Miała dwa objawy. "Rak jelita grubego w ogóle nie przyszedł mi do głowy"
Przez długi czas 26-letnia Mariana Tata bagatelizowała dolegliwości gastryczne takie jak wzdęcia. Dopiero, gdy pojawiła się krew w stolcu, postanowiła działać. Okazało się, że w jej organizmie rozwijał się niebezpieczny nowotwór.
W tym artykule:
Skąd te wzdęcia?
Przez wiele miesięcy kobieta nie potrafiła jednoznacznie ocenić, skąd biorą się jej nawracające wzdęcia. Przypisywała je albo cyklowi miesiączkowemu, albo problemom żołądkowo-jelitowym.
Przez to wiele osób, które znała zmagało się z wrzodami czy chorobą Crohna, to jednak częściej skłaniała się ku myśli o "zwykłych" dolegliwościach trawiennych niż o czymś poważnym.
Krew w stolcu i miesiąc niepewności
Przełom nastąpił, gdy zauważyła krew w stolcu, czyli objaw, który często kojarzy się z hemoroidami, ale to też sygnał alarmowy świadczący o innych poważnych chorobach. Mariana przyznawała, że poczuła wtedy niepokój. Ponieważ krwawienie nie ustąpiło przez kolejne tygodnie, po około miesiącu zgłosiła się do lekarza pierwszego kontaktu.
W gabinecie usłyszała wstępne podejrzenie hemoroidów. Jednocześnie lekarz zdecydował, że warto jeszcze zrobić na wszelki wypadek badanie obrazowe jamy brzusznej.
Istotne były tu też dodatkowe okoliczności. Kilka lat wcześniej u Mariany rozpoznano anemię, a teraz jej dolegliwości nagle się nasiliły.
Badanie, które zmieniło wszystko
Wynik badania okazał się szokujący. Wykryto u niej około 20 centymetrowy guz na jednym z jajników. Mariana trafiła do szpitala w Syracuse w stanie Nowy Jork, gdzie rozpoczęto dalszą diagnostykę. To wtedy padła diagnoza, która przewróciła jej życie do góry nogami: rak jelita grubego w IV stadium, z rozprzestrzenieniem choroby na ścianę jamy brzusznej.
Mariana wspominała, że początkowo nie mogła w to uwierzyć. - Kiedy jest się młodym, nie myśli się, że to rak - powiedziała w rozmowie z "Business Insider". - Rak jelita grubego w ogóle nie przyszedł mi do głowy - dodała.
Trudna operacja
Wkrótce po rozpoznaniu konieczne było leczenie operacyjne. Lekarze usunęli oba jajniki oraz jajowody, co odebrało Marianie możliwość posiadania biologicznych dzieci. Dla młodej kobiety był to jeden z najbardziej bolesnych aspektów całej historii, ponieważ z partnerem snuli już plany na przyszłość, myśleli o dzieciach i kupnie domu.
- Nie było możliwości uratowania żadnej z moich komórek jajowych - powiedziała. - W praktyce oznacza to, że jeśli kiedyś zdecyduje się na macierzyństwo, w grę wchodziłyby rozwiązania takie jak dawstwo komórek jajowych lub zarodków w procedurze in vitro. Na razie, jak przyznaje, stara się pogodzić z tym, że temat dzieci musi zostać odłożony.
Rachunki, stres i przewartościowanie planów
Diagnoza onkologiczna to nie tylko leczenie, ale też koszty i obciążenie psychiczne. Mariana opowiadała, że zanim osiągnęła próg udziału własnego w ubezpieczeniu, dosłownie "zbierała, co tylko się dało", by opłacić wizyty na SOR-ze, tomografię, badania jamy brzusznej oraz badania krwi. Choć znajomi uruchomili zbiórkę GoFundMe, to nadal zostały jej rachunki do opłacenia.
- To bardzo trudne, szczególnie w wieku 20–30 lat, kiedy planuje się wydać pieniądze na coś zupełnie innego, a tu nagle uderza rak - wyznała. - Trzeba przewartościować, na co tak naprawdę wydaje się pieniądze.
Życie pod dyktando leczenia
W trakcie leczenia Mariana dostosowała codzienność do harmonogramu chemioterapii. Dzieli czas między mieszkanie z partnerem a dom rodziców. Dzień przed kolejną sesją przenosi się do rodziców, bo tam łatwiej o stałą opiekę (partner pracuje, a rodzice są na emeryturze).
- Moja mama w zasadzie stawia mnie na nogi - opowiadała, wspominając o podawaniu leków przeciwwymiotnych przez całą dobę. - Moja rodzina była absolutnie niesamowita i myślę, że moja siła bierze się właśnie od nich, bo niosą mnie, kiedy ja już nie mogę - stwierdziła.
Mariana zauważa, że w tygodniach bez chemioterapii potrafi odzyskać siły i skupić się na powrocie do formy. Najtrudniejsze są jednak dni po odłączeniu pompy z chemioterapią, kiedy skutki uboczne utrzymują się przez kilka dni. - To tak, jakby ktoś cię uderzał w twarz i co dwa tygodnie przypominał, że musisz przez to przechodzić i że jesteś chora - powiedziała. - To po prostu moja nowa rzeczywistość - tłumaczyła.
Zobacz także: Skąd tyle zachorowań na raka? Onkolog wskazuje. "Przyczyn nowotworowej plagi jest wiele"
Nie bój się drugiej opinii
Dziś Mariana nadal jest w trakcie terapii, a jej stan określany jest jako stabilny, bez oznak progresji choroby. Ogromnym wsparciem okazał się dla niej kontakt z innymi pacjentami, m.in. przez organizacje służące pomocą chorym na raka oraz grupy w mediach społecznościowych.
Jak wspomina, początkowo czuła się wszystkim mocno przytłoczona. - Na początku, po diagnozie, nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Czułam się bardzo samotna i nie byłam gotowa rozmawiać z ludźmi - wyznała.
Teraz chce, by jak najwięcej osób zadbało o siebie. Swoją historię podsumowuje krótkim, ale mocnym apelem. - Idź do lekarza, nieważne, czy to coś dużego, czy małego. To, co wydawało mi się drobiazgiem, zamieniło się w bardzo dużą sprawę - zaznaczyła.
Podkreśla też, jak ważne jest upominanie się o diagnostykę i, jeśli trzeba, szukanie kolejnej konsultacji, bo, jak zauważała, nie wszyscy specjaliści reagują od razu, gdy objawem jest krew w stolcu.
- Mam wrażenie, że młodzi są trochę "zapomnianą" grupą, która też przez to przechodzi - powiedziała. - Gdyby mój lekarz nie zasugerował tomografii czy badania jamy brzusznej, nie wiem, gdzie dziś bym była - dodała.
Magdalena Pietras, dziennikarka Wirtualnej Polski
Źródła
- Business Insider
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.