"Sytuacja bez precedensu" w szpitalu w Sanoku. "Zagraża bezpieczeństwu"

Starosta polecił dyrektorce sanockiego szpitala, by "jak najszybciej odsunęła od pracy" uczestników protestu głodowego. Uważa, że ich stan zagraża bezpieczeństwu pacjentów. Według związkowców te "niepokojące" wypowiedzi eskalują całą sytuację. - Pracownicy obawiają się ewentualnych konsekwencji zawodowych. Protest głodowy jest jednak kontynuowany - alarmuje przewodniczący jednego ze związków.

Na zdj. od lewej: Grzegorz Pasztyła, Robert Pieszczoch, Małgorzata SawickaProtest głodowy w Sanoku. Na zdj. od lewej: Grzegorz Pasztyła, Robert Pieszczoch, Małgorzata Sawicka
Źródło zdjęć: © WP abcZdrowie, Facebook • Zdjęcie wygenerowane przy pomocy AI
Katarzyna Prus

Nie ma decyzji w sprawie dyrektorki szpitala

Nadal nie ma decyzji w sprawie dyrektorki Szpitala Specjalistycznego w Sanoku Wioletty Kacperskiej, której odwołania domagają się związkowcy. W lecznicy nasila się kryzys: w ubiegły czwartek jako pierwsi informowaliśmy, że rozgoryczeni pracownicy rozpoczęli protest głodowy. Jak ustaliliśmy, aktualnie uczestniczy w nim kilkadziesiąt osób.

– Otrzymałem opinię prawników w sprawie protestu głodowego. Osoby, które uczestniczą w proteście głodowym, nie mogą wykonywać swoich obowiązków, a związkowcy publicznie tłumaczyli, że właśnie na tym polega protest. Poleciłem więc pani dyrektor sprawdzić, czy faktycznie tak jest i jak najszybciej odsunąć takie osoby od pracy, bo to zagraża bezpieczeństwu – zaznacza w rozmowie z WP abcZdrowie Robert Pieszczoch, starosta sanocki.

– Wypowiedzi pana starosty dotyczące protestu budzą mój niepokój. Oczekujemy od niego i pani dyrektor spokojnego, rzeczowego dialogu. Pracownicy obawiają się ewentualnych konsekwencji zawodowych swojego zaangażowania – zaznacza w rozmowie z nami Grzegorz Pasztyła, przewodniczący Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego Pracowników Technicznej Obsługi Służby Zdrowia, który działa w sanockim szpitalu.

– Należy odróżnić protest głodowy od strajku, polegającego na powstrzymaniu się od wykonywania pracy. Udział w proteście jest dobrowolny, ale nie zwalnia z obowiązków związanych z bezpiecznym wykonywaniem pracy – dodaje.

W czwartek sam przystąpił do protestu, jako jeden z pierwszych pracowników sanockiego szpitala. – W sobotę straciłem przytomność, trafiłem na SOR. Po pobycie tam kontynuowałem protest, ale w niedzielę w nocy ze względu na stan zdrowia przerwałem. Teraz czuję się znacznie lepiej, pozostaję na zwolnieniu lekarskim, ale nadal wspieram protestujących. Będę też uczestniczył w środowym posiedzeniu zarządu powiatu – dodaje Pasztyła, który jest też magistrem pielęgniarstwa i elektroradiologiem.

Zdaniem starosty kluczowe miało być poniedziałkowe posiedzenie zarządu powiatu sanockiego, na które nie przyszli jednak związkowcy.

– Jesteśmy zaskoczeni postawą związkowców, nikt z ich przedstawicieli nie pojawił się dzisiaj na posiedzeniu zarządu ani o tym nie uprzedził. Mamy kryzysową sytuację, więc takie zachowanie jest niepoważne, tracimy przez to czas – powiedział nam starosta po poniedziałkowym posiedzeniu.

Jednocześnie przypomina, że w ubiegły piątek informował osobiście związkowców, że kolejne posiedzenie zarządu jest po to, by skonfrontować stanowiska dyrekcji i związków zawodowych. – Przy czym podtrzymuję też to, co mówiłem wcześniej, że nie wykluczamy odwołania dyrektorki, ale to musi poprzedzić chociażby spotkanie, na którym konfrontujemy argumenty obu stron – zaznacza.

- Nie przyszliśmy na poniedziałkowe posiedzenie, bo dla nas nie ma już miejsca na takie dyskusje, nasz postulat jest niezmienny. Fakt, że będziemy na środowym posiedzeniu nie jest wcale odpowiedzią na zaproszenie pana starosty. Idziemy tam, bo chcemy pokazać, że doszło do eskalacji całej sytuacji. Słyszymy, że po reakcjach pani dyrektor ludzie zaczęli się obawiać, że stracą pracę - odpowiada Grzegorz Pasztyła.

"Ludzie się boją"

Grzegorz Pasztyła przekazał nam, że we wtorek pracownicy szpitala, którzy uczestniczą w proteście, zdjęli ze swoich identyfikatorów oznaczenia z napisem "Protestuję, głoduję, pracuję".

– Jak wskazują, wynika to z obaw o ewentualne konsekwencje zawodowe. Sam protest głodowy jest jednak kontynuowany. Otrzymaliśmy informację, że dyrekcja wystąpiła o listę osób uczestniczących w proteście. Wśród pracowników pojawiły się obawy o sposób wykorzystania tych informacji i ewentualne represje ze strony dyrektora. Z uwagi na zgłaszane obawy nie chcemy podawać dokładnej liczby protestujących – zaznacza Grzegorz Pasztyła. 

