"Nie jestem zaklinaczem dzieci. Jestem psychologiem. Uczę, jak wychowywać" - rozmowa z Michałem Kędzierskim

Pięciolatek, który podczas ataku złości demoluje mieszkanie, w sklepie domaga się chipsów, kładąc się z wrzaskiem na ziemi i zrzucając towary z półek, pluje na rodziców, kopie ich i wyzywa - to najcięższy przypadek, z jakim musiał poradzić sobie Michał Kędzierski. Rozmawiamy z psychologiem rozwojowym, który pracuje w domach rozhisteryzowanych dzieci, prawdopodobnie jedynym "panem-nianią" w Polsce.

Ewa Rycerz, WP abcZdrowie: Jest pan magikiem?

Michał Kędzierski: Nie.

Zobacz film: "Jakie umiejętności powinno posiadać dziecko, które idzie do przedszkola?"

Zaklinaczem dzieci?

Też nie (śmiech).

Czyli po prostu psychologiem?

Psychologiem behawioralno-rozwojowym.

A jednak zmienia pan zachowania dzieci o 180 stopni. Podobnie jak zachowania rodziców. Prawie jak magik.

Ach, to o to chodzi. (śmiech). Nie jestem ani magikiem, ani czarodziejem, ani zaklinaczem ludzi. Jestem specjalistą, który swoją wiedzą i działaniem naprawia to, co nie działało prawidłowo.

Czyli uczy pan wychowywać dzieci.

Tak. To, co robię, to intensywna praca z rodzicami i dziećmi. Wyjaśnianie motywów trudnych zachowań u kilkulatków. Często te zachowania są efektem nieporadności wychowawczej dorosłych, choć oni chcą dobrze.

Moi klienci to ludzi wykształceni i inteligentni. Na dzieciach zależy im bardzo, tylko w procesie wychowawczym coś poszło nie tak, gdzieś popełnili błąd i ja to pomagam naprawić. Uczę kontrolować wychowywanie, zwracam uwagę na to, że trzeba być konsekwentnym, cierpliwym i wytrwałym.

No dobrze, skończmy zgadywanki. Jest pan psychologiem rozwojowym, od kilku lat prowadzi pan Akademię Wychowania. Wprowadza się pan do potrzebujących pomocy rodzin na cały tydzień i uczy dorosłych podstaw wychowawczych.

Daję rodzicom z całej Polski narzędzia do tego, by ich relacje z dzieckiem były spokojne i bezstresowe, a niestety nie zawsze tak jest. To prawda, czasem wprowadzam się do domu takiej rodziny, zdarza się też, że mieszkam tuż obok. Takie rozwiązanie ma swój cel: maksymalizację czasu spędzonego z tymi, którzy potrzebują mojej pomocy Przeważa też nad regularnymi wizytami u psychologa pracującego w gabinecie. Gdy odwiedza się takiego specjalistę raz w tygodniu, zawsze zna on tylko relacje stron (rodziców lub dzieci). Będąc na miejscu sam dokładnie wiem, co widzę i interpretuję to na bieżąco.

Dzwonią do pana rodzice, którzy zostali postawieni w podbramkowej sytuacji: nie radzą sobie z dzieckiem i chcą pomocy. Przyjmuje pan takie zgłoszenie i...? Co dzieje się dalej?

Gdy zjawiam się w domu takiej rodziny, pierwsze dwa dni spędzam na obserwacji. Wtedy nie wtrącam się w relacje rodzice-dziecko. Spokojnie przyglądam się z boku zarówno zachowaniom dorosłych, jak i dzieci. Zwracam uwagę, czy rodzice są konsekwentni, czy zgadzają się ze sobą, jak odnoszą się do dziecka i do siebie nawzajem.

Michał Kędzierski pomaga i dzieciom, i rodzicom
Michał Kędzierski pomaga i dzieciom, i rodzicom (Archiwum prywatne)

Później, gdy już mam ogląd na sprawę, zaczynam powoli się "wtrącać". Gdy zdarza się trudna sytuacja, swoim przykładem pokazuję, jak należy na nią zareagować, instruuję też rodziców. Wskazuję, co robią dobrze, co źle i jak to należy poprawić. Metaforycznie rzecz ujmując: prowadzę ich za rękę. Daję im swoją wiedzę i umiejętności, uczę wybranych technik wychowawczych.

Czasem rodzice uważają, że dziecko musi mieć nieograniczony luz, a reguły i zasady są złem wcielonym. Tymczasem to nie działa w ten sposób. Kiedy dziecko decyduje o wszystkim, gdy nie obowiązują go żadne reguły, jego poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji chwieje się. Kilkulatek nie jest jeszcze gotowy, by samodzielnie i we wszystkich kwestiach decydować o sobie. Może się to wydawać dziwne, ale z punktu widzenia rozwoju, nie czuje on wtedy oparcia w silniejszych psychicznie od siebie rodzicach.

Tydzień panu wystarcza, by zrewolucjonizować życie rodzinne?

Tak, to jest rewolucja, życie rodziny zmienia się diametralnie. Ja po tygodniu spędzonym w takiej rodzinie widzę znaczną poprawę.

Choć początki pewnie bywają trudne.

