Ołów w śląskiej ziemi nadal jest. Mówi o ołowicy naszych czasów

Historia "ołowianych dzieci" znów budzi emocje z powodu sprawy wytoczonej twórcom serialu Netflixa. Jednak to, co ujawniły śląskie lekarki, pokazuje, do czego może doprowadzić połączenie medycyny i polityki. Na ten temat rozmawiamy z Magdaleną Kędzierską-Zaporowską, autorką książki "Ołowiana profesor".

Dzięki prof. Hager_Małeckiej rozpoczęto walkę z ołowicą wśród śląskich dzieciDzięki prof. Hager-Małeckiej rozpoczęto walkę z ołowicą wśród śląskich dzieci
Źródło zdjęć: © Materiały WP, Materiały własne, screen • Zdjęcie wygenerowane przy pomocy AI
Mateusz Różański

Mateusz Różański: Niedawno usłyszałem zdanie, że wszystkie dzieci ze Śląska urodzone w latach 60. i 70. są trochę "ołowianymi dziećmi". Zgodzi się pani?

Magdalena Kędzierska-Zaporowska, autorka książki o prof. Bożenie Hager-Małeckiej pt. "Ołowiana profesor": To może być prawda. Z badań wynika, że rzeczywiście zanieczyszczenie na Śląsku w tamtych latach było ogromne, ale ze względu na embargo na publikowanie takich treści nie do końca wiemy, jak to dokładnie wyglądało.

Badania dotyczące zawartości ołowiu we krwi dzieci z Szopienic, które przeprowadziła dr Jolanta Wadowska-Król, zostały utajnione. Choć dzisiaj Śląska Akademia Medyczna udostępniła jej doktorat, to i tak niewiele z niego wyczytamy. Wiele zawartych tam danych wymazano. Informacje, które się zachowały, są niepełne – możemy się tylko domyślać pełnej skali tego zjawiska.


WIDEO
Zainspirowała rolę Joanny Kulig. Kim była dr Wadowska-Król?

Pośrednio wiemy o problemach bardzo wielu dzieci w tamtych czasach. Szkoły specjalne na Śląsku były przepełnione, zwłaszcza w takich miejscach jak Szopienice. Poza nadzwyczajną liczbą dzieci z różnymi dolegliwościami zdrowotnymi mieliśmy tam na przykład większy niż w innych częściach Śląska problem z przestępczością.

Wiemy, że duże stężenia ołowiu we krwi uszkadzają układ nerwowy. To pociąga za sobą szereg konsekwencji: częste występowanie niepełnosprawności intelektualnej, wzrost przemocy czy agresji. A trzeba dodać, że dzieci dorastające na Śląsku w latach 70., 80., a nawet 90. były narażone nie tylko na ołów, ale też na wiele innych szkodliwych substancji.

Embargo embargiem, ale takie zjawisko trudno było ukryć.

Ludzie oczywiście między sobą o tym rozmawiali. Media więcej na ten temat zaczęły mówić dopiero w latach 90. W tamtych czasach pojawiły się też pierwsze oficjalne dane. Powstała wówczas Fundacja Miasteczko Śląskie, która zaczęła regularnie badać dzieci w okolicach Miasteczka Śląskiego i Tarnowskich Gór, narażone na ołowicę ze względu na bliskość znajdującej się w Miasteczku huty cynku i ołowiu. Tam, za sprawą nowych technologii, w latach 90. sytuacja wyglądała już nieco lepiej niż za czasów epidemii ołowicy, ale naprawdę znaczącą poprawę odnotowaliśmy dopiero w XXI wieku.

Pamięta pani z dzieciństwa, jak o tym mówiono w domu lub w otoczeniu? Znała pani takie dzieci?

Wychowałam się w Tarnowskich Górach i pamiętam badania przeprowadzane przez Fundację Miasteczko Śląskie oraz zielone szkoły, na które wyjeżdżali uczniowie. Ja miałam to szczęście, że u mnie we krwi nie wykryto ołowiu, ale wiem, że u innych dzieci go znajdowano. W rozmowach ze znajomymi z innych części Śląska - m.in. właśnie z Szopienic, Dąbrówki Małej czy okolic - słyszy się, że problem obniżonego poziomu intelektualnego czy większej agresji rzeczywiście istniał. Te wspomnienia przewijają się w relacjach moich przyjaciół i znajomych.

