Jest lekarzem, pracuje w hospicjum. "Zawsze byłem humanistą – pisałem wiersze, sztuki teatralne"

Kolejne afery ze Szpitala Południowego, astronomiczne zarobki neurochirurgów w Miastku i Mogilnie, nadużycia na SOR w Toruniu i w Centrum Medycznym w Piasecznie. Czy polska ochrona zdrowia ma twarz chciwego lekarza-milionera, a czas Judymów przeminął?

dr Paweł Grabowski o tym, co stało się z etosem lekarzadr Paweł Grabowski o tym, co stało się z etosem lekarza
Źródło zdjęć: © Fundacja Hospicjum Proroka Eliasza | Anita Oksentowicz
Mateusz Różański

Mateusz Różański, dziennikarz Wirtualnej Polski: Ostatnio o lekarzach mówi się bardzo dużo. Że robią przekręty, zarabiają kosmiczne pieniądze i korzystają ze swojej pozycji. Czy to rzeczywiście jest obraz rzeczywistości?

Dr Paweł Grabowski, założyciel Hospicjum Proroka Eliasza: To pan powinien to wiedzieć lepiej jako dziennikarz – czy piszecie prawdę i sprawdzacie te dane rzetelnie, czy też na podstawie jednego przypadku wyciągacie wnioski, które są generalizacją, krzywdząc cały zawód lekarski. Niech mi pan powie, z jakim zawodem tak się nie dzieje? Mówi się o budowlańcach, że kradną i oszukują na materiałach.

Słuszna uwaga, tylko trochę czego innego oczekujemy od lekarzy niż od budowlańców.

Mamy całe mnóstwo urzędników, którzy w ogóle nie angażują się w swoją pracę – widzą tylko literę, a nie ducha tego, co mają robić. Zdarzają się i księża, którzy są, jak to się mówi, "praktykującymi niewierzącymi".


WIDEO
Mówią na nią "polski dr House". Tak wspomina najtrudniejszy przypadek


Zastanawiam się, czy ten kryzys w ogóle nie dotknął człowieczeństwa. A widać go mocno w medycynie, bo to dziedzina, w której obcemu człowiekowi powierzamy najbardziej intymne sfery życia: zdrowie, słabość, zależność. Przy lekarzu zdejmujemy koszulę, bieliznę, pokazujemy swoją nagość. Jesteśmy słabi i zależni. Dochodzi do tego instynkt samozachowawczy – przerażony wizją utraty życia człowiek jest w stanie oddać za ratunek wszystko.

Mam wrażenie, że ci dobrzy lekarze – a statystycznie większość ludzi jest w miarę dobra – potwornie na tym wszystkim tracą.

Podobnie jak dziennikarze. Jeśli ktoś chce robić rzetelne materiały, a kluczowy staje się tylko chwytliwy tytuł i liczba kliknięć... Często pisze się bzdury, żeby tylko przyciągnąć uwagę, nazbierać "klików". 

Nie będę nigdy bronić zawodu dziennikarskiego, bo to fach od początku naznaczony negatywną opinią, którą przyjmujemy z dobrodziejstwem inwentarza. Jednak w naszej kulturze bardzo mocna jest figura Judyma – lekarza, który poświęca się dla chorych.

Lekarzy społeczników, angażujących się w ten sposób, zawsze było niewielu. Nigdy nie było tak, że medycy masowo wyjeżdżali i klepali biedę na wsiach tylko po to, by być szlachetnymi zbawcami świata. Ale zawód ten wiąże się z etosem, o którym chyba trochę zapomnieliśmy.

Dobrze, że to pan o tym mówi. 

Kiedy dzisiaj rozmawiam z młodymi ludźmi i pytam, dlaczego zawód lekarza ma prestiż, odpowiadają: "bo dużo zarabiają".

