogę znaleźć na stronie NFZ. Daje też cenną radę, że przez trzy godziny przed testem nie mogę jeść, pić, ani myć zębów.

Środa, 21 października

Tracę głos, mam kaszel. To jeszcze bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, że to nie koronawirus. Od kilku lat co jakiś czas mam zapalenia krtani, które wyglądają podobnie: chrypa, utrata głosu, kaszel. Jedyna różnica, że tym razem zupełnie nie boli mnie gardło i nie mam kataru. Dopiero z perspektywy czasu widzę, że te objawy już wtedy wyraźnie wskazywały na koronawirusa, ale chyba sama nie chciałam w to uwierzyć.

Skoro już mam skierowanie na test, to zamierzam go wykonać. Otwieram stronę NFZ, na której jest wykaz wszystkich placówek, w których można wykonać wymazy. Sprawdzam, czy są miejsca, w których są wykonywane testy tylko ze skierowaniem, zakładam, że wtedy kolejki mogą być mniejsze. Udało się. Znajduje placówkę blisko mojego domu, w której rano są wykonywane testy prywatnie, a od 15 do 17 tylko ze skierowaniem.

Mam blisko, więc idę pieszo. Jestem punkt 15. Na miejscu totalne zaskoczenie. Przede mną w kolejce są trzy osoby. Uniknę więc dantejskich scen i czekania w kilkugodzinnej kolejce. Placówka jest otwarta z opóźnieniem, ale po 15 minutach jest moja kolej.

- Proszę podać numer PESEL i pokazać dowód - słyszę po przekroczeniu progu.

Pan odnajduje skierowanie w systemie i recytuje jak z automatu, że "w związku z dużą liczbą zleceń, czas oczekiwania na wynik może się wydłużyć do 72 godzin". Po chwili dostaję polecenie, że mam zdjąć maseczkę, a diagnosta przez 10 sek. grzebie mi patyczkiem w gardle.

Wieczorem wraca gorączka w granicach 38,5. Mam dreszcze.

Czwartek, 22 października

Przez kaszel nie mogłam spać w nocy, więc jestem wykończona. Zostaje chrypa i kaszel. Ale nie mam już gorączki. W ciągu dnia funkcjonuję normalnie, nie oszczędzam się szczególnie, bo w końcu mam dwójkę dzieci, więc raczej trudno o dodatkowy sen w ciągu dnia.

W nocy kompletnie nie mogę spać.

Piątek, 23 października

Czuję się całkiem nieźle. Kaszel prawie zniknął. Mam lekki katar. Czy to już po wszystkim? Spokój nie trwa długo, bo wieczorem mój mąż zaczyna narzekać na złe samopoczucie i kaszleć.

Sobota, 24 października

W końcu normalnie spałam i czuje się dobrze. Ufff, objawy w zasadzie ustąpiły. Po południu mój młodszy syn zaczyna dziwnie się zachowywać, płacze, że boli go głowa i oczy. Sprawdzam na termometrze - 38 stopni. Mąż zaczyna koszmarnie kaszleć, ma dreszcze i cały czas śpi.

Do tego jest weekend, więc do poniedziałku pewnie nie ma szans na teleporadę, jakąś konsultację. Co będzie, jak im się pogorszy? Wpadam w lekką panikę. Kilka dni wcześniej kupiłam pulsokosymetr, więc sprawdzam. U nas wszystko w normie, ale mąż ma saturację na poziomie 93 proc. Dzwonię do zaprzyjaźnionej pielęgniarki, która mówi, że kiedy spadnie do 92, to robi się groźnie, że jeżeli będzie miał duszności i saturację poniżej 92 proc., powinnam zadzwonić na pogotowie. Wcale mnie to nie pociesza, ale przynajmniej wiem, co robić.

Młodszy syn nadal ma gorączkę, więc w nocy prawie nie śpię i sprawdzam, czy gorączka rośnie, czy już muszę podać coś na jej zbicie.

2. "Miałam wrażenie, że robię dwa kroki w przód i jeden w tył"

(arch. prywatne)

Niedziela, 25 października

Czuję się dobrze. Nadal nie mam wyniku mojego testu na koronawirusa, chociaż od badania minęło 90 godzin. Na Facebooku czytam właśnie, że ktoś, kto wykonywał badanie w tym samym laboratorium co ja, dostał informację, że próbka się przeterminowała. Co? Czy to całe czekanie na darmo? Po 1 godz. 46 min. oczekiwania na połączenie na infolinii laboratorium, w którym robiłam badanie, odbiera miła pani, przeprasza za opóźnienie i sprawdza w systemie, co z moim badaniem.

Okazuje się, że jest już wynik i za godzinę powinien być w systemie. Oczywiście przez telefon nie może mi powiedzieć, jaki jest. Godzinę później czytam: wykryto RNA wirusa SARS-CoV-2. Dla pewności czytam kilka razy, żeby się upewnić, że czegoś nie przekręciłam.

(arch. prywatne)

U synka i męża bez zmian. Nie ma szans na teleporadę w placówce, w której mamy prywatne ubezpieczenie, próbuje umówić telewizytę w ramach dyżuru świątecznej opieki, ale mimo wielu prób nie udaje mi się dodzwonić.