Co w takim razie skłoniło panią do opisania historii, o której powstały już inne książki?

Ta historia nie dotyczy wyłącznie ołowianych dzieci, choć niewielka część książki jest poświęcona latom 70., kiedy jej tytułowa bohaterka, prof. Bożena Hager-Małecka, zaangażowała się w akcję ratowania "ołowików", jak wtedy określano dzieci chore na ołowicę. Jako konsultantka wojewódzka do spraw pediatrii odnotowała gwałtownie rosnącą liczbę dzieci z niepokojącymi objawami. To ona odkryła, na co naprawdę chorują śląskie dzieci, i rozpoczęła akcję ich diagnozowania i leczenia.

Jednak opowieść o prof. Bożenie Hager-Małeckiej jest znacznie dłuższa - zaczyna się już w latach 20., kiedy przyszła profesor urodziła się w rodzinie polskich patriotów i społeczników, działających w czasach plebiscytu i powstań śląskich. Także później jej bliscy bardzo angażowali się w działalność społeczną i polityczną na Górnym Śląsku. Pani profesor dorastała w zaangażowanej społecznie, inteligenckiej, lekarskiej rodzinie. Wydało mi się to ciekawe, żeby pokazać ten nieco już zapomniany etos lekarski i społecznikowski.

Wartościami wyniesionymi z domu prof. Bożena Hager-Małecka kierowała się w całej swojej pracy zawodowej, a szczyt jej działalności przypadł właśnie na lata 70. Walczyła wówczas nie tylko z ołowicą. Wspierała też m.in. rozwój psychiatrii dziecięcej oraz neonatologii. Miała ogromny wpływ na system opieki pediatrycznej na Śląsku i w całej Polsce, ale - jak sama często powtarzała - jej największym osiągnięciem zawodowym było właśnie zdiagnozowanie ołowicy u śląskich dzieci i walka z tym zjawiskiem.

Czytając pani książkę, trudno będzie uniknąć skojarzeń, że jest ona nieco w kontrze do tego, co pokazał serial Netflixa - produkcja, na którą wielu Ślązaków mocno się oburzyło.

Pewnie tak, ale absolutnie nie chciałam wchodzić w żadną polemikę z serialem. Zależało mi na pokazaniu pozytywnej opowieści, która daje nadzieję. Tę historię można przełożyć również na dzisiejsze realia. Potrzebujemy lekarzy, którzy będą skutecznie upominać się nie tylko u władzy o sprawy ważne dla zwykłych ludzi i którzy będą dla dobra ludzi wykorzystywać swoją wiedzę, kompetencje.

Dzisiaj wiele mówimy chociażby o zdrowiu psychicznym dzieci i młodzieży, o tym, jak potrzebne jest uregulowanie działalności gigantów technologicznych. To taka nasza współczesna ołowica. Potrzebujemy zaangażowanych społecznie lekarzy i innych specjalistów, którzy nie tylko uświadomią władzom problem, ale też doprowadzą do jego rozwiązania.  

Jako pisarka rozumiem twórców serialu, którzy uprościli narrację, sprowadzając ją do oczywistego, historycznego konfliktu: władza komunistyczna kontra jej przeciwnicy. Tymczasem tamta rzeczywistość była nieco bardziej skomplikowana. Podział nie przebiegał wtedy na linii opozycja-władza. Walka toczyła się pomiędzy dobrem zwykłych ludzi a przemysłem i gospodarką nastawioną na zysk. To bardzo uniwersalna opowieść.

W tej walce o dobro najsłabszych ramię w ramię stanęły kobiety: profesor medycyny Bożena Hager-Małecka, wybitna lekarka z przychodni w Szopienicach Jolanta Wadowska-Król, pielęgniarka Wiesława Wilczek oraz dr hab. Zofia Kędzierska-Kajzerowa zarządzająca wówczas sanatoriami w województwie katowickim. Wszystko to działo się pod swoistym parasolem ochronnym ówczesnych władz - wojewody Jerzego Ziętka i Edwarda Gierka.

Oczywiście rzeczywistość polityczna nie była wówczas łatwa, ale prof. Hager-Małeckiej nie chodziło o walkę z systemem jako takim. Jej celem było dobro dzieci. To dlatego szła na konieczne kompromisy z władzą. Zgadzała się na to, by media przemilczały sprawę, jeśli dzięki temu sama mogła skuteczniej działać.

