Mateusz Różański, WP abcZdrowie: Gdy ważyły się losy obecnej ministry zdrowia, to obiła mi się o uszy plotka, że również pani kandydatura na to stanowisko była brana pod uwagę.
Joanna Wicha, posłanka na Sejm X kadencji (Nowa Lewica): Plotka to jest dobre określenie. W TOK FM redaktor Maciej Kluczka ze dwa miesiące temu zadał mi pytanie, czy gdyby złożono mi taką propozycję, to czy ja ją przyjmę. I nie zastanawiając się zbyt długo, powiedziałam "jasne". Jak się idzie do polityki, to nie po to, żeby w niej tylko być, ale żeby coś robić. I trudno byłoby odrzucić taką propozycję. Zwłaszcza dotyczącą resortu, który jest najbliższy mojemu sercu.
WIDEO"Sprawa zostanie wyjaśniona". Stanowczy głos z KO ws. afery szpitalnej
Byłaby pani pierwszą pielęgniarką na tym stanowisku.
Ja chyba jestem w ogóle pierwszą pielęgniarką w Sejmie, która wiąże się oficjalnie ze środowiskiem pielęgniarek. Moje koleżanki tego nie robią.
Zwłaszcza że przez lata to była ta grupa zawodowa, o której wszyscy pamiętali w kampanii wyborczej. Pamiętam Białe Miasteczko z czasów pierwszego rządu PiS-u i protesty za czasów, gdy u władzy była Platforma.
Jestem też związkowczynią od 1996 r. Zaliczyłam kolejne Białe Miasteczka i inne protesty. Doskonale pamiętam te wszystkie kampanie wyborcze i składane nam wówczas obietnice. A po wyborach jedna czy druga opcja zapominała o pielęgniarkach. Było tak do czasów, gdy ministrem został prof. Zembala, który obiecał nam przyznanie dodatków – tak zwanego zembalowe – i rzeczywiście to zrobił. Potem rząd PiS, już pod koniec kadencji, wliczył nam te dodatki do podstawy wynagrodzenia. Wcześniej zależały od dobrej woli dyrektorów szpitali, a na tę nie zawsze mogłyśmy liczyć.
Teraz kto jak kto, ale pielęgniarki nie mają chyba powodów, żeby narzekać na zarobki.
Każdy kij ma dwa końce. Z jednej strony nie ma powodów do narzekania, bo płace już są naprawdę przyzwoite. Z drugiej – ciągle mamy jeszcze dwie rzeczy niezałatwione.
Jakie?
Pierwsza to sprawa umiejętności posiadanych i umiejętności wymaganych. Sytuacja jest dość patologiczna. Mamy wykształcone pielęgniarki, które zdobywają specjalizację i należy im się na tej podstawie dobra płaca. Tyle tylko, że dyrektorzy szpitali, chcąc zaoszczędzić – bo przecież trzeba zapłacić bardzo dużo niektórym lekarzom – robią taki myk: zatrudniają pielęgniarki na podstawie nie umiejętności posiadanych, ale umiejętności wymaganych. Tworzą więc stanowiska, na których wymagania i – co za tym idzie – płace są odpowiednio niższe.
Pielęgniarki sądzą się z dyrektorami szpitali i wygrywają te procesy. A dyrektorzy, zamiast oszczędności, ponoszą koszty tych procesów i odszkodowań. Ministerstwo Zdrowia obiecało, że przy okazji nowelizacji ustawy o zawodzie pielęgniarki i położnej doda rozporządzenie dotyczące kompetencji, które będzie porządkować tę kwestię. Wtedy dyrektorzy szpitali będą musieli zatrudniać pielęgniarki na podstawie ich umiejętności posiadanych.
A jaki jest ten drugi problem?
Mamy ogromną dysproporcję między zarobkami pielęgniarek, które są po studiach magisterskich i mają specjalizację, a pielęgniarkami, które ukończyły tylko liceum, tak jak ja, lub mają zrobiony licencjat. Te różnice sięgają czasem 2–3 tys. zł. Tymczasem powinno się płacić nie tylko za dyplom, ale przede wszystkim za doświadczenie i umiejętności. Pielęgniarka po studiach często ma je mniejsze niż ktoś, kto lata przepracował z pacjentami. Wykształcenie jest bardzo ważne, ale nie powinniśmy zapominać o doświadczeniu.
Projekt obywatelski dotyczący wypłaszczenia tych różnic jest w Sejmie i czas najwyższy to uregulować. Jakiś czas temu Ministerstwo Zdrowia obiecało, że ten temat pojawi się podczas rozmów zespołu trójstronnego, między ministerstwem, pracodawcami i związkami zawodowymi. Z tego, co mi wiadomo, to się jeszcze nie wydarzyło.
Odkąd zajmuję się ochroną zdrowia, cały czas słyszę, że wam lekarze nie pozwalają wykonywać wielu czynności, że podchodzą do was z wyższością. A na tym tracą pacjenci, bo część badań mogłaby szybciej wykonać pielęgniarka, bez czekania na przybycie lekarza.
