- Okulistka, która powinna być na dyżurze w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym we Włocławku, "dyżurowała" na telefon. Równocześnie jest jedną z najlepiej zarabiających lekarek szpitala.
- Tamtejszy SOR, pod poprzednim kierownictwem, miał stracić 30 mln zł wskutek źle rozliczanych procedur. Tymczasem zobowiązania finansowe lecznicy wynoszą już 100 mln zł.
- Rozmówcy WP wskazują, że osoba bliska dyrektorowi była długotrwale hospitalizowana na oddziale, na którym pacjenci przebywają maksymalnie półtora tygodnia. Szpital odpowiada, że decydowali lekarze.
- Marszałek województwa kujawsko-pomorskiego w podległych mu szpitalach, w których radach roi się od polityków, nie dostrzega żadnych uchybień.
- Trudno mówić o skutecznym, jakościowym zarządzaniu szpitalem czy jego nadzorowaniu, jeśli w grę wchodzi polityka. W polskich realiach jest to niestety na porządku dziennym - komentuje dr hab. Małgorzata Gałązka-Sobotka, rektor Uczelni Łazarskiego, ekspertka w dziedzinie ochrony zdrowia.
14 lipca 2026 r. Piotr Całbecki, marszałek województwa kujawsko-pomorskiego, spotyka się z dyrektorami siedmiu podległych mu szpitali. Od prawie miesiąca Polska żyje aferą w warszawskim Szpitalu Południowym - "saloniki VIP" dla polityków i ich rodzin, horrendalne zarobki lekarzy, nieprawidłowości w prosektorium.
Zaczyna się burza - z dnia na dzień spływają doniesienia o nieprawidłowościach w placówkach w całym kraju.
Między innymi 3 lipca Wirtualna Polska informuje, że w Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym im. Ludwika Rydygiera w Toruniu luki w grafikach na SOR-ze mieli wypełniać lekarze, którzy w tym samym czasie dyżurowali na innych oddziałach. To jedna z placówek podległych Piotrowi Całbeckiemu. Lekarze, z którymi wtedy rozmawialiśmy, zarzucali kierownictwu szpitala "patologię". Mówili też o zagrożeniu dla pacjentów. W szpitalu zaczynają się kontrole NFZ, wojewody kujawsko-pomorskiego, Rzecznika Praw Pacjenta i Państwowej Inspekcji Pracy.
Zwołując w połowie lipca naradę z dyrektorami, marszałek chce osobiście sprawdzić, jak radzą sobie z "wypełnianiem swojej misji". - Nie stwierdziliśmy jak dotąd żadnych uchybień, także na SOR-ach. Wszędzie są one prowadzone prawidłowo - mówi po zakończeniu narady.
Do Wirtualnej Polski docierają jednak kolejne niepokojące sygnały. Tym razem z Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego we Włocławku. Z informacji, do których dotarliśmy, wynika, że szpital skupia jak w soczewce największe problemy ochrony zdrowia. Również i tam od pracowników słyszymy, że "patologia drąży ten szpital z każdej strony".
Zobowiązania finansowe, które przekroczyły już 100 mln zł to dopiero początek. Z informacji, do których dotarliśmy wynika, że problemy dotyczą funkcjonowania konkretnych oddziałów, w tym SOR i okulistyki.
Dyżur na telefon
Połowa lipca. Na SOR we Włocławku trafia mężczyzna z opiłkiem w oku. Po wstępnym badaniu zostaje skierowany na oddział okulistyki, ale jest problem - na miejscu nie ma lekarki dyżurnej.
- Pielęgniarz skontaktował się z nią telefonicznie, ale odmówiła przyjazdu do szpitala. Nie wiem, jakie są przyczyny, w głowie mi się nie mieściło, że lekarz może tak zostawić pacjenta. Dlatego złożyłem skargę, nie tylko do szpitala, ale też do NFZ - tłumaczy pacjent.
- Zostałem pozbawiony pomocy medycznej, musiałem czekać całą noc, a oko bolało mnie niewyobrażalnie. Bałem się, że zrobi mi się zakażenie. Szpital z SOR-em powinien zapewnić całodobowy dostęp do okulisty w takich przypadkach - dodaje.
