W USA zakazane, u nas legalne. "Wszystko rozbija się o dawkę"

Są w napojach, słodyczach, a nawet w lekach. Choć niektóre dodatki do żywności budzą ogromne kontrowersje, na terenie Unii Europejskiej wciąż są w pełni legalne. W USA czy Japonii dawno trafiły na czarną listę. – Różnice wynikają przede wszystkim z odmiennych regulacji prawnych – tłumaczy dr Anna Kościej, technolog żywności i dietetyk.

Dodatki do żywności mogą szkodzić (na zdj. Kamil Paprotny i Kościej)Dodatki do żywności mogą szkodzić (na zdj. Kamil Paprotny i Anna Kościej)
Źródło zdjęć: © Facebook, Getty
Anna Klimczyk

Dodatki do żywności na cenzurowanym

Dodatki do żywności to temat, który rozpala do czerwoności nie tylko konsumentów, ale i naukowców. Z raportu Najwyższej Izby Kontroli wynika, że przeciętny Polak zjada rocznie 2 kg dodatków do żywności, takich jak konserwanty, przeciwutleniacze, słodziki, emulgatory, wzmacniacze smaku czy sztuczne barwniki. Co więcej, niektóre z nich są powszechnie dostępne w Polsce, a w innych zakątkach świata są kategorycznie zakazane. Jednym z takich przykładów jest benzoesan sodu. Znajdziemy go np. w napojach gazowanych, sokach oraz w marynatach.

– Benzoesan sodu, u nas oznaczany jako E211, jest stosowany głównie jako środek konserwujący. Co ciekawe, w USA również jest dozwolony, ale podlega innym przepisom. Różnice wynikają przede wszystkim z odmiennych regulacji prawnych. W UE funkcjonuje tzw. system listy pozytywnej. Oznacza to, że dany dodatek może być wykorzystany wyłącznie wtedy, kiedy zostanie oficjalnie autoryzowany i wpisany na listę unijną wraz z precyzyjnymi warunkami stosowania. Nadzór nad tym sprawuje Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA) – tłumaczy w rozmowie z WP abcZdrowie dr Anna Kościej, technolog żywności i dietetyk.

– Amerykanie mają system GRAS (Generally Recognized as Safe). Jeśli grupa ekspertów uzna, że substancja w konkretnych warunkach jest bezpieczna, nie podlega ona standardowej, rygorystycznej procedurze wpisywania na rządowe listy. Np. w Stanach Zjednoczonych przepisy bardzo mocno monitorują i ograniczają łączenie benzoesanu sodu z witaminą C, czyli kwasem askorbinowym – mówi ekspertka.

Powód? W obecności kwasu askorbinowego z benzoesanu sodu może wydzielać się benzen, który jest substancją o udowodnionym działaniu rakotwórczym. Warto o tym pamiętać, czytając etykiety kolorowych napojów. Kolejnym dodatkiem, który budzi wątpliwości, jest żółcień chinolinowa (E104). W Europie legalna, w USA i Japonii – zakazana w produktach spożywczych.

– Tu znowu decydują procedury. Trzeba jednak przyznać, że unijne przepisy i tak mocno zaostrzono. Żółcień chinolinowa należy do tzw. grupy z Southampton. To barwniki, które w przypadku zastosowania w żywności wymagają specjalnego ostrzeżenia na etykiecie. Musi tam widnieć informacja, że dodatek może mieć szkodliwy wpływ na aktywność i skupienie uwagi u dzieci. W USA E104 dopuszcza się jedynie w niektórych kosmetykach i produktach leczniczych. W Europie z kolei ustalono limit bezpiecznego dziennego spożycia na poziomie 0,5 mg na kilogram masy ciała. Niestety bardzo łatwo przekroczyć ten limit, zwłaszcza w przypadku dzieci. Mówimy o żywności wysoko przetworzonej – żelkach czy kolorowych napojach. To produkty, po które najmłodsi sięgają najchętniej – mówi dr Kościej.

– U dorosłych wszystko rozbija się o dawkę. Jeśli jej nie przekraczamy, nie powinno być negatywnych skutków. Problem polega na tym, że ludzie najczęściej nie kontrolują, ile zjadają produktów, które zawierają żółcień chinolinową i przekraczają tę normę – dodaje dietetyk kliniczny Kamil Paprotny.