Doceniam, że chociaż mnie minęło. W głowie kotłują mi się czarne wizje. I kalkuje, co będzie, jeśli stan męża albo synka się pogorszy, czy jeżeli trafię z dzieckiem do szpitala, mąż sobie poradzi sam? Co, jeśli i on trafi do szpitala? Kto będzie się zajmował starszym synem? Jak długo to wszystko potrwa?

Wieczorem wraca mi kaszel ze zdwojoną siłą, nie mogę spać.

Poniedziałek, 26 października

Dni się zlewają. Znowu mam kaszel, a wydawało mi się, że mam to już za sobą. Ciężko mi dłużej rozmawiać, śpimy w ciągu dnia na zmianę z mężem. Na szczęście on czuje się lepiej. Stracił smak i węch, ale kaszel ma mniejszy.

Po godz. 9 dostaje telefon od policjanta, który informuje mnie, że mam izolację do 3 listopada, czy przez 10 dni od wyniku testu. Pytam co z resztą rodziny, kiedy dostaną informację o kwarantannie. Mówi, że w tej sprawie skontaktuje się z nami sanepid. Do dziś nikt nie zadzwonił, nam też nie udało się z nimi skontaktować.

(arch. prywatne)

Wtorek, 27 października

Umawiam się na telekonsultację z internistą. Opowiadam o objawach. Lekarka zaleca mi kilka leków, które mają pomóc z kaszlem. I tłumaczy, że jeżeli kaszel jest bardzo silny, być może doszło do bakteryjnego zapalenia płuc. W związku z tym przepisuje mi antybiotyk. Mam go wziąć, jeśli będzie się pogarszać.

Środa, 28 października

4-letni Olek gorączkuje do środy, łącznie 5 dni, zero dodatkowych objawów. W środę gorączki dostaje starszy syn: 7-latek, a ja się zastanawiam, kiedy to się skończy. Na szczęście Staś następnego dnia czuje się już dobrze. Synowie oraz mąż po kolei dostają skierowanie na test w kierunku koronawirusa.

(arch. prywatne)

Mój kaszel nie mija. Najgorzej jest, kiedy się kładę. Czasami prowadzi do wymiotów. Potwornie boli mnie klatka piersiowa i mięśnie od kaszlu. Postanawiam, że to już moment, żeby wziąć antybiotyk.

Czwartek, 29 października

Dzwoni do mnie policjant i pyta, czy wszystko ok, czy czegoś nie potrzebuję.

Mąż razem z synami jadą na testy do punktu drive-thru. Na badanie czekają godzinę, więc nie jest źle.

Na profilu pacjenta pojawia się w końcu informacja o kwarantannie. Mąż i starszy syn - do 7 listopada, młodszy do 5. Pytanie, co będzie, kiedy pojawią się wyniki testów i jak to się przełoży na kwarantannę/izolację? Na razie żyjemy w niepewności.

Domowa kwarantanna
Domowa kwarantanna (arch. prywatne)

Piątek, 30 października

W końcu czuję się lepiej. Kaszel jest mniejszy. Zaczynam normalnie funkcjonować. Reszta rodziny czuje się w miarę dobrze. Wierzę, że najgorsze za nami.

Zastanawiam się, czy gdybym przez pierwszy tydzień działała zgodnie z zaleceniami, dużo odpoczywała, dużo spała, to choroba potoczyłaby się inaczej... Nie wiem, ale dziś chciałabym ostrzec wszystkich, żeby nie lekceważyli zagrożenia i o siebie dbali. Nigdy nie wiemy, jak u nas będzie przebiegała choroba. Pierwsze objawy mogą być mylące, a my możemy w tym czasie zarażać innych.

Najgorsza w tym wszystkim jest niepewność: ile to potrwa, kiedy się skończy i czy będą powikłania. Ja miałam wrażenie, że robię dwa kroki w przód i jeden w tył, jednego dnia czułam się całkiem dobrze, drugiego dolegliwości wracały.

Na szczęście nie mieliśmy ciężkiego przebiegu, ale lekki kaszel został mi do dziś. Nadal nie mam pewności, że to już koniec, i że za dwa dni znowu nie pojawią się nowe objawy.

W tym wszystkim były też pozytywy, czyli bardzo dużo ludzkiej życzliwości, pytań, jak się czujemy, czy czegoś potrzebujemy. Przyjaciele robili nam zakupy, łącznie z dostarczaniem pod drzwi gorącej zupy, a wychowawczyni Stasia zaproponowała, że zostawi pod drzwiami książki, żeby mógł na bieżąco nadrabiać zaległości.

Takie drobne gesty, wyrazy wsparcia są bardzo ważne, człowiek zyskuje poczucie, że nie jest sam. Po 10 dniach izolacji docenia się je ze zdwojoną siłą. Dzięki nim wraca też nadzieja, że już niedługo będziemy to wspominać jak zły sen.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

Rekomendowane przez naszych ekspertów

Polecane dla Ciebie

Pomocni lekarze

Szukaj innego lekarza