Bardzo trudne. Gdy wchodzę do takiego domu, burzę przecież świat, który dziecko znało i do którego się przyzwyczaiło. A ono protestuje. Wtedy tłumaczę rodzicom, że płacz to naturalna reakcja, której nie należy się bać, bo nie zawsze jest oznaką realnego problemu. Zdarza się, że to tylko pozory i aktorstwo.

Przeczytaj także:

Proszę sobie wyobrazić, że widziałem sytuacje, gdy dziecko wrzeszczało, rzucało się i roniło łzy tylko wtedy, gdy rodzic był w pobliżu. Jeśli wychodził – histeria znikała. Gdy znowu zaglądał do pokoju – dziecko ponownie zaczynało krzyczeć.

Scenariusz jak z filmu.

Absolutnie nie. Takie rzeczy się dzieją i są wynikiem niezamierzonych błędów. Nie chodzi mi o to, by wytykać rodzicom winę, ale o to, by pomóc im poradzić sobie z problemem.

Panie Michale, jest pan prawdopodobnie jedynym mężczyzną w Polsce, który pracuje w ten sposób. Tymczasem zawód psychologa dziecięcego w naszym kraju nieodzownie kojarzy się ze spódnicą i szpilkami. Czuje się pan "na miejscu"?

Nigdy nie odczułem dyskryminacji ze względu na płeć. Jeśli rodzice się do mnie zgłąszają, to znaczy, że mi zaufali. Ja uwielbiam pracę z dziećmi i widzę w niej same zalety.

Jakie?

Przede wszystkim kontakt z ludźmi. Widzę też, że moje zajęcie ma sens – zauważam jego realne skutki, niosę pomoc.

Bardzo dyplomatyczna odpowiedź.

Praca psychologa jest bardzo trudnym zajęciem. Jednocześnie jednak stawia ona przede mną liczne wyzwania. Jako facet bardzo ich potrzebuję. Zanudziłbym się w pracy na etat, która trwałaby 8 godzin dziennie.

I nie czuje się pan gorszy niż kobiety?

Absolutnie nie. Moja skuteczność jako psychologa to 100 proc. Stale zgłaszają się do mnie nowi rodzice potrzebujący rady. Jeśli mogę choć trochę pomóc im ugasić domowy, wychowawczy pożar – chętnie to robię.

Najsilniejszy, najgroźniejszy i najbardziej niszczący pożar, jaki pan gasił, to...?

5-latek, u którego widziałem kumulację wszelkich trudnych zachowań. Chłopiec rzucał się w sklepie na podłogę, z półek zrzucał słoiki, krzyczał, bił rodziców, wyzywał ich, pluł. Koszmar. Przy czym muszę zaznaczyć, że rodzice tego chłopca byli zdeterminowani, sami zauważali problem i chcieli go rozwiązać. Dzięki temu zachowania dziecka udało się szybko "wyprostować".

Przeczytaj także:

Wytłumaczyłem wtedy tym zdołowanym i pozbawionym nadziei rodzicom, jak będziemy pracować. Wskazałem, jak mają reagować, gdy dziecko wpadało w histerię, zaleciłem ignorowanie krzyków, a nagradzanie pozytywnych zachowań (np. prośby o zabawę).

Czy wychodzenie z pokoju, gdy dziecko przeżywa tak silne emocje nie jest przypadkiem pozbawianiem wsparcia? Ono ma przecież niezaspokojoną potrzebę.

Rodzice muszą zrozumieć, że dziecko ma psychologiczną potrzebę pozostawania pod opieką osoby dorosłej, która je obroni. W momencie, gdy takie dziecko zaczyna przejmować władzę w domu, z jego punktu widzenia jest to stresująca sytuacja. Brakuje mu tego oparcia w dorosłych. Gdy pyta o coś grzecznie – często zostaje zignorowane, ale gdy zaczyna histeryzować – osiągnie skutek: uwaga dorosłego będzie na nim skupiona. Gdy takie negatywne wzorce zachowań będą utrwalane, w domu zacznie panować niemiła atmosfera. Rodzicom coraz mniej chce się być rodzicami, a dziecko nadal nie ma spełnionych potrzeb.

Rozumiem. Ale czy trzeba się uciekać do tak drastycznych środków jak pozostawienie dziecka samego w pokoju?

Nie uważam, by były to drastyczne środki. Naprawdę, dzieci często pozorują histerię. Owszem, należy z nimi cierpliwie rozmawiać, ale gdy są spokojne. Wtedy nazywamy emocje, mówimy o nich otwarcie.

Ważne jest też, by dać dziecku coś w zamian, gdy zabraliśmy mu to poczucie sprawstwa. Co? Wspólną zabawę, maksimum uwagi, czas, zrozumienie i spokój.

Ma pan dzieci?

Jeszcze nie.

A będzie pan na swoich pociechach stosował swoje metody?

Na pewno będę konsekwentny. Pożarów nie będę musiał jednak gasić, bo do nich nie dopuszczę.

Polecane dla Ciebie

Pomocni lekarze

Szukaj innego lekarza

Komentarze

Wysyłając opinię akceptujesz regulamin zamieszczania opinii w serwisie. Grupa Wirtualna Polska S.A. z siedzibą w Warszawie jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.
    Podoba Ci się ten artykuł? Chcesz więcej? Polub
    i bądź na bieżąco!