Trwa ładowanie...

Prof. Wysocki po hospitalizacji w związku z COVID-19: Człowiek myśli o śmierci

Prof. Mirosław Wysocki, specjalista epidemiologii i chorób wewnętrznych, zachorował na COVID-19 i niemal natychmiast trafił na oddział zakaźny z postępującymi objawami. Sytuacja była fatalna. - Człowiek myśli w takich sytuacjach o śmierci - przyznaje i opowiada o tym, co najbardziej doskwiera chorym, którzy wymagają hospitalizacji, ale i o bolączkach służby zdrowia.

Zobacz film: "Dbaj, nie panikuj. Akcja specjalna Wirtualnej Polski"

Artykuł jest częścią akcji Wirtualnej Polski #DbajNiePanikuj

Katarzyna Domagała, WP abcZdrowie: Panie profesorze, kilka dni temu wyszedł pan ze szpitala po trzytygodniowym leczeniu COVID-19. Jak się pan czuje?

Prof. dr hab. n. med. Mirosław Wysocki: Dziękuję. Znacznie lepiej niż w pierwszym okresie choroby, ale do dobrej formy jeszcze mi daleko. Czuję się ewidentnie osłabiony, ale na szczęście jestem już kwalifikowany do pacjentów, którzy wyzdrowieli. Potwierdziły to dwa ujemne wyniki testu na obecność koronawirusa w moim organizmie.

Jak wyglądał początek choroby w pańskim przypadku?

Gorsze samopoczucie zaczęło doskwierać mi w sobotę 8 sierpnia. Pojawiły się bóle mięśni, zmęczenie i gorączka. Początkowo nie wiązałem tych objawów z COVID-19, bo nie były one aż tak wyraźne. Jednak w końcu postanowiłem udać się do najbliższego namiotu diagnostyki, gdzie zrobiono mi test. Ze szpitala wychodziła wtedy moja żona, którą miałem się opiekować. Pomyślałem, że jeśli to faktycznie COVID, to byłoby fatalnie, gdybym ją zaraził. Do czasu otrzymania wyniku stosowaliśmy z żoną domową izolację: przebywaliśmy w różnych pomieszczeniach i nosiliśmy maski. Okazało się, że mój test wyszedł pozytywnie. Z dnia na dzień czułem się coraz gorzej.

Podejrzewa pan, gdzie mógł się zarazić?

Absolutnie nie, ale to bardzo typowe dla indywidualnych przypadków zakażenia. Zazwyczaj osoby mające wynik dodatni, które wcześniej uczestniczyły np. w większych wydarzeniach, mają gdzie szukać ewentualnego źródła choroby, ale u mnie nie było takiej sytuacji.

Jak trafił pan do szpitala?

Zaraz po tym, jak sprawdziłem wynik - a przy okazji objawy cały czas się nasilały - zadzwoniłem do Marka Posobkiewicza, byłego Głównego Inspektora Sanitarnego, który obecnie kieruje oddziałem specjalnie utworzonym na potrzeby leczenia COVID-19 w szpitalu MSWiA. Powiedział, że natychmiast powinienem trafić do szpitala, i tak się stało.

Prof. Wysocki zachorował na COVID
Prof. Wysocki zachorował na COVID (arch.prywatne)

Jak przebiegała hospitalizacja i jak ją pan ocenia, nie tylko jako pacjent, ale też lekarz?

Uważam, że szpital MSWiA jest bardzo dobrze przygotowany do sprawnego leczenia chorych na COVID-19. Wszystkie wymagane procedury bezpieczeństwa zostały spełnione, personel pracuje w specjalnych kombinezonach, a na każdej sali z oddziału zakaźnego leży tylko jedna osoba. Jakość pracy osób, z którymi miałem styczność, jest wręcz doskonała. Nie mam żadnych zastrzeżeń w tej kwestii.

Jak przebiegała pańska choroba i leczenie?

W sumie hospitalizacja trwała trzy tygodnie. Najgorzej czułem się przez pierwsze 10 dni. Utrzymywała się wtedy wysoka gorączka i miałem poważne trudności z oddychaniem. Krótko mówiąc: było fatalnie.

Czy pojawiły się momenty krytyczne, w których obawiał się pan o swoje zdrowie?

Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie. Człowiek myśli w takich sytuacjach o śmierci, to jasne. Zdarzyło mi się to kilka razy, ale już po poprawie samopoczucia, te myśli odeszły.

Konieczne było podłączenie pana do respiratora?

Na szczęście nie, ale rozważano taką opcję. Wystarczał mi tlen, który nie tylko ułatwiał oddychanie, ale i poprawiał ogólne samopoczucie.