Lekarka miała go przyjąć dopiero następnego dnia w poradni. - Okazało się, że nie byłem jedynym pacjentem w tej sytuacji. W poczekalni siedziała jeszcze jedna pacjentka, która również została odesłana poprzedniego dnia - opisuje nasz rozmówca.
Dr Jakub Wojtaczka, dyrektor ds. lecznictwa w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym potwierdza, że dyżur miała wówczas szefowa okulistyki i przyznaje, że to nie jest jedyna skarga dotycząca tej lekarki.
- Pracuję na stanowisku zastępcy dyrektora ds. lecznictwa od dziewięciu miesięcy. Początkowo nie miałem świadomości, jak wyglądają jej dyżury. Jednak wobec skarg od pacjentów, jakie do mnie trafiały, doszedłem do wniosku, że podczas dyżuru pani doktor nie ma na miejscu, a jest pod telefonem. To nie były incydenty, ale nawet kilka skarg w ciągu miesiąca, dlatego przeprowadziłem wewnętrzny audyt - zaznacza w rozmowie z WP abcZdrowie dr Wojtaczka.
Podkreśla, że informował o tym oficjalnie Dariusza Szczepańskiego, głównego dyrektora, a okulistce wielokrotnie przypominał, że nie wyraża zgody na dyżurowanie pod telefonem.
Dyrektor Szczepański nie zgodził się na rozmowę z nami. W mailu, który dostaliśmy od rzecznika szpitala, czytamy, że "dotychczasowy tryb udzielania świadczeń wynika z zasad konkursu ogłoszonego w 2023 r., który zakładał możliwość dyżurowania w formie gotowości".
Dopiero teraz ma nastąpić zmiana, bo w ogłoszonym obecnie konkursie "wprowadzone zostały obligatoryjne zapisy dotyczące fizycznej obecności lekarza w szpitalu, bez tzw. formy gotowości".
- Zgodnie z aktualnie obowiązującym prawem każdy lekarz, który ma dyżur, powinien dyżurować na miejscu - podkreśla w rozmowie z WP abcZdrowie prof. Marek Rękas, krajowy konsultant w dziedzinie okulistyki.
- Niestety, prawo sobie, a praktyka sobie: na wielu oddziałach w Polsce tak się nie dzieje, mamy fikcję, bo system na to pozwala. Lekarze albo nie chcą dyżurować stacjonarnie, bo nie podobają im się stawki, albo dyżurują za długo, bo jest za mało kadry, by to podzielić, a potem są oskarżani o astronomiczne zarobki - dodaje.
Zwraca jednocześnie uwagę, że to "dyrektorzy pozwalają lub nie na konkretną sytuację w szpitalu".
Co na to NFZ? - Skarga pacjenta (w tym i w ubiegłym roku nie było innych podobnych skarg - red.) jest w trakcie rozpatrywania. Zwróciliśmy się już do dyrekcji po szczegółowe informacje na temat funkcjonowania okulistyki, w tym organizacji dyżurów. W tym momencie nie mogę o niczym przesądzać - mówi nam Barbara Nawrocka, rzeczniczka kujawsko-pomorskiego oddziału NFZ.
Skontaktowaliśmy się także z okulistką. Wyjaśniała, że jest na urlopie za granicą. Obiecała odnieść się do sprawy w ciągu kilku dni.
- Jeśli pacjent wymaga pilnej opieki, bo ma np. uraz oka, a nie ma lekarza na miejscu, to szpital powinien od razu odesłać go na SOR do innego ośrodka. Jeśli problem nie stwarza takiego zagrożenia, powinien otrzymać pomoc w ambulatorium. Co do zasady nie powinien być jednak odsyłany na następny dzień, tylko powinien być przyjęty od razu w ramach pilnej wizyty, bo np. ciało obce w oku może wiązać się z silnym bólem - podkreśla prof. Rękas.