– Materace, które wcześniej były rozłożone na korytarzu, znajdują się obecnie w pomieszczeniach, którymi dysponuje związek pielęgniarek i położnych. Nadal nocują tam protestujący pracownicy. Podtrzymujemy jeden główny postulat: odwołanie pani dyrektor. Uzasadniamy go zastrzeżeniami dotyczącymi przestrzegania praw pracowniczych oraz brakiem dialogu ze stroną społeczną – dodaje związkowiec.

Starosta apeluje do premiera

Tymczasem starosta zwraca uwagę na osobny problem. – Musimy się też zastanowić, kto mógłby ewentualnie przejąć kierowanie szpitalem i kontynuować restrukturyzację, jeśli doszłoby do odwołania. Nie jest to prosta sprawa. Rozmawiałem już z kilkoma osobami, które mają długoletnie doświadczenie w kierowaniu placówkami medycznymi, bo tylko takich bierzemy teraz pod uwagę. Niestety na razie nikt nie chce się podjąć kierowania szpitalem w tak trudnej sytuacji finansowej. I to jest dla nas poważny problem – przyznaje Robert Pieszczoch.

– Skierowałem też pisma do premiera, Ministerstwa Zdrowia i wojewody w sprawie podjęcia pilnych działań. Ja się nie boję brania na siebie odpowiedzialności, ale w kwestii finansowania uważam, że zostaliśmy zostawieni sami sobie, a teraz znaleźliśmy się w patowej sytuacji, która jest bez precedensu – podkreśla. I dodaje, że ponownie zaprosił związki zawodowe na spotkanie w środę.

Wybrali głodówkę, bo są rozgoryczeni

Wcześniej w rozmowie z nami starosta ocenił, że "sytuacja jest trudna i osiągnięcie kompromisu nie będzie łatwe". Jednocześnie przyznał, że ma zastrzeżenia do szefowej lecznicy.

– Niczego nie przesądzam, ale gdybym nie brał pod uwagę możliwości odwołania, od razu poinformowałbym związki zawodowe, że nie widzę podstaw do dalszych rozmów w tej sprawie. Mam zastrzeżenia do sposobu komunikacji dyrektorki z pracownikami, ich relacji. Na pewno takich błędów można uniknąć – powiedział starosta.

– To, czego na pewno teraz potrzebujemy, to sprawna restrukturyzacja. Ciężko na razie ocenić jej efekty, bo minęło za mało czasu. Na plus jest jednak fakt, że ten proces, którego nie było w tym szpitalu od lat, w końcu ruszył – dodał. 

Związkowcy podkreślali z kolei, że wbrew zapewnieniom dyrektorki nie widzą "potencjału do dialogu". – To są pozory. Nie możemy dalej dać się rozgrywać dyrekcji i starostwu – powiedziała w rozmowie z WP abcZdrowie Małgorzata Sawicka, zaznaczając, że decyzja o proteście głodowym to wspólne stanowisko wszystkich związków zawodowych działających w szpitalu, które żądają odwołania dyrektorki zadłużonej na ponad 200 mln lecznicy.

Tymczasem zdaniem szefowej szpitala "sytuacja jest dobra, jak na tak poważne problemy finansowe". – Liczby pokazują, że restrukturyzacja przynosi efekty, bo miesiąc zamkniemy ze stratą 2,4 mln zł, wcześniej było to na poziomie 4 mln zł. Restrukturyzacja to redukcja zatrudnienia, ale także konsolidacja – łączymy działy, zmieniamy zakres obowiązków, ale też szukamy źródeł dochodów, np. poprzez możliwość udzielania nowych świadczeń – mówiła pod koniec września w rozmowie z WP abcZdrowie Wioletta Kacperska, która zarządza sanockim szpitalem.

– Według moich wyliczeń potrzebujemy 40 mln zł oszczędności rocznie, by odzyskać płynność finansową, więc muszę prowadzić różne działania – tłumaczyła.

Kardiologia do przejęcia?

Kolejną falę obaw pracowników, m.in. po cięciach wynagrodzeń o 30 proc. i zwolnieniach (pracę straciło 50 osób, a docelowo proces ma objąć nawet 200 pracowników szpitala), wywołały krążące informacje o planach cesji kontraktu na oddział kardiologiczny na rzecz prywatnej firmy, która działa obok sanockiego szpitala.

– Obawy są bardzo poważne, bo jeśli doszłoby do cesji, to nie jest to równoznaczne z przejęciem pracowników. Ludzie się boją o pracę i to jest zrozumiałe. Nikt wprost nie powiedział, co się w tej sprawie dzieje, a to jeden z bardziej dochodowych oddziałów – podkreśliła Sawicka.

– Nie było żadnych oficjalnych informacji na temat planów przejęcia kontraktu na oddział kardiologii podczas posiedzenia zarządu powiatu, bo nie ma tu żadnych rozstrzygnięć. Jedyne rozmowy z tą firmą, o których ja wiem, dotyczą wsparcia kadrowego – zapewniał w rozmowie z WP abcZdrowie wicestarosta sanocki Damian Biskup.

Tłumaczył, że wypowiedzenia w sanockim szpitalu złożyło trzech kardiologów, więc jest obawa o to, że w listopadzie "nie będzie kim obsadzić dyżurów, a nie ma doby, by nie było pacjentów kardiologicznych". – Jeśli więc stanęlibyśmy przed wyborem, czy zamknąć oddział z powodu braku lekarzy, czy szukać różnych rozwiązań, to powiem, że wzięlibyśmy pod uwagę każde rozwiązanie – przyznał.

– Przy czym cesja to nie jest prosta sprawa. To jest długi proces, więc sądzę, że prawdopodobnym rozwiązaniem byłoby tutaj świadczenie usług przez kardiologów z tej firmy w ramach naszego kontraktu – ocenił.

Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.

Wybrane dla Ciebie