Trwa ładowanie...

Są lekarzami, a muszą dorabiać w kawiarniach. Stażyści dołączają do rezydentów

- Co niedzielę wstaję ok. 4 rano i jadę na giełdę w Słomczynie sprzedawać kawę i herbatę. Mimo że jestem po studiach medycznych – mówi Bartek z Warszawy, lekarz stażysta. Nie tylko on musi dorabiać. Twierdzi, że w tym środowisku tylko jednostki nie pracują po godzinach.

Zobacz film: "Rezydenci: nasze życie osobiste toczy się na oddziałach"

Bartek ukończył medycynę na Uniwersytecie Warszawskim. Do zawodu podchodzi z poczuciem misji. Marzy mu się specjalizacja z chirurgii ogólnej. Na razie jednak kończy staż. Codziennie od 7.30 do 15-16 uczy się i pracuje w szpitalu. I otwarcie przyznaje, że pieniądze, jakie zarabia to kpina.

- Za 1460 zł ze szpitala nie udałoby mi się utrzymać. Nie w Warszawie – podkreśla. - No, chyba, że żyje się we dwoje i ma własne mieszkanie. Wtedy być może mogłoby to się udać.

Dlatego też większość lekarzy stażystów dorabia. Zgodnie z przepisami, nie mogą jeszcze pracować jako lekarze np. w przychodniach. Za dnia obecni są zatem w szpitalach, a popołudniami i w weekendy parzą kawę, sprzedają ubezpieczenia, pełnią funkcję dozorców, stają na bramkach w pubach. I zaczynają mówić o tym coraz głośniej. Bo rzeczywistość zaczyna ich zwyczajnie frustrować.

1. Stażystka: jest mi wstyd

Tak jak Martynę, która o zostaniu lekarzem marzyła od dziecka. - Do dziś pamiętam, jak oglądałam z babcią serial pt. "Dr Quinn". Może zabrzmi to banalnie, ale główna bohaterka bardzo mi imponowała – chciałam być taka jak ona. Chciałam pomagać, leczyć, dawać ludziom nadzieję. Podobała mi się też idea misji. Bo zawód lekarza daje wbrew pozorom dużo możliwości – dodaje Martyna.

Przeczytaj także:

Dlatego też w czasie studiów pojechała do Niemiec na praktyki, współpracowała z tamtejszymi lekarzami, uczyła się. A potem, gdy skończyła studia i poszła na staż, okazało się, że rzeczywistość rozmija się z tym, co pokazywał film.

- Gdy zaczynałam studia, nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak wygląda życie lekarza stażysty. Pewnie nikt tego nie wie. Bo każdy ma wizję tego, że będzie leczył i zmieniał świat. A potem przychodzi rozczarowanie, także pieniędzmi – mówi Martyna.

Dorabia prawie od początku stażu. - Z jednej strony miałam w sobie dużą potrzebę niezależności. Chciałam mieć własne pieniądze, żeby mnie było stać na 3 dni w górach. Z drugiej – czułam, że stoję pod ścianą. Na stażu nie mogę zmienić pracy, nie mogę też prosić o podwyżkę. Jest on naturalną drogą kariery każdego lekarza, na którą sama się zdecydowałam – podkreśla.

I zaraz dodaje, że za naturalne uważa też to, że w wieku 26 lat chciałoby się pożyć. Raz na kilka miesięcy wyjechać odpocząć, zrobić kurs językowy, robić wszystko na własną odpowiedzialność i za własne pieniądze, a nie te pożyczone od rodziców. Dlatego zdecydowała, że wróci do pracy kelnerki. Kilka razy już nią była, gdy dorabiała w czasie wakacji.

- Przez prawie rok w dzień pracuję w szpitalu, a 2 popołudnia w tygodniu i 1 dzień każego weekendu parzę kawę. Mój szef wie, że jestem lekarzem, koledzy też. Choć nigdy się tym nie chwaliłam – opowiada dziewczyna.

Co o stanie naszego zdrowia, możemy wyczytać z ust?
Co o stanie naszego zdrowia, możemy wyczytać z ust? [7 zdjęć]

Spierzchnięte, obolałe lub pokryte rankami wargi mogą wskazywać na wiele dolegliwości. Wygląd ust może...

zobacz galerię

Martyna zarabia miesięcznie 1460 zł, z dyżurami wychodzi ok. 1800 zł. W restauracji ok. 700-800 zł miesięcznie. - Zarabiam tam 12 zł netto na godzinę. W szpitalu jest to ok. 10 zł netto – wylicza.

