"Zaraza" w Rosji. "Ta sama bakteria kiedyś pustoszyła Europę"

– Na pewno nie możemy straszyć nową pandemią, bo do niej nie dojdzie – komentuje sytuację w Rosji główny inspektor sanitarny dr Paweł Grzesiowski. Lekarz wskazuje jednak, że istnieją realne zagrożenia w postaci dobrze znanych wirusów. Przypomina, że przed nimi chronią szczepienia.

Na zdjęciu szef GIS, dr Paweł GrzesiowskiNa zdjęciu szef GIS, dr Paweł Grzesiowski
Źródło zdjęć: © East News, Getty • Zdjęcie wygenerowane przy pomocy AI
Mateusz Różański

Informacja o śmierci Rosjanki, która według medialnych doniesień miała rozbić naczynie zawierające patogen dżumy płucnej, wywołała falę domysłów. Pojawiły się głosy o przygotowywanej przez Rosjan broni biologicznej, celowym wywołaniu paniki wśród społeczeństwa i wojnie psychologicznej.

Czy czuma to dżuma?

– Mamy na razie raport, który potwierdza zgon młodej laborantki pracującej w laboratorium z powodu choroby płuc, ale nie mamy potwierdzenia przyczyny tej śmierci. Strona rosyjska nie chce na razie tego szczegółowo komentować. Nie mamy więc wcale pewności, że to była dżuma – zauważa dr Paweł Grzesiowski, szef Głównego Inspektoratu Sanitarnego. – Zarówno Amerykanie, jak i WHO interesują się tym przypadkiem. Śmierć w młodym wieku z powodu zapalenia płuc nie jest bowiem sprawą oczywistą. Równie dobrze mógłby być to na przykład zmutowany, nowy wirus, jak COVID-19. Dlatego Stany Zjednoczone proponują pomoc międzypaństwową i chcą wysłać swoich naukowców, aby pomóc ustalić przyczynę tego zgonu – podkreśla.


WIDEO
Mówił o sobie "szczepionkowy sceptyk". Teraz apeluje: szczepcie na odrę!

Ekspert wyjaśnia także częste błędy i nieporozumienia językowe, które mogą potęgować panikę w mediach. Znajdujący się w Irkucku instytut zajmuje się ogólnie chorobami zakaźnymi, choć działa w nim także departament dedykowany dżumie. Ponadto w języku rosyjskim słowo "czuma" (чума) używane jest potocznie jako ogólny synonim zarazy, co znacząco utrudnia precyzyjną komunikację. Dr Grzesiowski zwraca uwagę, że doniesienia ze Wschodu nie są powodem do paniki.

– Oczywiście to jest ta sama bakteria, która kiedyś pustoszyła Europę, ale okoliczności są już w pełni inne. Nie porównujmy średniowiecza do współczesności. Wtedy nie było antybiotyków, nie było diagnostyki, nie było wiadomo, co to za choroba. Ludzie zarażali się, bo nie mieli pojęcia, jak patogen się przenosi – tłumaczy w rozmowie z WP abcZdrowie dr Paweł Grzesiowski. – Dziś w ogóle nie ma mowy o tym, żeby doszło do epidemii dżumy. To jest niemożliwe, bo mamy zupełnie inny system opieki zdrowotnej.

Szef GIS zaznacza, że gdyby nawet doszło do pojedynczego zachorowania lub małego ogniska, uruchomiłoby to natychmiastowy szereg procedur sanitarnych.

– Nagły zgon z powodu choroby płuc jest automatycznie alertem dla służb sanitarnych. Uruchamiany jest wtedy proces dochodzenia epidemiologicznego, kwarantanny i izolacji – zapewnia dr Grzesiowski. – Na pewno nie możemy straszyć nową pandemią, bo do niej nie dojdzie. Po pierwsze, pandemia występuje wtedy, gdy czynnik jest nieznany, a po drugie – gdy nie ma leków. A tu trzeba bardzo mocno podkreślić, że dysponujemy absolutnie skutecznymi antybiotykami na dżumę. Jeżeli będzie to zwykły, dziki szczep, a nie wariant stworzony w laboratoriach bioterrorystycznych, to mamy czym go leczyć. Choroba odpowiednio wcześnie wykryta jest w pełni wyleczalna w ciągu pierwszych dni – podkreśla lekarz.

Prawdziwa epidemia za oceanem

Podczas gdy uwaga opinii publicznej skupia się na śmierci 28-letniej Rosjanki, po drugiej stronie oceanu trwa jak najbardziej realna epidemia odry.

