Burza po słowach MZ. "Radość w tej sytuacji jest mocno przesadzona"
Wypowiedź ministry zdrowia Jolanty Sobierańskiej-Grendy dotycząca zasilenia ochrony zdrowia środkami z KPO, a konkretniej – radości ludzi w związku z tą sytuacją – wzbudziła duże kontrowersje w przestrzeni medialnej. – Wydaje się, że często wielu decydentów nie rozumie problemów pogubionego w systemie i przerażonego całą tą dyskusją pacjenta – komentuje Anna Gołębicka.
"Widzę, jak się ludzie cieszą"
Od miesięcy w polskiej służbie zdrowia narastają niepokoje związane z dramatyczną sytuacją finansową placówek medycznych i potężnym deficytem NFZ. Coraz więcej szpitali alarmuje o problemach z finansowaniem świadczeń i ogranicza wykonywanie części badań oraz zabiegów.
W przeprowadzonym jesienią 2025 r. badaniu CBOS "Opinie na temat funkcjonowania systemu opieki zdrowotnej" okazało się, że aż 70 proc. badanych negatywnie ocenia publiczną ochronę zdrowia w Polsce. Najgorzej oceniane są: dostępność specjalistów (82 proc. ocen negatywnych), niedobór personelu w szpitalach (65 proc.) czy dostępność badań diagnostycznych (60 proc.).
Na tle obecnego chaosu i niezadowolenia słowa ministry Jolanty Sobierańskiej-Grendy, wypowiedziane w trakcie programu Polsat News "Graffiti", mogą zaskakiwać.
- Dużo rzeczy się dzieje, są też środki z KPO, które myślę, że dla wszystkich pacjentów (trafią – przyp. red.) już niebawem, a jeżdżę po kraju i widzę, jak się ludzie cieszą i w podmiotach z tego, że 18 miliardów przynosi realne już korzyści, a zakup sprzętu, inwestycje, to łącznie 36 miliardów – powiedziała.
Pytana przez prowadzającego program, Marcina Fijołka, czy widzi "nie tylko tych, którzy się cieszą" i komu, jej zdaniem, jest lepiej, "tym, którzy dowiadują się, że ich badania albo zabiegi są odwoływane, czy tych, którzy dowiadują się, że zamykane są porodówki?", ministra odparła, że sytuacja jest różna w zależności od położenia szpitali.
- Oczywiście jeżdżąc po kraju jestem i w szpitalach powiatowych i w szpitalach klinicznych, ponieważ mamy tak duży stopień własności szpitali, że faktycznie tutaj w zależności od tego, gdzie też geograficznie i historycznie szpital jest położony, ta sytuacja jest diametralnie różna – podkreśliła.
Wypowiedzi ministry wywołały burzę w mediach. Krytycznie do jej słów odnieśli się politycy. "Żenada" - napisał Michał Wójcik z PiS, "To jest jakiś perwersyjny eksperyment społeczny?" – skomentował lider partii Razem Adrian Zandberg.
Pytana o komentarz do wywiadu udzielonego w programie Polsatu ministra powtórzyła kilka godzin później podczas konferencji dot. "Lex Szarlatan" komentarz o pozytywach obecnego systemu, w tym kupowaniu nowych sprzętów i inwestycjach.
Przesadzona radość
Czy Polacy faktycznie mają powody do radości? Anna Gołębicka, ekonomistka, strateżka zarządzania i komunikacji, specjalizująca się m.in. w analizie mechanizmów rynkowych, zachowań społecznych i systemu ochrony zdrowia, ma co do tego duże wątpliwości. Zwraca jednak uwagę, że wypowiedź ministry dotyczy jedynie części zainteresowanych.
- Radość pani ministry w tej sytuacji jest mocno przesadzona, ale trzeba pamiętać o kontekście. Te słowa dotyczyły sytuacji osób, które dostały środki z KPO. Te osoby rzeczywiście mogą się cieszyć. Ja jednak także jeżdżę po Polsce, rozmawiam z samorządowcami, lekarzami, pacjentami, i z mojego punktu widzenia mogę powiedzieć: uczucie radości jest udziałem nielicznych. Zwykle ci, których spotykam, się nie cieszą i to jest czasem mało powiedziane – podkreśla w rozmowie z WP abcZdrowie.
- My w ochronie zdrowia w Polsce, szczególnie tej powiatowej, żyjemy w świecie pewnego rodzaju chaosu. Każdy działa, jak uważa, co nie znaczy, że ma złe intencje. Szpitale powiatowe są pozostawione same sobie. Głównym wyzwaniem jest to, aby je utrzymać. Mniejsze znaczenie ma, że szpital ma obłożenie na przykład jedyne 50 proc i brak powiązania z niższymi i wyższymi szczeblami systemu. Nie wiadomo, jaką on ma pełnić rolę w systemie ochrony zdrowia w takim pełniejszym obrazku. Potem rozmawiam np. w Lublinie z dyrektorami największych szpitali klinicznych, gdzie oczywiście jest lepiej, ale też nikt się nie cieszy, bo są inne wyzwania. Tam problem polega na tym, że naprawia się samolot w locie i cały czas zmienia się zasady gry w trakcie. Na koniec to Polaków trzeba zapytać, czy się cieszą, czy wręcz przeciwnie – dodaje.
Ekspertka zwraca uwagę na to, co może wydarzyć się w niedalekiej przyszłości.