Martyna podkreśla, że ma ogromne poczucie absurdu i nieadekwatności zarobków do odpowiedzialności na danym stanowisku. Kiedy koledzy z restauracji pytają ją, dlaczego popiera prostest Porozumienia Zawodów Medycznych, stara się im wszystko wytłumaczyć.

- Wyobraźmy sobie, że szpital to restauracja, a lekarze są kelnerami. Przychodzi do niej klient i prosi o podanie zupy dnia. Kelner zbiera zamówienie, idzie do kuchni i tam dowiaduje się, że jednych składników na zupę nie ma, inne przyjadą za kilka godzin. I teraz musi pójść do klienta i powiedzieć, że będzie musiał poczekać co najmniej te kilka godzin, albo dać mu do zrozumienia, żeby przyszedł innego dnia. Tak działa system ochrony zdrowia i jest mi za to wstyd. Mam to poczucie, bo jestem bezradna, nic nie mogę z tym zrobić – mówi Martyna.

Podkreśla, że kiedy zaleca pacjentowi konsultację ze specjalistą, niejednokrotnie musi powiedzieć, że na wizytę będzie on musiał czekać kilka miesięcy. To rozczarowuje.

2. Rozkładający się system

Co niedzielę o 4 rano w mieszkaniu Bartka dzwoni budzik. Chłopak zrywa się na równe nogi, ubiera, zabiera kanapki i biegnie do auta. Jedzie na giełdę do Słomczyna, gdzie sprzedaje kawę i herbatę. Nie chwali się, że jest lekarzem. Czasem takie rzeczy wychodzą po prostu w rozmowie. Wtedy wszyscy się dziwią, że medyk musi dorabiać. Nie dowierzają.

- Mam 3 młodsze siostry i mocne postanowienie: utrzymam się sam, nie będę prosił o pomoc rodziców – zaznacza Bartek. Załapał się więc do pracy w Słomczynie, popołudniami pracuje też jako konsultant medyczny przy badaniach obserwacji leków, sprawdza granice działań niepożądanych preparatów.

- Zajmuje mi to średnio 2-3 godziny dziennie. Sprawdzam ankiety pacjenckie, analizuję je i w przypadku wykrycia potencjalnego działania niepożądanego leku kontaktuję się z pacjentem, opracowuję dokumentację po angielsku i wysyłam ją do centrali. Z giełdy, za 4 dni w miesiącu, mam 500-600 zł., natomiast z badań – ok. 1-2 tys., to zależy od miesiąca.

Bartek otwarcie mówi, że razem ze swoją dziewczyną poważnie myślą o emigracji. Szukali nawet ofert pracy w Niemczech. Tam rezydent zarabia ok. 4,2 tys. euro. W Polsce - 2,4 tys. zł. Oferta jest więc kusząca.

Co ich zatem trzyma w kraju, w którym lekarze stażyści muszą z własnej kieszeni płacić za drogie kursy doszkalające? W którym jadąc na taki kurs muszą brać urlop wypoczynkowy? W którym mają poczucie niemocy i frustracji? W którym podręczniki kosztują tysiące złotych, a lekarze już na starcie kariery są przepracowani i stale zmęczeni?

- Poczucie odpowiedzialności – podkreśla chłopak. I dodaje, że nie chodzi o to, żeby rzucić wszystko i machnąć ręką.

- W Polsce lekarzy jest stale za mało, jak tak dalej pójdzie nie będzie komu leczyć. Co 10 student wyjeżdża za granicę. Ale najgorsza jest właśnie odpowiedzialność. Co mogę zepsuć, pracując w Słomczynie? Owszem, mógłbym podać kawę zamiast herbaty, ale nikt mi za to nie będzie groził prokuratorem. A lekarzowi za błąd – owszem. Nasza odpowiedzialność jest dużo większa, a zarobki są kpiną.

Zarówno Martyna, jak i Bartek popierają postulaty, o których realizację walczą ich starsi fachem koledzy – rezydenci. Tylko wzrost nakładów na ochronę zdrowia do 6,8 proc. PKB jest w stanie uratować ten system. - Teraz jest on w stanie rozkładu. Niedługo zostaną szczątki – irytuje się Bartek.

Martyna osobiście jeździła do Szpitala Pediatrycznego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. - Teraz czasem robię kawę w koszulce z napisem "popieram protest rezydentów" - podsumowuje.

Polecane dla Ciebie

Pomocni lekarze

Szukaj innego lekarza

Komentarze

Wysyłając opinię akceptujesz regulamin zamieszczania opinii w serwisie. Grupa Wirtualna Polska Media SA z siedzibą w Warszawie jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.