Ale dlaczego tradycyjnie ich szanowaliśmy? Ponieważ przez lata lekarz szedł do chorych w czasie epidemii, pracował w najtrudniejszych warunkach, nie brzydził się smrodu, biedy czy kalectwa. Wystarczy poczytać pamiętniki Majmonidesa, który pisał: "Wracam z dworu królewskiego, ledwie zdążę zjeść kolację i do północy albo dłużej przyjmuję wszystkich: wierzących, niewierzących, biedaków, szlachetnie urodzonych". Taki to był zawód i dlatego miał prestiż.

Czy ten duch społecznikowski całkowicie zanikł?

Trudno powiedzieć, ilu jest takich ludzi. Są na pewno, ale siedzą cicho. Wiem, że mają ciężko – jeśli stawiają na wartości, potrafią oberwać za to, że za długo siedzą z pacjentem, że są współczujący, że odezwą się grzecznie.

To samo mówią pielęgniarki. Opowiadała mi dziewczyna, która długo u nas pracowała, że po przejściu w inne miejsce płakała, patrząc na zachowania tamtejszej kadry medycznej. Nie wiem, ile jest takich wrażliwych osób, a ile konformistów idących po linii najmniejszego oporu. Chcę jednak wierzyć, że wciąż przeważają ci, dla których praca z pacjentem to coś więcej niż dobre zarobki i prestiż.

Żyjemy w czasach, które hołubią indywidualistów, wolność rozumianą jako "wolność do wszystkiego i od wszystkiego", gdzie nikt nie kojarzy jej z troską, miłością i odpowiedzialnością za drugiego człowieka.

Dzielę z panem tę nadzieję. 

Rozmawiałem niedawno z kolegą, który prowadził zajęcia z chirurgii ze studentami V i VI roku. Zapytał ich o wymarzone specjalizacje. Większość wskazała radiologię. Dlaczego? "Siedzę w domu przy komputerze, opisuję zdjęcia, nie muszę wąchać tego smrodu i mam za to przyzwoitą kasę. Zero kontaktu z człowiekiem". To ja zapytałbym po co w takim razie taki młodzian wybrał medycynę, skoro brzydzi go ludzkie ciało.

A pan czemu wybrał taką ścieżkę? Mógłby pan, jak wielu kolegów, wystawiać szpitalom wielotysięczne rachunki, a zamiast tego założył pan hospicjum.

Bo chciałem uprawiać zawód medyka. Jako młody chłopak widziałem moją panią doktor pediatrę i pomyślałem, że chciałbym potrafić sprawić, by chory i słaby człowiek wrócił do zdrowia. Bardzo mi się to podobało. Najpierw skończyłem stomatologię, potem medycynę ogólną. Dopiero gdy zetknąłem się z medycyną paliatywną, zrozumiałem, co mi w medycynie naprawdę odpowiada, a co przeszkadza.

To co przeszkadza?

Myślenie tunelowe, redukcjonistyczne. Warto poczytać książki prof. Andrzeja Szczeklika, który krytykował tworzenie hiperspecjalizacji – jak hipertensjolog zajmujący się wyłącznie nadciśnieniem, czyli objawem szeregu różnych schorzeń. Prof. Szczeklik żartował, że wkrótce powstaną osobne specjalizacje od ciśnienia skurczowego i rozkurczowego. Do takich absurdów prowadzi patrzenie na medycynę jak na zbiór oddzielonych od siebie dziedzin. Ja dopiero w medycynie paliatywnej znalazłem spojrzenie na człowieka jako na całość. Zawsze byłem humanistą – pisałem wiersze, sztuki teatralne, starałem się patrzeć na świat szerzej. Widziałem cierpienie i szukałem sposobu, jak je zmniejszyć. Cierpienie to wszak nie tylko ból fizyczny, ale też psychiczny, emocjonalny, związany z samotnością i brakiem relacji. O tym właśnie jest medycyna paliatywna: o radzeniu sobie nie tylko z ranami, ale z tym, jak człowiek funkcjonuje w społeczeństwie, jakie ma relacje, emocje, jak postrzega samego siebie. W tym mieści się dbałość o poszczególne narządy, ale też o dobrostan psychiczny i miejsce w świecie.