Jego zdaniem konieczne są pilne zmiany w systemie. - Aktualnie działa to na zasadzie, że każdy robi, co chce, a powinna być jasna ścieżka postępowania i odpowiedzialności w takich sytuacjach. Dlatego od lat zabiegam, by wyznaczyć, które konkretnie kliniki zabezpieczają całodobowe dyżury, a które pracują tylko w systemie jednodniowym, nie dyżurując. Wtedy uniknęlibyśmy konfliktów, skarg, roszczeń, przerzucania odpowiedzialności - wyjaśnia konsultant krajowy.
Jak ustaliliśmy, dyżurująca na telefon szefowa okulistyki należy do grona najlepiej zarabiających lekarzy we włocławskim szpitalu. Dotarliśmy do dokumentów, z których wynika, że tylko w kwietniu i maju wystawiała faktury, których kwoty przekraczały 100 tys. zł. Lekarzy, których roczne wynagrodzenia przekraczają milion złotych, jest w tej placówce siedmiu.
Milionowe straty na SOR?
Problemy w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym we Włocławku ma także SOR. W 2025 r. miał blisko 55 tys. przyjęć, najwięcej w województwie. Tymczasem dobowy ryczałt, jaki dostaje z NFZ, jest niższy niż w innych szpitalach w regionie - na poziomie 67,6 tys. zł.
- Dla porównania w Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym w Toruniu było to 68 592,63 zł, a w Szpitalu Wielospecjalistycznym w Inowrocławiu - 75 276,24 zł. Już na pierwszy rzut oka pojawia się więc pytanie, jak to możliwe, że oddział przyjmujący najwięcej pacjentów ma niższe finansowanie - zwraca uwagę w rozmowie z WP abcZdrowie dr n. med. Jakub Nożewski, wojewódzki konsultant w dziedzinie medycyny ratunkowej dla województwa kujawsko-pomorskiego.
Od kwietnia tego roku dr Nożewski kieruje także SOR-em w szpitalu we Włocławku i przyznaje, że wcześniej część wykonywanych tam procedur nie była prawidłowo raportowana do NFZ.
- Nie oznacza to, że ich nie wykonywano. Problem polegał na tym, że nie wszystkie czynności, które mają wpływ na zakwalifikowanie pacjenta do odpowiedniej kategorii rozliczeniowej, były prawidłowo kodowane i przekazywane w sprawozdawczości - wyjaśnia lekarz.
Do najwyższych kategorii rozliczeniowych, które są też najlepiej wyceniane, kwalifikuje się pacjentów w ciężkim stanie m.in. wymagających wentylacji mechanicznej, intensywnego leczenia wstrząsu, opanowania masywnego krwotoku czy zaawansowanego postępowania w ciężkich urazach wielonarządowych.
- Tymczasem z analizy danych SOR-u wynika, że w ciągu czterech wcześniejszych lat wykazano łącznie zaledwie 12 przypadków kategorii VI. Przy liczbie i strukturze pacjentów trafiających do tego oddziału nie mogło to odpowiadać rzeczywistej skali udzielanych świadczeń - podkreśla dr Nożewski.
- Teraz, kiedy zasady sprawozdawania zostały uporządkowane, widać skalę problemu. Tylko w pierwszym półroczu tego roku prawidłowo wykazaliśmy blisko 300 przypadków kategorii VI. Różnica jest tak duża, że w mojej ocenie świadczy o poważnej, wieloletniej nieprawidłowości systemowej w dokumentowaniu, kwalifikowaniu i sprawozdawaniu świadczeń. Nie można tego sprowadzić do pojedynczego błędu technicznego - mówi.
To ma wpływ na ryczałt, jaki dostaje obecnie SOR. - Był on wyliczany na podstawie danych, które nie odzwierciedlały rzeczywistej liczby najcięższych pacjentów ani zakresu wykonywanych procedur. W mojej ocenie finansowanie SOR-u było przez to istotnie zaniżone - zaznacza dr Nożewski.
- Mam nadzieję, że nasze wysiłki związane z uporządkowaniem rozliczeń zostaną uwzględnione przy kolejnej kalkulacji ryczałtu. Nie dzieje się to jednak od razu. Co do zasady NFZ analizuje dane sprawozdawcze z pełnych kolejnych 12 miesięcy - tłumaczy lekarz.
