Sygnaliści chronieni na papierze
Warszawscy radni podczas czwartkowej sesji Rady Miasta zajmują się sprawą nieprawidłowości w Szpitalu Południowym. Dyskusja dotyczy okoliczności zatrudnienia osób na kierowniczych stanowiskach, nadzoru nad placówką oraz propozycji powołania komisji, która ma zbadać całą sprawę. W trakcie obrad do sytuacji odniósł się również radny Lewicy Jan Mencwel, który ocenił, że problemy ujawnione w szpitalu pokazują szerszy problem funkcjonowania warszawskiego samorządu.
Zdaniem lewicowego radnego, choć w Polsce obowiązują przepisy dotyczące ochrony sygnalistów, to w realiach warszawskiego samorządu pozostają one jedynie na papierze. - Patrząc na to, jak wygląda sytuacja sygnalistów w warszawskim samorządzie, no to można powiedzieć, że sygnalista właściwie ryzykuje utratę pracy - ocenia Jan Mencwel (Lewica).
Jako przykład radny podaje sprawę z Zarządu Dróg Miejskich, gdzie pracownik, który poinformował prezydenta o nieprawidłowościach, został zwolniony. - Osoba, która ubiegała się o taki status i otrzymała ten status od prezydenta, została dwa miesiące później zwolniona z pracy w Zarządzie Dróg Miejskich - stwierdza radny i działacz miejski.
- Widać, że w Warszawie ta procedura sygnalistów bardzo kuleje, a wręcz po prostu nie działa - dodaje. Według Mencwela w stolicy blokowana jest możliwość ujawniania informacji i być może po prostu łamane jest prawo.
"Polityczne łupy" w Szpitalu Południowym
Zdaniem radnego ten sam mechanizm braku realnej kontroli zadziałał w przypadku afery w Szpitalu Południowym. U podłoża problemów placówki leży obsadzanie stanowisk z klucza partyjnego. - To, co pokazuje afera ze Szpitalem Południowym, to przede wszystkim to, że polityczne łupy, jakimi padają rady nadzorcze, kończą się po prostu aferami i nieprawidłowościami - mówi Mencwel.
Radny wskazuje, że rada nadzorcza szpitala była zdominowana przez polityków Koalicji Obywatelskiej, którzy mieli kontrolować swoich własnych kolegów. - To nie miało szans zadziałać i nie zadziałało, bo przez rok były nieprawidłowości, Dawid Krawczyk bez jakichkolwiek kompetencji kierował szpitalnym oddziałem ratunkowym i nikt nie wpadł na to, że trzeba jakoś to skontrolować. Kolegów z partii nie będą skutecznie kontrolowali koledzy z partii, a taki jest dzisiaj standard w warszawskim samorządzie - punktuje lewicowy radny.
Opozycja powinna mieć większość w komisji rewizyjnej
Mencwel jednoznacznie popiera postulat zgłoszony przez radnych PiS, aby to opozycja miała większość w komisji rewizyjnej badającej sprawę nieprawidłowości w Szpitalu Południowym. Obecny podział mandatów, w którym koalicja rządząca kontroluje samą siebie, uważa za błąd.
- To jest od początku absurd, że tę sprawę kieruje się do komisji rewizyjnej Rady Warszawy, tylko że tam też większość stanowią działacze Koalicji Obywatelskiej. Nie może być tak, że powierzamy kolegom z partii kontrolowanie innych kolegów z partii i oczekujemy, że to będzie rzetelna kontrola. To musi być niezależne - podsumowuje Jan Mencwel.
Afera wokół Szpitala Południowego wybuchła po medialnych publikacjach dotyczących lekarza Dawida Kacprzyka, byłego radnego KO z Ursusa, który pełnił funkcję koordynatora Szpitalnego Oddziału Ratunkowego. Kontrowersje wzbudziły jego wysokie wynagrodzenie, liczba przepracowanych godzin, sposób zatrudnienia oraz zarzuty dotyczące organizacji pracy oddziału. W związku ze sprawą ratusz zlecił audyt, szpital złożył zawiadomienie do prokuratury, a podczas sesji Rady Warszawy radni dyskutują nad okolicznościami nieprawidłowości i sposobem ich wyjaśnienia.
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.