Mogę tylko złośliwie skomentować, że dziś polityczne zaangażowanie lekarzy budzi cokolwiek negatywne skojarzenia.

Rozumiem to. Pytanie, czemu to zaangażowanie służy. Pani profesor przez całe życie powtarzała, że jest chrześcijańską demokratką. Była wierną wyznawczynią Wojciecha Korfantego, którego - jako mała dziewczynka - poznała osobiście, ponieważ jej ojciec był jego bliskim współpracownikiem. Mówiła o sobie wprost: "jestem korfanciarą". Jej polityczna aktywność - chociażby jako bezpartyjnej posłanki na Sejm PRL czy uczestniczki obrad Okrągłego Stołu po stronie władzy - dla wielu ludzi może być niezrozumiała.

Warto jednak przypomnieć, że przy Okrągłym Stole strona rządowa i opozycyjna w podstoliku ekologicznym bardzo szybko doszły do porozumienia. W stanowisku podstolika znalazło się wiele postulatów pani profesor, na przykład te, by nie dopuścić do tego, by Polska stała się śmietnikiem Europy i by zadbać o bilans paliwowo-energetyczny. O te same rzeczy walczymy przecież dzisiaj, a Bożena Hager-Małecka miała odwagę o tym mówić już w 1989 r.

Jej zaangażowanie miało charakter społeczny, a nie czysto partyjny. Swoje wpływy polityczne próbowała wykorzystać wyłącznie po to, by pomagać dzieciom i pacjentom. Oczywiście, także w tamtym świecie różnie bywało z postawami lekarzy, ale akurat zarzut o polityczne uwikłanie prof. Bożeny Hager-Małeckiej jest nietrafiony - ona te swoje dobre kontakty z władzą skutecznie wykorzystywała, by osiągnąć cel wyższy: dobro chorych dzieci. Nie miała z tej działalności politycznej żadnych osobistych korzyści. Niczego się nie dorobiła, do końca życia mieszkała w zwykłej zabrzańskiej kamienicy. 

To wrócę do tematu "ołowików". Czy dziś, poza kontekstem serialu Netflixa, jest on dalej na Śląsku żywy? Mówi się o nim w domach?

Myślę, że dzisiejsza młodzież już o tym nie ma pojęcia. Badania przeprowadzone przez Fundację Miasteczko pokazują wyraźne spadki stężenia ołowiu we krwi śląskich dzieci. Dla porównania: w latach 70. normą kliniczną było 25 mikrogramów ołowiu na decylitr krwi, a w serialu wspomina się nawet o dzieciach, które tę normę przekraczały czterokrotnie. W latach 90. za sprawą amerykańskich badań normę obniżono do 10 mikrogramów, w 2012 r. do 5, a dzisiaj granicą normy jest około 3,5 mikrograma.

Mimo że ołów w śląskiej ziemi nadal jest, bo naturalnie stamtąd nie zniknie, u dzieci żyjących dziś w najbardziej zagrożonych rejonach rzadko stwierdza się poziom przekraczający 2,5-4 mikrogramy.

Także dlatego, że dzieci rzadziej mają teraz kontakt ze skażoną glebą, ponieważ mniej czasu spędzają na zabawach na zewnątrz. Ołowica jako problem zdrowotny praktycznie zniknęła, ale wciąż można mówić o jej konsekwencjach dla rozwoju intelektualnego. Badania amerykańskie sugerują, że każda ilość ołowiu we krwi może wpływać m.in. na rozwój poznawczy.

Sama pamiętam jeszcze z dzieciństwa przerażające infografiki prezentujące stan powietrza, w tym stężenia pyłów zawieszonych czy dwutlenku siarki, które co wieczór pokazywano po Aktualnościach w TVP Katowice. Ograniczenie przemysłu miało ogromny wpływ na poprawę sytuacji. Dzisiaj na szczęście ołowicę mamy już za sobą, ale pozostaje ogromny problem smogu i niskiej emisji z domowych palenisk.

Jeśli ktoś z Was lub ktoś z Waszych bliskich zmaga się lub zmagał ze skutkami ołowicy, prosimy o kontakt z autorem wywiadu: mateusz.rozanski@grupawp.pl

Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.

Wybrane dla Ciebie