Szef SOR podkreśla, że od początku informował dyrekcję o stwierdzonych nieprawidłowościach, bo uważa, że jest tu konieczny wewnętrzny audyt.
Dodaje, że podobne sytuacje zna również z innych SOR-ów w Polsce, w tym z dużych szpitali warszawskich. Nakładają się na to problemy kadrowe. - Niedobory personelu nie mogą jednak usprawiedliwiać sytuacji, w której dane rozliczeniowe przez lata nie odzwierciedlają rzeczywistej pracy oddziału - ocenia lekarz.
Czy to się przełożyło na konkretne straty dla szpitala? - W ciągu pięciu lat szpital stracił przez nieprawidłowości na SOR ok. 30 mln zł. W tym zakresie również przeprowadziłem audyt, którego wyniki przekazałem głównemu dyrektorowi - mówi dyrektor Jakub Wojtaczka.
Rzecznik szpitala przekazał, że ten materiał jest "bardzo szczegółowo analizowany", ale "weryfikacja, prowadzona obecnie przez pracowników szpitala, wskazuje, że zawarte w materiale dane i wnioski nie znajdują potwierdzenia w rzeczywistości". Nie wyjaśnia jednak, o co konkretnie chodzi.
Rzeczniczka kujawsko-pomorskiego NFZ informuje, że oddział czeka na wyjaśnienia dyrekcji w sprawie rozliczeń dotyczących SOR. - Na oddziale jest prowadzona niezależna od tej sprawy kontrola NFZ, którą rozpoczęliśmy już wcześniej - dodaje.
Trzy miesiące na jednym oddziale
W przypadku Szpitala Południowego najwięcej emocji wzbudził "salonik VIP", czyli specjalne traktowanie polityków i ich rodzin. Podobnie było, gdy mąż byłej marszałek Sejmu Elżbiety Witek ponad dwa lata przebywał na OIOM-ie w Legnicy. Oburzenie wywołał również zabieg poza kolejnością, któremu w szpitalu w Aleksandrowie Kujawskim został poddany członek rodziny senatora Tomasza Lenza, co Wirtualna Polska opisała w kwietniu.
We włocławskim szpitalu wątpliwości naszych rozmówców budzi długotrwała hospitalizacja osoby z rodziny dyrektora Dariusza Szczepańskiego. Jak ustaliliśmy, doszło do niej w 2025 r. - chodziło o trzy miesiące na oddziale otolaryngologii, chirurgii głowy i szyi (z kilkudniowymi przerwami), potem ta osoba została przeniesiona na kolejny miesiąc na oddział medycyny paliatywnej).
- Nie znam szczegółów tej sprawy, nie pracowałem wtedy na stanowisku zastępcy dyrektora ds. lecznictwa. Mogę się jedynie odnieść do standardowej praktyki dotyczącej hospitalizacji na oddziale laryngologicznym. Średnia długość hospitalizacji to dwa dni, a maksymalnie trwa ona tydzień-półtora tygodnia - komentuje dyrektor Jakub Wojtaczka.
Odniósł się do tego także rzecznik szpitala, którego zapytaliśmy, z czego w tym przypadku wynikała tak długa hospitalizacja. Rzecznik wskazał, że w zakresie "zasadności hospitalizacji" decyzje podejmuje kierownik oddziału otolaryngologii, chirurgii głowy i szyi.
Dodał, że ta zasada dotyczy także pozostałych oddziałów w szpitalu. "To kierownicy oddziałów odpowiadają za proces organizacji pracy podległego im oddziału i proces leczenia" - przekazał. Nie odpowiedział natomiast na pytanie, czy szpital może potwierdzić inne przypadki tak długich hospitalizacji.
- Nie będę się do tego odnosić w związku z RODO. Sprawdzamy, ile trwają hospitalizacje na takich oddziałach - komentuje rzeczniczka kujawsko-pomorskiego NFZ.
Zapytaliśmy o to wszystko marszałka Piotra Całbeckiego. Nie znalazł czasu na rozmowę, ale wysłał komentarz mailem.