Jakie leki dostawał pan podczas hospitalizacji?

Było ich sporo, jedne w formie kapsułek, inne dożylnie, ale wiodącymi były antybiotyki. Konkretnie dwa albo trzy typy antybiotyków z górnej półki o szerokim zasięgu działania, które zmieniano w zależności od okresu choroby. Ponadto, zażywałem deksametazon, czyli lek przeciwzapalny i immunosupresyjny. Oczywiście cały czas byłem również nawadniany.

Kiedy odczuł pan wyraźną poprawę samopoczucia?

Po około dwóch tygodniach, gdy zaczęła spadać gorączka. Muszę przyznać, że leczenie, które zastosowano w moim przypadku, z pewnością było bardzo trafne i dostosowane do potrzeb.

Co było dla pana najcięższe w całym przebiegu choroby?

Szczerze powiedziawszy, nie dokuczały mi najbardziej objawy COVIDU, ale samotność wywołana izolacją, która nie odeszła wraz z poprawą zdrowia fizycznego.

W praktyce wygląda to tak, że pacjent hospitalizowany w czasie pandemii leży praktycznie cały czas sam. Lekarz przychodzi z wizytą dwa razy na dzień, innym razem ktoś z personelu pielęgniarskiego. Te rozmowy trwają po kilka minut, a później - ponownie samotność. Nie ma innych odwiedzin. Działało to na mnie ewidentnie depresyjnie.

To bardzo ciekawe, ale jednocześnie przykre. Podejrzewam, że nie jest Pan odosobnionym przypadkiem, którego psychika zareagowała negatywnie na kilkutygodniowy pobyt w szpitalu w czasie pandemii.

Sugerują to również lekarze, z którymi rozmawiałem. Pobyt w szpitalu w czasie pandemii może mieć działanie depresjogenne, choć pewnie nie na każdego pacjenta.

Może wystąpić wówczas konieczność podania dodatkowych leków? Myślę oczywiście o środkach wpływających pozytywnie na nastrój, w tym antydepresantach.

Tak. Są pacjenci, którzy wymagają podania antydepresantów w czasie hospitalizacji, ale również przez kilka miesięcy po jej zakończeniu.

Czy opuszczając szpital, dostał pan od lekarzy szczególne zalecenia dotyczące np. stylu życia?

Sugerowano, abym się nie forsował i odpoczywał. Jako ciekawostkę powiem, że gdy jestem w dobrej formie, regularnie uprawiam sport: gram w tenisa, biegam, lecz aktualnie jedyne, na co stać mój organizm, to dwa tysiące kroków dziennie.

O swojej chorobie oraz opuszczeniu szpitala, już z wynikiem ujemnym na obecność koronawirusa, poinformował pan na swoim Twitterze. Tym samym wywołał pan niektórych ”nieżyczliwych” do odpowiedzi, którzy insynuowali, że robi pan to dla pieniędzy, aby promować COVID-19.

To, co obserwowałem na Twitterze, było dla mnie po pierwsze bardzo zaskakujące, a po drugie frustrujące i przykre. Pod moimi postami, w których pisałem o chorobie, oprócz komentarzy podnoszących mnie na duchu, wspierających, życzących zdrowia, zaczęły pojawiać się te typowo hejterskie. Ich autorzy wypisywali, że wcale nie jestem chory na COVID-19, że to tylko przeziębienie. Ale najbardziej zdumiewającym zarzutem było oskarżenie mnie o otrzymanie gratyfikacji finansowych za reklamę choroby COVID-19 na Twitterze.

Jak się pan do nich ustosunkował?

Nie odpisywałem na nie i zablokowałem ich autorów. Przecież to absurd.

Pandemia koronawirusa uwypukliła wiele problemów w polskiej służbie zdrowia. Nie wszystkie publiczne placówki zdrowotne działają tak sprawnie, jak szpital MSWiA. W wielu z nich brakuje lekarzy i personelu pielęgniarskiego. Zawodzą też systemy przyjęć czy teleporad. Jak pan ocenia działanie publicznej opieki zdrowotnej po prawie sześciu miesiącach pandemii?

Sądzę, że wystąpienie pandemii w znacznym stopniu zniszczyło funkcjonujące jeszcze w Polsce mechanizmy opieki szpitalnej i specjalistycznej. Pogorszył się także stopień wrażliwości (wg Murraya ”responsiveness”) ochrony zdrowia.

Co ma pan na myśli?

