Maja Herman kandyduje na prezeskę ORL. Mówi, co chce zmienić
- Samorząd wydaje pieniądze na cele, które nie są żadnymi priorytetami. Bardzo drogie imprezy, jak ta z okazji mikołajek za prawie 800 tys. zł - punktuje w rozmowie z WP abcZdrowie Maja Herman, specjalistka psychiatrii, kandydatka na prezesa Okręgowej Rady Lekarskiej w Warszawie.
W sobotę okaże się, kto zostanie nowym prezesem Okręgowej Rady Lekarskiej w Warszawie. W wyborach startuje obecny prezes dr n. med. Artur Drobniak, Janusz Pachucki, internista i endokrynolog oraz specjalistka psychiatrii Maja Herman, która w razie wygranej byłaby pierwszą kobietą na czele warszawskiego samorządu. Jaki ma pomysł na "nowe rozdanie"?
Katarzyna Prus, dziennikarka Wirtualnej Polski: Skąd pomysł, żeby kandydować na szefową samorządu lekarskiego?
Maja Herman: To nie była spontaniczna decyzja. Dojrzewała w miarę, jak rósł hejt wobec lekarzy, jak nasilał się kryzys wizerunkowy lekarzy w mediach. Doprowadziło to do wielu tragedii, ataków na medyków, w tym śmierci ortopedy z Krakowa, który zginął z rąk pacjenta. To był ten przełomowy moment. Uznałam, że cena, jaką płacimy za hejt, agresję, ataki, jest stanowczo zbyt wysoka. Płacą ją, w postaci traum czy wypalenia zawodowego, konkretni ludzie.
Z hejtem można oczywiście walczyć w sieci. Robię to w mediach społecznościowych, praktycznie cały czas. Można zgłaszać na policję i to też zrobiłam, gdy grożono mi śmiercią. Widzę jednak, że potrzebne jest też silne wsparcie instytucji, której zadaniem jest przecież ochrona lekarzy, właśnie w takich sytuacjach. Żałuję, że warszawski samorząd tego skutecznie nie robi.
Nie ma konkretnych, konsekwentnych działań prawnych, kończy się na wyrażeniu "oburzenia" lub "ubolewania". Samorząd zawodowy może i powinien robić znacznie więcej. Spójrzmy, jak świetnie poradził sobie z tym samorząd lekarzy weterynarii. Oni od razu podejmują kroki prawne i skończyła się nagonka, z którą się kiedyś mierzyli. To nie są tylko moje obserwacje, ale głosy lekarzy.
Przeprowadziłam wiele rozmów, by dowiedzieć się, z czym realnie ma problem nasze środowisko, czego brakuje lekarzom, co ich irytuje, czego potrzebują. Brak wsparcia prawnego i dobrze działającej obsługi prawnej to jeden z najczęściej powtarzających się zarzutów. Nasze środowisko jest też bardzo podzielone, zapomnieliśmy, że jesteśmy wspólnotą. Musimy do tych korzeni wrócić i taki też stawiam sobie cel.
KP: Pierwsze reakcje na tę decyzję - hejt, czy gratulacje?
MH: Hejt nie jest dla mnie niczym nowym, bo mierzę się z nim praktycznie codziennie. W mediach społecznościowych przeczytałam już chyba na swój temat wszystko. Hejterzy wiedzą nawet lepiej, kto jest moim partnerem, kto jest ojcem mojego dziecka, grozili mi już też, że "zarżną mnie jak świnię".
Co do reakcji na moją kandydaturę, pojawiło się sporo negatywnych komentarzy, że "po co ta cała szopka", były wycieczki osobiste. Ostrzegano mnie przed takimi metodami. Nie zrażają mnie jednak, a paradoksalnie motywują. Wiem, że takie komentarze pojawiają się zawsze tam, gdzie funkcjonuje już jakiś "układ sił". Taki układ zawsze broni status quo.