"Systematycznie analizujemy sytuację Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego we Włocławku, reagujemy na wszelakie nieprawidłowości oraz weryfikujemy informacje, jakie spływają do nas od pacjentów i mieszkańców" - pisze nam Całbecki.
O jakie przypadki chodzi, marszałek nie precyzuje. Dodaje, że czeka na wyjaśnienia od dyrekcji szpitala oraz wyniki kontroli, którą na szpitalnym oddziale ratunkowym prowadzi NFZ.
"Zdajemy sobie sprawę z sytuacji finansowej włocławskiej lecznicy. Pracujemy nad ustabilizowaniem sytuacji placówki pod względem finansowym" - dodaje.
Korzyści polityka ważniejsze od pacjenta
Gdy na początku lipca opisywaliśmy sytuację w Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym im. Ludwika Rydygiera w Toruniu, wskazywaliśmy na powiązania polityczne i rodzinne. Naczelnym lekarzem szpitala jest tam wybitny chirurg prof. Marek Jackowski, prywatnie to teść marszałka.
Sylwia Sobczak, od 2013 r. dyrektor toruńskiego szpitala, była wcześniej zastępcą dyrektora Departamentu Edukacji i Sportu Urzędu Marszałkowskiego Województwa Kujawsko-Pomorskiego w Toruniu, czyli podwładną Piotra Całbeckiego.
Wojewoda kujawsko-pomorski Michał Sztybel (Koalicja Obywatelska), którego urzędnicy prowadzą kontrolę, był wcześniej wiceprezydentem Bydgoszczy. Z kolei Agnieszka Bańkowska, uznana ekspertka w dziedzinie ochrony zdrowia, obecna szefowa kujawsko-pomorskiego oddziału NFZ, kierowała Biurem ds. Zdrowia i Polityki Społecznej Urzędu Miasta Bydgoszczy.
- Marszałek, wojewoda i prezydent Torunia są z jednej partii. Dlatego konieczna jest całkowicie niezależna od lokalnych władz kontrola, z zewnątrz, na wyższym szczeblu. Liczymy, że zajmie się tym Ministerstwo Zdrowia - podkreślał jeden z rozmówców Wirtualnej Polski.
Podobne zależności widać we Włocławku. Dyrektor Dariusz Szczepański, który kieruje szpitalem od czerwca 2024 r., jest prywatnie mężem Ewy Szczepańskiej, przewodniczącej Rady Miasta Włocławek (KO). Z kolei na czele rady społecznej szpitala, która jest "organem doradczym dyrektora", a jej skład można znaleźć na oficjalnej stronie placówki, stoi włocławska radna Domicela Kopaczewska (KO). Wcześniej była m.in. posłanką, a także kierowała Departamentem Edukacji w Urzędzie Marszałkowskim (była więc podwładną marszałka Piotra Całbeckiego).
- Trudno mówić o skutecznym, jakościowym zarządzaniu szpitalem czy jego nadzorowaniu, jeśli w grę wchodzi polityka. Dla osób, które aktywnie działają w lokalnej polityce lub są z nią powiązane, ważniejsze są często korzyści polityczne od faktycznego dobra lokalnej społeczności. W polskich realiach jest to niestety na porządku dziennym - komentuje dr hab. Małgorzata Gałązka-Sobotka, rektor Uczelni Łazarskiego, ekspertka w dziedzinie ochrony zdrowia.
W rezultacie "mamy dziesiątki różnych polityk" w samorządach i nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że one często odstają od rzeczywistych potrzeb.
- Chodzi o to, by utrzymać korzystne dla lokalnej władzy status quo. Trzeba więc przekonać lokalną społeczność, że to, co się robi, robi się dla jej dobra. Dlatego lokalni politycy upatrzyli sobie ochronę zdrowia, szpitale, bo tu łatwo grać na emocjach. To już nawet pewnego rodzaju maniera, by pokazać, ile robimy dla ochrony zdrowia - zwraca uwagę ekspertka.
I punktuje: - Jeśli się temu jednak przyjrzeć, często nie są to działania w najlepiej pojętym interesie publicznym, poparte merytorycznymi argumentami, rzetelnymi danymi. Pieniądze idą np. na utrzymywanie nieopłacalnych oddziałów czy zakup drogiego sprzętu, który potem stoi nieużywany. Tymczasem może być realny problem np. z dostępem do opieki neurologicznej, paliatywnej, hospicyjnej, leczenia ran przewlekłych - podkreśla.