Byłem świadkiem sytuacji, gdy zgłaszający się do dużych szpitali w Warszawie pacjenci z podejrzeniem COVID-19 czy innych ostrych chorób, byli traktowani przez lekarzy w sposób nieprzyjemny i agresywny. Widziałem, jak zamaskowany lekarz krzyczał do starszego człowieka z wysoką gorączką i podejrzeniem niedrożności jelit: ”Po co właściwie pan tu przyszedł?”. Tak, jakby pacjent był w stanie odpowiedzieć na to pytanie. To ewidentne dowody na niską wrażliwość osób pracujących w placówkach ochrony zdrowia.

Moim zdaniem w czasie pandemii szczególnie ucierpieli pacjenci onkologiczni, którzy – mimo posiadania zielonej karty DILO (karta pacjenta onkologicznego przyspieszająca proces leczenia, diagnostykę, badania czy otrzymanie wyników) – wcale nie są sprawniej i szybciej leczeni. Wręcz przeciwnie - proces ten jest obecnie znacznie wolniejszy, ponieważ w pierwszej kolejności ”załatwia się” pacjentów z podejrzeniem COVID-19.

Kolejna sprawa osłabiająca działanie placówek opieki zdrowotnej to poważne braki w personelu medycznym, szczególnie pielęgniarskim. Bo o ile system danej placówki może funkcjonować ze zmniejszoną liczbą lekarzy, to z pewnością nie może sprawnie działać z jedną pielęgniarką.

Dlaczego brakuje personelu pielęgniarskiego akurat teraz?

Przyczyna jest prosta – niskie wypłaty, niewspółmierne do wykonywanej pracy. Stąd tak dużo odejść z publicznych zakładów zdrowotnych i zmiany zawodu. Ponadto, najlepiej wykształcona grupa pielęgniarek – te, które ukończyły maturalne licea pielęgniarskie - są w tej chwili w wieku 55-60 lat i przechodzą na emeryturę.

A zauważa pan pozytywne zmiany w służbie zdrowia, jakie zaszły w czasie pandemii?

Tak. Na pewno możliwość wypisywania elektronicznych recept, zwłaszcza w sytuacji powtarzania leków, jest bardzo przydatna i ekonomiczna czasowo. Podobnie rzecz się ma z teleporadami.

Wydaje się, że moment, w którym jesteśmy, jest idealny, aby w końcu naprawić wieloletnie usterki i zaniedbania w polskim systemie zdrowotnym.

Teraz, jak na dłoni, widzimy wszystkie problemy polskiej służby zdrowia, jednak na gruntowną przebudowę, jakiej wymaga ten system, potrzebne są pieniądze, czas i chęci zmiany ze strony władzy. A tego wciąż nie ma. Polski system ochrony zdrowia publicznego jest obszarem bardzo niedofinansowanym oraz źle ukierunkowanym, jeśli chodzi o system samego leczenia. Są to efekty wieloletnich zaniedbań.

Potrzeba zatem pieniędzy i porządnej reformy stawiającej głównie na profilaktykę, aniżeli drogie leczenie wykrytych już schorzeń. Nie oznacza to jednak, że będziemy zaniedbywać na przykład terapię chorób rzadkich. Mam wrażenie, że do tej pory żaden z ministrów zdrowia nie próbował wdrażać takiego rozwiązania.

Zapytam jeszcze o pana opinię na temat szczepionki przeciwko COVID-19. Powinniśmy jej oczekiwać w najbliższym czasie?

Jeszcze długo jej nie będzie, więc nie wierzmy do końca tym wszystkim informacjom sugerującym, że Rosjanie czy Amerykanie już ją mają. To bardzo podstępny wirus, znacznie bardziej skomplikowany niż wirus grypy, który może mutować w wielorakie strony. Z tych względów na szczepionkę będziemy czekać długo. A kiedy już się pojawi, sporo czasu zajmie sprawdzenie jej bezpieczeństwa i skuteczności. Pytanie jeszcze: ile osób będzie chciało się dobrowolnie zaszczepić przeciw infekcji COVID-19?

Na ten moment proponuję - przede wszystkim - solidnie przestrzegać podstawowych zasad bezpieczeństwa: społecznej izolacji i higieny.

Zobacz także: Koronawirus w Polsce. Pandemia nie słabnie. Prof. Simon: "W rzeczywistości zakażonych jest nawet 5 razy więcej"

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

Polecane dla Ciebie

Pomocni lekarze

Szukaj innego lekarza

Komentarze

Wysyłając opinię akceptujesz regulamin zamieszczania opinii w serwisie. Grupa Wirtualna Polska Media SA z siedzibą w Warszawie jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.