Pamiętam początki swojej pracy zawodowej. Rozpoczynałam pracę na urologii. Proszę sobie wyobrazić młodą dziewczynę, dwudziestoletnią, która ma do czynienia głównie ze starszymi panami z różnymi dolegliwościami urologicznymi. I ja wtedy, po liceum medycznym, miałam prawo założyć cewnik. Potem pracowałam na chirurgii i pamiętam doskonale pana z nowotworem trzustki, któremu opatrywałam bardzo nieprzyjemną, niegojącą się ranę. Naprawdę – jako pielęgniarki – robiłyśmy bardzo dużo takich zabiegów. A potem, po kolejnej zmianie w ochronie zdrowia, okazało się, że pielęgniarka nie może nawet zmierzyć ciśnienia na obchodzie. Musi to zrobić lekarz.
A pacjent czeka na krześle przed gabinetem…
Dla mnie to jest absurdalne. Uważam, że zwiększenie kompetencji pielęgniarek, położnych czy farmaceutów, diagnostów to jest konieczność. Mamy naprawdę świetnie wykształconą kadrę medyczną i można z tego skorzystać, zamiast opierać wszystko na lekarzach.
Jest też taki zawód jak koordynator medyczny, który szczególnie sprawdza się w opiece onkologicznej. Na posiedzeniu prowadzonej przeze mnie podkomisji stałej ds. zdrowia publicznego pacjent onkologiczny bardzo chwalił to, że taki koordynator może do niego zadzwonić albo wysłać SMS-a i zapytać go, czego potrzebuje, przypomnieć mu o badaniach, pomóc odnaleźć się w systemie etc.
Wasz koalicjant obiecywał, że to lekarz będzie do mnie dzwonił i pytał się, jak się czuję…
Też bym tak chciała. Wiem jednak, że tych koordynatorów dyrektorzy niekoniecznie chcą zatrudniać. Mamy też asystentów medycznych, którzy mogliby odciążać lekarzy, jeśli chodzi o biurokrację. Tymczasem ostatnio w Ministerstwie Zdrowia słyszałam, że lekarze bardzo niechętnie chcą oddać swoje kompetencje nam, pielęgniarkom, a dyrektorzy szpitali nie chcą zatrudniać asystentów medycznych, bo to są dodatkowe koszty.
Jak słyszę takie zdania, po historiach z Miastka, Mogilna i Szpitala Południowego, to, pardon my French, szlag mnie jasny trafia.
Dlatego mówię o tym z taką ironią, bo właśnie oszczędzamy na tych zawodach, które są niezbędne dla pacjenta. Oczywiście – nie ma leczenia bez dobrze opłaconych lekarzy, ale ten model pracy na kontraktach i negocjowanie warunków z gwiazdorskiej pozycji doprowadziły ich zarobki do absurdu. Niektórzy dyrektorzy twierdzą, że pochłaniają one 100 proc. tego, co dostają na leczenie z Narodowego Funduszu Zdrowia. I już na inne zawody czy na samego pacjenta pieniędzy nie starcza. Bardzo nie chcę nagonki na lekarzy, bo – to trzeba powiedzieć – te absurdalnie wysokie kontrakty dotyczą tylko części z nich.
Dobrze, ale jesteście w koalicji rządzącej. Macie rok z groszami, żeby przed następnymi wyborami pokazać, co możecie zmienić w ochronie zdrowia. No to ja słucham, co pani i pani partia macie do zaoferowania.
Jak wybuchła afera w Szpitalu Południowym, to nie kto inny, ale Lewica ustami Włodzimierza Czarzastego zaproponowała te cztery punkty dotyczące płacy maksymalnej, kontroli czasu pracy, ograniczenia łączenia pracy w prywatnych i publicznych placówkach oraz lepszego wykorzystania sprzętu. Proszę zauważyć, że te postulaty zaczynają wchodzić w życie – jak choćby ustawa o kontroli płac lekarzy, podpisana przez prezydenta. To oczywiście tylko początek, bo chcemy doprowadzić do przyjęcia maksymalnych zarobków lekarzy – tych zaproponowanych przez ministerstwo 240 zł za godzinę (21 lipca, Donald Tusk ogłosił, że górna granica zarobków wyniesie 250 zł na godzinę - przyp. red.).
Muszę jeszcze powiedzieć o pracach nad ustawą o wychowaniu w trzeźwości, której projekt przygotowaliśmy w Klubie Lewicy wraz z senatorem Wojciechem Koniecznym. Jeśli wejdzie ona w życie, wprowadzone zostaną bardzo potrzebne ograniczenia w reklamie i sprzedaży alkoholu w Polsce. Dowiozę to, bo – wbrew potężnemu w Polsce lobby alkoholowemu – zależy mi na ograniczeniu sprzedaży trucizny, jaką jest alkohol.
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.