Fakty są takie, że w wyborach na prezesa Okręgowej Rady Lekarskiej nigdy nie wygrała kobieta. Kobieta nigdy nie kierowała też Naczelną Radą Lekarską. Czy to możliwe, że nigdy nie znalazła się żadna kandydatka, która byłaby merytorycznie lepsza niż kandydat? Przecież w naszym gronie jest wiele mądrych, kompetentnych i zaangażowanych kobiet. Tym bardziej cieszą mnie komentarze zarówno od młodych, jak i starszych lekarzy, którzy cieszą się, że kandyduje kobieta, bo uważają, że to może być przełom, a samorząd potrzebuje nowego rozdania.
KP: Emocje cały czas budzą wynagrodzenia lekarzy, także wewnątrz środowiska. Czy to z powodu pieniędzy medycy są tak skłóceni i podzieleni, jak pani twierdzi?
MH: Rozumiem kontrowersje wokół zarobków lekarzy. Wysokie kwoty zawsze budzą emocje. Podobnie, jeśli słyszymy, że za prywatną wizytę trzeba zapłacić kilkaset złotych, a konsultacja trwa chwilę. Pamiętajmy jednak, że to ustawa zrobiła z lekarzy przedsiębiorców. Prawnie jesteśmy taką samą jednoosobową działalnością, jak np. mechanik samochodowy, który za naprawę auta może sobie zażyczyć dowolną kwotę. Tymczasem na lekarza, który wycenia wizytę, trzeba nałożyć limity?
Nie popieram nieuczciwych praktyk, czy wręcz patologii - jak w każdej branży, tak i w naszej też się zdarzają. Rozumiem oburzenie pacjentów i ich perspektywę. Warto jednak pamiętać, że to nie są standardowe praktyki, a dotyczą zaledwie ułamka naszego środowiska. Niestety rzutują na postrzeganie całego środowiska. Dlatego tu powinien wkroczyć samorząd z dużą, wyrazistą kampanią informacyjną, która tłumaczyłaby przede wszystkim, o co chodzi w systemie i dlaczego jego wady przyczyniają się do patologii. Takiej konsekwentnej, mądrej kampanii nie ma.
Tymczasem w samej izbie brakuje przejrzystości finansowej. Wiadomo, że prezes warszawskiej izby zarabia do trzech średnich krajowych, ale ile wynosi uposażenie członków zarządu, już nie wiadomo. Brak transparentności rodzi wiele domysłów i nieporozumień.
A wiadomo, na co wydaje pieniądze?
Samorząd wydaje ogromne pieniądze na cele, które nie są żadnymi priorytetami. Bardzo drogie imprezy, jak ta z okazji mikołajek za prawie 800 tys. zł. Kosztowna, ale nieskuteczna obsługa medialna - jak mówią lekarze - to rząd ok. kilkudziesięciu tysięcy złotych miesięcznie. Nie widzę, by warszawska izba poruszała opinię publiczną, zachęcała do dyskusji, czy budowała wizerunek, na którym powinno nam zależeć.
Tymczasem te pieniądze mogłyby pójść choćby na usprawnienie obsługi prawnej. Aktualnie mamy aplikację "Lex Doctor", ale ona dostarcza jedynie urywki ustawy, na którą można się powołać, bez żadnej interpretacji. We wsparcie lekarzy powinni być zaangażowani także prawnicy.
Jest coś jeszcze, czego pani zdaniem samorząd nie robi, choć powinien?
Zapewnienie cyberbezpieczeństwa. To coraz większy problem, a takiego wsparcia brakuje. Chodzi m.in. o pomoc przy zabezpieczeniu wrażliwych danych pacjentów, z którymi przecież na co dzień pracujemy. Nie każdy lekarz wie, jak się chronić przed ich wyciekiem.
Kolejna sprawa - walka z dezinformacją. Poziom hejtu na lekarzy sięga zenitu, w sieci szerzą się pseudomedyczne bzdury, a zdecydowanej reakcji samorządu nie ma. Tymczasem na takie rzeczy powinniśmy reagować od razu. Lekarze i naukowcy, którzy są aktywni w mediach społecznościowych, walczą z takimi mitami na własną rękę, ale samorząd powinien bezwzględnie stworzyć własną stronę, która dawałaby szkodliwym mitom skuteczny opór.
