Pierwsza taka autotransplantacja w Polsce. "To top of the top"
Operacja, którą przeszła Małgorzata Bok, jest przełomem w chirurgii onkologicznej. 43-latka była dawcą wątroby sama dla siebie. Lekarze usunęli kilkunastocentymetrowego guza i ponownie wszczepili pacjentce zdrowy już narząd.
Przełomowa operacja
Małgorzata Bok, pacjentka Kliniki Chirurgii Ogólnej, Transplantacyjnej i Wątroby Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, przeszła pierwszą w Polsce udaną operację usunięcia olbrzymiego raka wątroby metodą autotransplantacji.
Czterech specjalistów z WUM dokonało przełomu w chirurgii onkologicznej i transplantologii. 43-latka dostała nową wątrobę i była dawcą sama dla siebie. Jak to możliwe? Lekarze pobrali wątrobę, a następnie w trakcie osobnego zabiegu przeprowadzonego na bocznym "zimnym stoliku" (w warunkach kontrolowanej hipotermii) usunęli z niej guza i ponownie wszczepili zdrowy już narząd. Ta skomplikowana operacja trwała 11 godzin.
Pięć nietypowych objawów świadczących o raku wątroby
- Kiedy dowiedziałam się, na czym będzie polegała ta operacja, byłam przerażona. Ale nie miałam wyjścia, zgodziłam się, bo mam dla kogo żyć, jeszcze troje moich starszych dzieci jakoś by sobie poradziło, ale moja najmłodsza córcia już nie. Dzieci i rodzina były moją siłą napędową, żeby to wszystko pokonać - przyznaje, nie kryjąc wzruszenia pani Małgorzata w rozmowie z WP abcZdrowie.
Dodaje, że po operacji, którą przeszła w ubiegły wtorek, czuje się dobrze i jest szansa, że zostanie wypisana do domu jeszcze w tym tygodniu.
- Ta operacja to top of the top, jeśli chodzi o chirurgię onkologiczną. Walczymy o chorego, wytaczając tak naprawdę "najcięższe armaty". To niezwykle skomplikowana procedura, obarczona dużym ryzykiem operacyjnym, ale też okołooperacyjnym. Masa elementów musi tu pójść perfekcyjnie, by zabieg się powiódł. Szanse pacjenta na przeżycie określamy na poziomie 70 proc., ryzyko na 30 proc. Oczywiście poinformowaliśmy o tym pacjentkę, by podjęła świadomą decyzję dotyczącą operacji - tłumaczy w rozmowie z WP abcZdrowie prof. Michał Grąt z Kliniki Chirurgii Ogólnej, Transplantacyjnej i Wątroby Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, konsultant krajowy w dziedzinie transplantologii klinicznej.
Lekarz wyjaśnia, że guz był zbyt zaawansowany, by pacjentka mogła być zakwalifikowana do klasycznej transplantacji.
- Nie było też możliwe częściowe wycięcie wątroby, choć przy tego typu operacjach można to zrobić nawet w 70 proc. W tym jednak przypadku guz był na tyle duży i tak niefortunnie zlokalizowany, bo naciekał trzy główne żyły wątrobowe, że takie rozwiązanie też nie wchodziło w grę - tłumaczy prof. Grąt.
- Z kolei przy śródoperacyjnym wycięciu guza pacjentka mogłaby się wykrwawić. Dlatego podjęliśmy się najtrudniejszego, ale jedynego w tej sytuacji rozwiązania - dodaje specjalista.
To właśnie prof. Grąt usunął kilkunastocentymetrowego guza z wątroby 43-latki. Wątroba pozostawała poza organizmem chorej przez blisko 5 godzin.
Rak wątroby dał konkretny objaw. Miesiącami czekała na diagnozę
O tym, że choruje na nowotwór, pani Małgorzata dowiedziała się dopiero pięć miesięcy po pierwszych objawach.
- Zaczęło się od bólu po prawej stronie, pod żebrem. Początkowo myślałam, że się czymś przeciążyłam, bo było dużo pracy przy żniwach, mam też małe dzieci, najmłodsza córka ma 2 latka. Z każdym dniem ten ból stawał się coraz gorszy, narastał przy oddychaniu, nawet przy leżeniu - opowiada 43-latka.
- Lekarka rodzinna dała mi skierowanie na badania krwi, które wykazały, że mam podwyższone próby wątrobowe. Początkowo podejrzewano naczyniaka, tomografia komputerowa i rezonans magnetyczny nie dały jednak jednoznacznej odpowiedzi. Miałam mieć biopsję, ale ostatecznie od niej odstąpiono, bo lekarz, który miał ją wykonać, stwierdził, że mogę się wykrwawić, jeśli to faktycznie naczyniak - dodaje pacjentka.
Jednoznacznej odpowiedzi nie dało też badanie PET. - Dopiero laparotomia wskazała na guz. 19 grudnia onkolog przekazał mi, że to rak wątrobowokomórkowy. Na diagnozę czekałam więc pięć miesięcy, bo pierwsze objawy pojawiły się w lipcu. W momencie diagnozy okazało się, że są nacieki na żyłach, a także przerzuty na węzłach chłonnych. Ostatecznie operacji podjęli się specjaliści z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego - opowiada pani Małgorzata.
Szansa dla pacjentów bez wyjścia
Prof. Grąt wyjaśnia, że ogromną zaletą operacji z onkologicznego punktu widzenia jest fakt, że pacjentka, dostając własną wątrobę, nie będzie musiała przyjmować leków immunosupresyjnych.
- Tym samym nie jest np. narażona na ryzyko nawrotu nowotworu, które wiąże się z takim leczeniem. Ponadto nie będzie narażona na tzw. skutki uboczne, które te leki niestety mają, mimo że ratują pacjentom życie. To może być m.in. większe ryzyko zakażeń, czy negatywny wpływ na układ sercowo-naczyniowy - zaznacza lekarz.
Lekarz podkreśla, że taka operacja jest ogromną szansą dla pacjentów z zaawansowanym rakiem wątroby, którzy do tej pory, nie kwalifikując się do wycięcia guza lub standardowej transplantacji, byli skazani na leczenie paliatywne. Szacuje, że w Polsce może być rocznie kilkudziesięciu takich chorych.
- Jesteśmy bardzo zadowoleni z przebiegu operacji i tego, w jak dobrym stanie jest pacjentka. Przyznam, że to nas bardzo zaskoczyło. Fakt, że po tak skomplikowanej operacji i ogromnym obciążeniu dla organizmu pacjent już po dobie wstaje i zaczyna jeść, jest ewenementem - podsumowuje prof. Grąt.
Katarzyna Prus, dziennikarka Wirtualnej Polski
Źródła:
- WP abcZdrowie
- Warszawski Uniwersytet Medyczny
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.