Nie chodzi i nie wstaje z łóżka. Straciła rehabilitację z dnia na dzień
88-latka z zaawansowanym parkinsonem straciła rehabilitację, a jest całkowicie uzależniona od opieki innych. To efekt zmian, które wprowadził NFZ, a fizjoterapeuci twierdzą, że takich pacjentów będzie przybywać. - Bez rehabilitacji mama się po prostu udusi - alarmuje córka pacjentki.
Tracą rehabilitację z dnia na dzień
- Mama ma 88 lat, ma zaawansowanego parkinsona: nie chodzi, nie jest w stanie samodzielnie wykonać żadnego ruchu, nawet podnieść ręki, ma całkowicie sztywny kark. A choroba postępuje. Jedynym wyjściem dla takiej osoby - całkowicie uzależnionej od innych - jest rehabilitacja domowa. Do tej pory miałyśmy świetnych rehabilitantów, ale w związku z limitami, które wprowadził NFZ, nasza przychodnia przy ul. Sarmackiej w Warszawie musiała zwolnić pracowników, a my zostałyśmy bez pomocy. Dosłownie z dnia na dzień - alarmuje w rozmowie z WP abcZdrowie Maria Jarmoszuk, córka chorej seniorki.
Wczesne objawy choroby parkinsona
Szukała w kilku innych przychodniach, ale usłyszała, że terminy są dopiero na czerwiec albo nawet grudzień. - Koszt takiej rehabilitacji to 250 zł dziennie. Za miesiąc zapłaciłam 6400 zł. To ogromne pieniądze, w dodatku za coś, co państwo powinno nam zapewnić. Można na nas oszczędzać, bo wiadomo, że tacy pacjenci nie pójdą protestować, jeśli nie są w stanie wstać z łóżka - mówi z rozgoryczeniem Jarmoszuk.
Skąd wzięły się ograniczenia w rehabilitacji domowej?
Kilka lat temu NFZ stworzył przychodniom możliwość realizowania rehabilitacji domowej w ramach umów na rehabilitację ambulatoryjną. Równolegle placówki mogły mieć osobne kontrakty na rehabilitację domową. Miało to zwiększyć dostęp do takich świadczeń dla pacjentów. Dotyczyło to zwłaszcza tych, którzy nie mieli blisko miejsca zamieszkania placówki z umową na świadczenia fizjoterapii domowej. Tymczasem zrobił się z tego biznes.
- "Domówka" w ramach osobnych umów była słabiej wyceniona niż ambulatoryjna [z możliwością rehabilitacji w domu], co wynika z mniejszych kosztów, które generuje [odpadają np. koszty utrzymania pomieszczeń - red.]. Pierwotnie przychodnie nie były szczególnie zaangażowane w realizację tych świadczeń - wskazuje w rozmowie z WP abcZdrowie Paweł Florek, dyrektor Biura Komunikacji Społecznej i Promocji NFZ.
Szybko się to jednak zmieniło. - Część podmiotów zaczęła to nadmiernie wykorzystywać, zwiększając przede wszystkim przychody. Jednocześnie zmieniano warunki zawartej umowy, co w praktyce polegało na przemodelowaniu pierwotnej umowy ambulatoryjnej w umowę domową [realizowaną w ramach rehabilitacji ambulatoryjnej] - dodaje Florek. Wyjaśnia, że różnica między wyceną rehabilitacji domowej rozliczanej w osobnej umowie a tą w ramach rehabilitacji ambulatoryjnej wynosiła aż 25 zł na korzyść tej drugiej.
- Skutkiem były np. sytuacje, że placówki, które miały umowy na rehabilitację ambulatoryjną, więc to na niej powinny się przede wszystkim skupić, przerzuciły się głównie na rehabilitację domową. Przy mniejszych kosztach więcej zarabiały. Nasze kontrole wykazały, że w niektórych miejscach to było nawet 98 proc. świadczeń, co automatycznie ograniczyło dostęp do rehabilitacji ambulatoryjnej - zaznacza Florek.
- Były też sytuacje, że placówki, które miały umowę i na rehabilitację ambulatoryjną i na domową, wykonywały "domówki" już tylko w ramach świadczeń ambulatoryjnych. Dodatkowa opcja stała się głównym źródłem dochodów - wskazuje.
Uszczelnienie systemu
NFZ zwraca też uwagę na inny problem związany z orzekaniem o znacznym stopniu niepełnosprawności. Tacy pacjenci mają pierwszeństwo w dostępie do świadczeń przed pacjentami bez orzeczenia, a za ich rehabilitację domową NFZ płaci w sposób nielimitowany. - W sieci zaczęły się pojawiać nawet ogłoszenia placówek na zasadzie "chętnie przyjmiemy" takiego pacjenta, bez kolejki - podkreśla Florek.