- Trzeba sobie zadać pytanie, czy będziemy się cieszyć za rok, czy na przykład te wszystkie kupione w KPO sprzęty będą mogły być zakontraktowane przez NFZ, czy będą stały bezczynnie. Mieć na przykład tomograf to jest jedna rzecz, a mieć kontrakt na ten tomograf z NFZ-u to jest druga rzecz… KPO to ogromne wsparcie, ale w zdrowiu powinniśmy myśleć strategicznie, jak poprawi to na dłużej dostępność, jakość, zdrowie Polaków, a nie sytuację jednej placówki – mówi.
Z kolei Wojciech Wiśniewski, członek Trójstronnego Zespołu ds. Ochrony Zdrowia, zwraca uwagę na trudną obecnie sytuację najbardziej zainteresowanych: pacjentów.
- Dostępność do ochrony zdrowia w Polsce spada z kwartału na kwartał – mówi w rozmowie z WP abcZdrowie. – Osoby, które doświadczają tej niesprawności systemu są w bardzo trudnej sytuacji. W jeszcze gorszej są ci, którzy wobec zmniejszenia dostępności nie mogą zabezpieczyć swoich potrzeb ze środków prywatnych. Oni na pewno nie będą się cieszyć.
- Skala tego kryzysu jest olbrzymia, może prowadzić do skutków, które będą nieodwracalne. Mnie martwi jeszcze bardziej to, że ten kryzys z roku na rok będzie narastać. Prawdą jest, że dokonaliśmy gigantycznego skoku, jeżeli chodzi o infrastrukturę czy sprzęt. Tylko pytanie, czy ważniejsza z punktu widzenia systemu ochrony zdrowia jest infrastruktura, czy faktyczny dostęp do diagnostyki i leczenia? Może być prawdą to, że gdzieniegdzie ludzie cieszą się z pewnego postępu, natomiast publiczny system ochrony zdrowia ma to do siebie, że musi być powszechnie dostępny. A nie widzimy żadnej walki z przyczynami tego stanu rzeczy – podkreśla.
- Podejrzewam, że jeżeli po kolejnych wyborach parlamentarnych nie dojdzie do gruntownej reformy systemu ochrony zdrowia, to niestety w przeciągu 24 do 36 miesięcy z tego systemu nie pozostanie zbyt wiele. Mam nadzieję, że ochroną zdrowia zajmie się premier, bo to jest kwestia decyzji na najwyższym poziomie politycznym, żeby zmienić sposób finansowania ochrony zdrowia, dokonać zmian organizacyjnych. Jeżeli będziemy tak trwać, to przegramy, a w zasadzie przegra te kilka milionów pacjentów, którzy czekają na uzyskanie opieki w publicznym systemie ochrony zdrowia, bo jego prywatyzacja przestaje być jakimś hasłem czy sloganem politycznym. Obecnie na przykład dochodzi w Polsce do masowej akcji skupowania gabinetów lekarzy rodzinnych, co może doprowadzić do nieodwracalnych, katastrofalnych skutków dla systemu – dodaje.
Ekspert zauważa też, że zdecydowano się obniżyć ceny paliw, choć koszt programu – półtora miliarda złotych miesięcznie – to "dokładnie ta kwota, która jest potrzebna, żeby system ochrony zdrowia się nie załamał".
- Pytanie, co jest ważniejsze dla Polaków. Jeśli komuś wyszło z badań, że jednak obniżka cen paliw o kilkadziesiąt groszy na litrze, to być może po prostu trzeba zamykać ten kram, pożegnać się z tym, że średnia długość życia rośnie i że Polacy są coraz zdrowsi. Być może chcemy systemu amerykańskiego, gdzie ludzie żyją dłużej, są gigantyczne nierówności w zdrowiu, ludzie umierają na ulicach. Nie doceniamy tego, że mamy system publiczny, który ma szansę być powszechnie dostępny. Jeżeli nie powstrzymamy jego degradacji, prędzej czy później będziemy mieli dokładnie to samo – podsumowuje.
Decydenci nie rozumieją problemów pacjentów?
Po słowach ministry Sobierańskiej-Grendy nasuwa się pytanie: jak dogłębnie szefowa Ministerstwa Zdrowia zna obecną sytuację pacjentów? Gołębicka sugeruje, że być może w resorcie przydałaby się inna perspektywa.
- Cieszą się ci, co dostali, ale globalny obrazek jest taki, że uczestnicy rynku nie naprawiają radością i może trzeba wyjść wreszcie ze swojego pudełka i zobaczyć, jak świat wygląda. Marii Antoninie przypisuje się słynne zdanie "Nie mają chleba? Niech jedzą ciastka", które idealnie tu pasuje – wydaje się, że często wielu decydentów nie rozumie problemów pogubionego w systemie i przerażonego całą tą dyskusją pacjenta – zauważa.
- Pani minister pojawia się w takich miejscach i widzi je z perspektywy, którą warto się pochwalić, a niekoniecznie w tych miejscach i perspektywie, którą ma pacjent. Nie od dziś jak przyjeżdżał gdzieś minister, to malowało się trawę na zielono i pokazywało to, co ładnie wygląda. W epoce słusznie minionej mieliśmy to opanowane do perfekcji. Są takie bajki o dobrych królach ze średniowiecza, które mówią o tym, że zakładali kaptur, brali gorszego konia i jechali zobaczyć, co się dzieje u poddanych. Może pani minister też powinna tak zrobić. Z tej perspektywy widać lepiej niż z czerwonego dywanu – podsumowuje.
Źródła:
- Polsat News,
- CBOS
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.