Potrzeba nam grupy szybkiej interwencji medialnej. W odpowiedzi na jeden mit, publikujemy 10 rzetelnych informacji od ekspertów, opartych na rzetelnej wiedzy medycznej. Można reagować w czasie rzeczywistym i udostępniać, wykorzystując zasięgi medyków w mediach społecznościowych.
Brakuje też silnej, skutecznej reprezentacji naszego środowiska podczas komisji sejmowych czy grup roboczych, które zajmują się ważnymi dla nas sprawami. To tam zaczynają się zmiany w prawie. Nieobecny zawsze traci, nie możemy pozwalać sobie na bierność.
A skoro jesteśmy przy dezinformacji. Czy samorząd nie powinien reagować ostrzej wobec tych, którzy ją szerzą, a mają prawo wykonywania zawodu?
Pamiętajmy, że medycyna ciągle się zmienia, a wykonujemy tzw. wolny zawód. Należy uważać, by nie ograniczyć wolności wypowiedzi i możliwości dyskusji nad nowymi doniesieniami w medycynie. Nie możemy np. skracać procedury zawieszania i odbierania prawa wykonywania zawodu. Każdy przypadek jest inny i wszystkim powinno zależeć na uczciwym zbadaniu wszystkich okoliczności.
Nie oznacza to jednak, że samorząd ma związane ręce. Takie sprawy wcale nie muszą ciągnąć się miesiącami. Żeby jednak usprawnić cały proces, potrzeba więcej ludzi w pionach dyscyplinarnych, którzy mogliby rozpatrywać takie sprawy - prawników, sędziów czy okręgowych rzeczników odpowiedzialności zawodowej. Co ważne, takie piony powinny być też wyraźnie oddzielone od administracji, by nie dochodziło do konfliktu interesów, który może mieć potem przełożenie na rozstrzygnięcie sprawy. Widzę wiele obszarów do poprawy.
Powiedziała pani, że brakuje wsparcia prawnego dla lekarzy, a co z tymi, którzy ewidentnie popełnili błąd? Temat wrócił po informacji o zaostrzonym wymiarze kary w sprawie Izabeli z Pszczyny, ale środowisko lekarskie twierdzi, że dyskusja nie powinna dotyczyć wymiaru kary, ale tego, jak do takich sytuacji więcej nie dopuścić. Zgadza się pani z tym?
Zdecydowanie potrzebujemy rozwiązań typu "no fault", które znoszą orzekanie o winie lekarza, oczywiście przy pełnym prawie pacjenta do rekompensaty za szkodę, jeśli błąd zostanie potwierdzony. Chodzi jednak o skupienie się na tym, jak redukować ryzyko, eliminować błędy, poprawiać procedury. Niestety u nas nie ma takiego zwyczaju, jaki jest np. w USA, gdzie konkretne błędy lekarskie omawia się na konsyliach, właśnie po to, by ich potem nie powtarzać, wyciągnąć wnioski na przyszłość. U nas lekarze mają przekonanie, że cokolwiek powiedzą, zostanie użyte przeciwko nim. To wynika też z kryzysu zaufania.
Nie oznacza to jednak, że lekarze nie powinni być odpowiedzialni za ewidentne błędy czy rażące zaniedbania, zwłaszcza jeśli mówimy o tak poważnej sprawie, jak tragedia w Pszczynie. Niestety strach przed prokuratorem nadal pokutuje. Choć zmienił się rząd, lekarze nadal się boją, a powinni skupiać się na skutecznym i bezpiecznym leczeniu. Brakuje klarownej ochrony prawnej, która chroniłaby lekarza np. w kwestiach aborcyjnych. Dopóki tego nie będzie, pozostanie przyzwolenie na "leczenie" poglądami politycznymi czy ideologią. A izba i lekarze muszą być całkowicie wolni od poglądów politycznych.
Katarzyna Prus, dziennikarka Wirtualnej Polski
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.