Koszty świadczeń zaczęły więc szybko rosnąć. Florek wskazuje, że w 2023 roku wartość świadczeń udzielanych w domu pacjenta wynosiła 1,4 mld zł, w 2024 roku było to już 1,8 mld zł. - Trzeba było tę sytuację opanować. Nie twierdzimy, że wszystkie placówki wykorzystywały mechanizm, który pojawił się w systemie, ale nie możemy przecież tworzyć odrębnych przepisów dla każdego - wskazuje Florek.
Odpowiedzią NFZ były limity czasu pracy fizjoterapeuty przeznaczonego na rehabilitację domową. W 2025 roku było to 50 proc., a od stycznia tego roku już tylko 20 proc.
Jakie ma to konsekwencje? - W niektórych placówkach, mogą pojawić się przesunięcia w kolejkach oczekujących - przyznaje Florek.
Co mają więc zrobić pacjenci, którzy stracili rehabilitację? - Rozwiązaniem może być znalezienie miejsca w przychodni, która ma tylko osobną umowę na rehabilitację domową, tam może być krótszy czas. W ubiegłym roku rozszerzyliśmy też sieć takich placówek o blisko 100 w całej Polsce. W tym roku też prowadzimy postępowania konkursowe - dodaje.
Jednocześnie zapowiada, że od 1 kwietnia tego roku zostanie wprowadzona jeszcze jedna zmiana - fizjoterapeuci zatrudniani przez placówkę, która ma umowę z konkretnym oddziałem NFZ, mogą pracować tylko w tym województwie. - Tu też zdarzały się paradoksy, okazywało się, że np. fizjoterapeuci z Mazowsza pracowali w rzeczywistości u pacjentów na Pomorzu. To mogło mieć związek ze stawkami, które różnią się między województwami - zaznacza Florek.
"Będzie tylko gorzej"
Tymczasem zdaniem fizjoterapeutów takie limity to szukanie oszczędności - nie tylko kosztem ich grupy zawodowej, ale przede wszystkim pacjentów, którzy już na tym cierpią, tracąc dostęp do rehabilitacji.
- Zarządzenie prezesa NFZ nie znosi co prawda fizjoterapii domowej, ale znacząco ogranicza jej realizację. Limit personelu pracującego w warunkach domowych do 20 proc. (rehabilitacja domowa w ramach ambulatoryjnej - red.) skutkuje wypychaniem fizjoterapeutów z systemu i realnie przełoży się na pogorszenie stanu zdrowia oraz wzrost niepełnosprawności pacjentów. Takich chorych będzie coraz więcej. To często pacjenci wymagający terapii długoterminowej, więc oszczędności są pozorne - wskazuje w rozmowie z WP abcZdrowie Elżbieta Piątkowska, fizjoterapeutka, członek zarządu krajowego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pracowników Fizjoterapii.
- Otrzymuję liczne sygnały od fizjoterapeutów, którzy z dnia na dzień tracą zatrudnienie, oraz od pacjentów, którym albo ograniczono rehabilitację, albo całkowicie odebrano możliwość jej kontynuacji przez wprowadzoną rejonizację - dodaje.
Wyjaśnia, że jeśli przed wprowadzeniem limitów w przychodni pracowało np. kilkunastu rehabilitantów, to zdarza się, że została ich już tylko połowa, a często mniej. - Do dyspozycji zostaje nawet kilka osób, z których tylko jedną można wysłać w ciągu dnia na rehabilitację domową - przyznaje.
Fizjoterapeutka podkreśla, że rehabilitacja domowa to jedyne wyjście dla chorych, którzy wymagają długoterminowej opieki, m.in. pacjentów geriatrycznych i neurologicznych, ale też po urazach i udarach, które dotykają także młodych.
- Takiej rehabilitacji nie można przerwać, bo często od niej zależy "być albo nie być" takich pacjentów i ich rodzin. Mówimy też o chorobach postępujących, jak choroba Parkinsona czy Alzheimera, w przypadku których, nie ma się co oszukiwać, będzie tylko gorzej. To ewidentne szukanie oszczędności kosztem ludzi, którzy nie mają siły protestować - wskazuje.
- Przychodnie musiały zwolnić pracowników, a mniej pracowników, to większa kolejka dla pacjentów, która może oznaczać nawet wielomiesięczną przerwę w świadczeniach. - Tu nie trzeba skomplikowanej matematyki, żeby się zorientować, że część pacjentów wypadnie albo już wypadła z systemu, albo będzie zmuszona zapłacić i korzystać z rehabilitacji prywatnie - mówi.
- Każdy system trzeba uszczelniać, jeśli dochodzi do nieprawidłowości - tu nie ma dyskusji. Natomiast nie można karać całego środowiska i przede wszystkim pacjentów za błędy pojedynczych podmiotów. Wprowadzone limity nie rozwiązują problemu, tylko przenoszą jego skutki na najsłabszych - podsumowuje.
Katarzyna Prus, dziennikarka Wirtualnej Polski.
Źródła: WP abcZdrowie, Narodowy Fundusz Zdrowia, Ogólnopolski Związek Zawodowy Pracowników Fizjoterapii.
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.