- Dla polityków nie brzmi to jednak spektakularnie, dlatego często wybierają "wizerunkową" inwestycję dla samej inwestycji, a nie faktycznej korzyści pacjenta - ocenia dr hab. Gałązka-Sobotka.
- Ryzyko nieprawidłowości, nepotyzmu występuje tam, gdzie w grę wchodzą korzyści polityczne i majątkowe. Ochrona zdrowia to ogromne budżety, więc tym bardziej procedura powoływania zarządzających wymaga stałego nadzoru - komentuje dr hab. Monika Raulinajtys-Grzybek, prof. SGH, kierowniczka Think Tanku #SGH dla ochrony zdrowia.
- Jeśli na stanowisko dyrektora placówki publicznej trafia osoba z nadania, problem leży w nieskutecznym nadzorze, ale również procedurach, które pozwalają, by w konkursie została wybrana osoba, która nie ma do tego odpowiednich kompetencji - dodaje.
Zauważa, że w Polsce jest sporo dobrych praktyk dotyczących nadzoru właścicielskiego, ale by to skutecznie realizować, pracownicy jednostek samorządu muszą mieć odpowiednie kompetencje.
- Moje doświadczenia z realizacji projektu szkoleniowego w SGH pokazują, że znacznie większa chęć udziału w szkoleniach merytorycznych była ze strony pracowników podmiotów leczniczych niż organów tworzących - przyznaje.
"Zamiatanie pod dywan"
- Politycy, samorządowcy czy też osoby, które mianowane są np. na dyrektorów szpitali, często nie mają wystarczającej wiedzy o systemie ochrony zdrowia, nie rozumieją go, co może wynikać z braku kwalifikacji, ale też przekonania, że to jest potrzebne. Ważne, żeby wszystko dobrze wyglądało PR-owo, merytoryka ma drugorzędne znaczenie - zauważa dr hab. Gałązka-Sobotka.
- Dlatego tak powszechne jest zarządzanie poprzez przysłowiowe zamiatanie problemów pod dywan. Jeśli wyjdzie, że u mnie jest gorzej, to stracę dofinansowanie, spadnie mi poparcie, czyli stracę kapitał polityczny - dodaje ekspertka.
Podkreśla, że brakuje przejrzystości, a politycy podejmują decyzje oparte bardzo często na subiektywnych argumentach, z których nikt ich nie rozlicza.
- Podstawowe dane o jakości świadczeń w konkretnej placówce powinny być dostępne na stronie każdego szpitala. To powinien być ustawowy obowiązek. Tak to działa w Skandynawii, a w USA idzie jeszcze dalej, bo z jakości rozliczany jest każdy lekarz - zwraca uwagę dr hab. Gałązka-Sobotka.
- Im większa przejrzystość dla obywatela, tym mniejszy wpływ polityki. Jeśli pacjent miałby czarno na białym, jak działa konkretny szpital, polityk nie byłby w stanie go obronić - podkreśla.
Zmian wymagają też warunki konkursowe dla kandydatów na dyrektorów szpitali publicznych.
- Ustawa dziś nie wymaga doświadczenia w zarządzaniu placówką ochrony zdrowia, choć przecież to bardzo specyficzna branża. Wymóg bardziej specjalistycznych kompetencji, a także obligatoryjna ścieżka ich rozwoju, mogłyby zadziałać dwutorowo: pozwoliłyby wyłonić najlepiej wykwalifikowanych menedżerów i stanowiłyby barierę dla kandydatów, którzy startują "po linii politycznej" - wyjaśnia dr hab. Raulinajtys-Grzybek.
- Ciekawe rozwiązania ma Francja, gdzie dyrektorzy co do zasady nie są zatrudniani przez szpital, lecz należą do centralnie zarządzanego korpusu służby publicznej. Przechodzą konkurs na etapie naboru i późniejsze obligatoryjne szkolenie w dedykowanej instytucji.
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.