To ciekawy paradoks: żeby człowiek został w ten sposób dostrzeżony, musi być bliski śmierci.

Doświadczenie pracy z ludźmi na ostatnim etapie życia utwierdziło mnie w przekonaniu, że chcę uprawiać medycynę szeroko, wychodząc nawet poza świat typowych oddziaływań klinicznych. Niedawno zapytałem Ministerstwo Zdrowia, ilu w polskich szpitalach pracuje pracowników socjalnych.

I czym resort się pochwalił?

Odpisali mi, że nie znają nawet ich zakresu obowiązków. A my w naszym hospicjum na głębokiej wsi codziennie odbieramy kilkanaście telefonów: "Mam kartę wypisową ze szpitala, błagam, pomóżcie, co mam dalej zrobić? On już nie chodzi, leży...". Dla szpitala sprawa jest zakończona. Wykonali procedurę, wypisali pacjenta, a reszta ich nie obchodzi. Człowiek zostaje sam. A przecież ktoś musi sprawdzić, czy ma co jeść, jak się czuje, czy ma kto mu za przeproszeniem umyć tyłek. Odkryliśmy ziemię niezaoraną – brak jakiegokolwiek wsparcia poza samą interwencją medyczną.

Podejrzewam, że to niejedyny taki ugór na mapie polskiej ochrony zdrowia.

Gdybym myślał wąsko, według sztywnych procedur, to nawet hospicjum na Podlasiu by nie ruszyło. Nie umielibyśmy pomóc ludziom, realizując wyłącznie to, co wymyślili urzędnicy. Dlatego szerokie spojrzenie to jedyny słuszny kierunek. Jeśli uczy się młodzież redukcjonizmu, to po pierwsze: nie jest to prawdziwa medycyna. Po drugie: to ekstremalnie wypalające. Kiedy pacjent staje się obiektem procedury – "tym rakiem trzustki z sali numer cztery" – dochodzi do depersonalizacji. Zaczynamy traktować człowieka jak rzecz. A to odbija się na psychice człowieka, który przecież miał pomagać ludziom. Przeszkadza mi też nadmierna medykalizacja życia. Jeśli pan jest zdenerwowany, to potrzebuje pan od razu leku i terapii, czy może pójścia na siłownię, przebieżki, rozmowy z kimś albo wykrzyczenia się po cichu? Ze zwykłego, naturalnego smutku robi się dziś jednostkę chorobową, którą trzeba leczyć. Inny przykład to łysienie, na którym można zarobić miliony dzięki przeszczepom i kremom.

Ja do Turcji na przeszczep się nie wybieram.

Nawet starość i umieranie poddają się medykalizacji. A za nią idzie komodyfikacja, czyli utowarowienie. Zrobiliśmy towar ze wszystkiego. Jeśli lekarz ma na sali "pęcherzyk nr 4" i po prostu sprzedaje usługę, przestał być lekarzem z misją. Stał się handlowcem obsługującym procedurę, za którą dostaje pieniądze.

I to, jak się okazuje, całkiem niezłe pieniądze.

Tymczasem zdrowia nie da się sprowadzić do zakupów. Rozumiem, że system trzeba było jakoś poukładać i wycenić, ale w tym wszystkim gubi się pacjent – i to nie tylko jego potrzeby, ale też jego własna odpowiedzialność.

Przypomnę słynny raport kanadyjskiego ministra zdrowia Marca Lalonde’a, z którego wynika, że opieka zdrowotna w zaledwie około 10 proc. odpowiada za nasze zdrowie.!6 procent to geny. O wiele większy wpływ ma środowisko społeczne (20–25 proc.) i nasz styl życia (40–50 proc.).

Dlatego w ogromnej mierze to od nas samych zależy nasze zdrowie. Jeśli ktoś całymi dniami siedzi na kanapie przed telewizorem, to szkodzi sobie sam. O tym też musimy pamiętać, gdy poważnie rozmawiamy o ochronie zdrowia.

Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.

Wybrane dla Ciebie