Mogą nasilać astmę, powodować nadpobudliwość. Toksyczne barwniki

Barwnikiem z grupy z Southampton (to barwniki, które uznano za substancje, które mogą negatywnie wpływać na zdrowie i rozwój dzieci) jest także żółcień pomarańczowa (E110). Została zakazana między innymi w Norwegii i Finlandii. Znajdziemy ją między innymi w słodyczach, galaretkach, cukierkach, napojach, które udają naturalne soki owocowe i lekach.

– W dużych ilościach żółcień pomarańczowa może nasilać reakcje alergiczne, wywoływać wysypki czy katar sienny. Może powodować także np. stany nadpobudliwości. Kolejnym dodatkiem, który budzi kontrowersje, jest dwutlenek tytanu. Wprawdzie został zakazany w żywności w UE z powodu poważnych obaw o jego genotoksyczność, ale wciąż dopuszcza się go w lekach – jako substancję pomocniczą w tabletkach powlekanych czy kapsułkach. Tutaj należy podkreślić, że mamy sytuację odwrotną niż w poprzednich przykładach, bo UE zakazuje, a w USA nadal się uważa, że limit do 1 proc. jest bezpieczny – wyjaśnia dr Kościej.

W Europie jest legalny, choć z ograniczeniami, a w USA został całkowicie wycofany także amarant (E123). Powodem były podejrzenia o działanie rakotwórcze.

– Amerykańscy badacze nie byli w stanie jednoznacznie wykazać, że jest on w pełni bezpieczny. Wskazywali na jego negatywny wpływ na układ pokarmowy, nasilanie objawów astmy i reakcji alergicznych. W Europie jego stosowanie jest bardzo mocno ograniczone. Pojawia się jeszcze w niektórych winach owocowych czy galaretkach w proszku, choć sami producenci coraz częściej szukają zdrowszych zamienników, by nie musieć umieszczać ostrzeżeń na opakowaniach – podkreśla dr Kościej.

Groźne tłuszcze trans

Warto pamiętać także o niesławnych tłuszczach trans. Wiemy, że niszczą serce i naczynia krwionośne. Dania jako pierwsza na świecie wprowadziła ich ustawowe ograniczenie, dziś w całej UE obowiązuje limit do 2 gramów na 100 gramów tłuszczu.

– Zasada jest prosta: im mniej ich w diecie, tym lepiej, a ideałem byłoby okrągłe zero. Kiedy myślimy o tłuszczach trans, przed oczami stają nam zwykle kupne ciasta, ciasteczka, chipsy czy fast foody. Zapominamy jednak o ich naturalnym źródle. Tłuszcze trans występują także w produktach odzwierzęcych i nabiale. Doskonałym przykładem jest masło, w którym – zależnie od źródła i badań – izomery trans stanowią od 2 do nawet 6 proc. składu. Bez względu na to, czy tłuszcze trans powstały w fabryce w procesie utwardzania olejów, czy występują naturalnie w produktach mlecznych, w naszym organizmie działają dokładnie tak samo destrukcyjnie – wyjaśnia Paprotny.

– To jeden z głównych czynników, który drastycznie obniża stężenie "dobrego" cholesterolu (HDL) i jednocześnie podnosi poziom "złego" (LDL). Prowadzi to do rozwoju miażdżycy i groźnych chorób sercowo-naczyniowych. Przyczynia się także do rozwoju cukrzycy typu 2 oraz stłuszczenia wątroby – wylicza ekspert.

– Jak konsument może się przed nimi obronić w sklepie? Warto dokładnie czytać skład. Choć oznaczenia na etykietach wciąż nie są idealne, kluczem jest szukanie zapisu o zawartości "częściowo utwardzonych" lub "częściowo uwodornionych" olejów roślinnych. Jeśli widzimy takie sformułowanie, mamy pewność, że w produkcie znajdują się szkodliwe tłuszcze trans. Wtedy dla naszego zdrowia nie wkładamy go do koszyka – podsumowuje dr Kościej.

Światowa Organizacja Zdrowia rekomenduje, aby tłuszcze trans dostarczały mniej niż 1 proc. dziennej energii z pożywienia.

Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.

Wybrane dla Ciebie