– To jest prawdziwy problem, prawdziwe zagrożenie i realne skutki. W USA są już zgony z powodu odry. To nie jest sytuacja, którą można uznać za przypadek czy małe ognisko. Odnotowano tam już kilka tysięcy zachorowań – więcej w tym roku niż w całym ubiegłym – zauważa dr Grzesiowski. – Odra jest chorobą niezwykle zakaźną. Przy znacznej liczbie osób niezaszczepionych bardzo łatwo o powstanie ogniska i rozwój epidemii – dodaje.

Ogniska odry w USA wybuchają m.in. wśród członków grup religijnych odrzucających szczepienia. Do szczepień na odrę w związku z postępującą epidemią zaapelował tam nawet deklarujący się jako "szczepionkowy sceptyk" Robert F. Kennedy Jr.

W Polsce tymczasem to właśnie wysoki wskaźnik wyszczepialności stanowi główną tarczę chroniącą przed wybuchem epidemii.

– Mieliśmy w tym roku przypadek odry u osoby dorosłej na Podkarpaciu. Zachorowało wtedy kilkanaście osób z jej otoczenia, w tym częściowo personel medyczny, gdyż nie wszyscy byli zaszczepieni lub były to osoby urodzone przed erą masowych szczepień, czyli w wieku 50+ – wyjaśnia główny inspektor sanitarny. – W Polsce mamy niewielki potencjał do powstania dużego ogniska epidemicznego. Najlepszym dowodem na to, że nasza sytuacja jest bezpieczna, jest bieżący rok – odnotowaliśmy raptem 30 przypadków odry. To najniższa liczba od kilku lat. Gdyby zdarzyło się tak, że kilkoro dzieci z rodzin antyszczepionkowych spotkało się w przedszkolu, szkole czy na obozie i pojawi się tam wirus, to one zachorują. Ale jak mówię: to jest potencjał na małe, lokalne ognisko, a nie na wielką epidemię z setkami zachorowań – podsumowuje.

Kryzys na Słowacji

Kolejnym zagrożeniem epidemiologicznym, o którym informują media, jest wirusowe zapalenie wątroby typu A (WZW A), którego poważne ognisko zarejestrowano m.in. na Słowacji. W Czakanowcach, niewielkiej wsi oddalonej o niespełna 20 kilometrów na wschód od Koszyc, zarejestrowano ponad 20 przypadków choroby na przestrzeni dwóch tygodni.

– Prowadzimy wiele akcji szczepień tzw. poekspozycyjnych – tam, gdzie wiemy, że dana osoba miała kontakt z wirusem, szczepionka jest podawana bezpłatnie przez sanepid – zaznacza dr Paweł Grzesiowski.

Ekspert wskazuje trzy główne grupy ryzyka zakażenia: turystów powracających z krajów o wyższej zapadalności na WZW A, osoby zakażające się drogą kontaktów seksualnych oraz pracowników gastronomii.

– Mieliśmy wcześniej epidemię w jednym z województw, gdzie zakażony kucharz zaraził kilkanaście osób, przenosząc wirusa na rękach, którymi dotykał żywności – informuje Główny Inspektor Sanitarny, podkreślając, że WZW A jest chorobą, nad którą można łatwo zapanować dzięki higienie i szczepieniom.

Dezinformacja, która zabija

Tymczasem szczepienia oraz procedury służące powstrzymywaniu chorób zakaźnych bywają głównymi obiektami dezinformacji medycznej. Tragiczne skutki tego zjawiska widać w Demokratycznej Republice Konga, gdzie od miesięcy trwa epidemia gorączki Ebola.

– Ludzie na miejscu wcale nie wierzą, że to jest ebola. Uważają, że władze lokalne izolują ich po to, aby pobierać narządy do przeszczepów. W konsekwencji atakują punkty pomocy medycznej – informuje dr Grzesiowski, wskazując, jak dezinformacja pogarsza i tak tragiczną sytuację w Afryce Środkowej.

Jak podaje Europejskie Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób (ECDC), potwierdzono tam już 6450 przypadków tej choroby, w tym 2968 śmiertelnych. Mimo napiętej sytuacji w Afryce ryzyko przeniesienia choroby na inne kontynenty pozostaje minimalne dzięki rygorystycznym procedurom kontrolnym.

– Każda osoba opuszczająca Kongo przechodzi bardzo restrykcyjną kontrolę – nie tylko stanu zdrowia, ale i wywiadu epidemiologicznego. To szczelne sito, które zapobiega potencjalnemu pojawieniu się przypadku choroby na innym kontynencie – uspokaja główny inspektor sanitarny.

Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.

Wybrane dla Ciebie