Grzegorz Dziedzic nie pije od ponad 20 lat. "Całe moje życie to był alkohol"
Mieszkający w Chicago psychoterapeuta, terapeuta uzależnień i pisarz Grzegorz Dziedzic przez lata był uzależniony od alkoholu. W rozmowie z WP abcZdrowie wyjaśnia, dlaczego "nie miał szansy nie zostać alkoholikiem" i co zrobić, by wyjść z niszczącego nałogu.
Marta Słupska, dziennikarka Wirtualnej Polski: Pana książka, "Niech Ja będzie z Tobą. Przewodnik po dojrzałej trzeźwości", zaczyna się od zdania, że nie pije pan od 7316 dni, czyli od 20 lat i 11 dni. Konkretna liczba. Tak dokładnie pan pamięta, ile minęło czasu?
Grzegorz Dziedzic, psychoterapeuta, terapeuta uzależnień i pisarz: Nie, nie liczę tego. Sięgnąłem po kalkulator trzeźwości. To taka konwencja trzeźwościowa.
Czyli inni byli alkoholicy też go stosują? Po co?
Myślę, że niektórzy potrzebują tego wyliczenia. Celebrowanie rocznic trzeźwości jest ważne szczególnie na początku. Niektórzy dostają nawet medale. Dla wielu ta data jest jak drugie narodziny – do drugiego, trzeźwego życia.
Jaka jest zatem pana data?
21 października 2004 roku.
To był trudny dzień?
Pamiętam go trochę przez mgłę. Miałem w sobie bardzo dużo lęku: czy się uda, jak teraz będę żył.
Która to była próba?
Już nawet nie pamiętam. 10? 15?
Wszystkie nieudane. To dlaczego tym razem się udało?
Bo miałem inną motywację. Dowiedziałem się, że zostanę ojcem. Najpierw przestałem pić latem. Wytrzymałem trzy miesiące. Tylko, bo wydawało mi się, że dam radę sam: nie poszedłem na żadną terapię, tak naprawdę niczego w swoim życiu specjalnie nie zmieniłem, dalej spotykałem się ze znajomymi, którzy pili.
W październiku, gdy na dobre odstawił pan alkohol, ktoś panu pomógł?
Podszedłem do tego ze zdrową pokorą. Miałem dość po ostatnim zapiciu. Stwierdziłem, że skoro moje sposoby zawiodły, to nie będę ich więcej stosował, bo trudno robić to samo i spodziewać się innych rezultatów. I pojechałem na detoks. To był pierwszy krok. Drugim była terapia.
Czyli był plan.
Tak, choć napawał mnie lękiem. Ale byłem zdeterminowany.
Jak się udało? Co pomogło?
Wychodzenie z alkoholizmu tak naprawdę jest proste – o ile przestrzega się zasad i reguł, o których najczęściej dowiadujemy się podczas terapii albo na grupie wsparcia. Najprostszą metodą jest unikanie wyzwalaczy, czyli miejsc, ludzi i sytuacji, które do tej pory wiązały się z piciem: kolegów od kieliszka, sklepów z alkoholem, ogródków piwnych.
Z książki wiem, że ważny jest też program HALT.
Tak. Stosuję go do dziś. To akronim od słów hungry (głodny), angry (zły), lonely (samotny) i tired (zmęczony). Prewencja, która pomaga wytrwać w trzeźwości. Czyli jeżeli jestem zmęczony, zły, sam i głodny, to może się zdarzyć, że sięgnę po alkohol. Gdy zrobię sobie taką ewaluację, mogę zareagować: zjeść coś, uspokoić się, porozmawiać z kimś, odpocząć.
Na początku trzeźwości, jeśli odczuwamy jeden z tych stanów, nic się nie wydarzy. Ale jeśli jest ich dwa, trzy czy cztery naraz, robi się groźnie.
Jakich wyzwalaczy musiał pan nauczyć się unikać w drodze do trzeźwości?
Ja się rzadko upijałem, ale piłem codziennie – niewielkie ilości, żeby od rana do wieczora utrzymywać poziom alkoholu we krwi. Piłem więc i sam, i z kolegami, i w pracy, i po niej, po prostu wszędzie. Całe moje życie to był alkohol.
Kiedy odstawiłem, uciąłem kontakt z kolegami, z którymi łączyło mnie tylko picie. Przestałem chodzić do sklepów, w których był alkohol. Przez pierwsze dwa lata nie chodziłem na żadne imprezy i uroczystości, gdzie mógłby być dostępny.
Życie osoby wychodzącej z uzależnienia to są odpowiedzialne wybory. Nikt za mnie nie będzie unikał wyzwalaczy i robił rzeczy, które mogą się wydawać absurdalne, ale takie nie są, np. można iść na obiad do restauracji, ale usiąść tak, by nie widzieć baru. To są drobiazgi, z których składa się codzienność. Dlatego mi się udało.
Pamięta pan jakąś najtrudniejszą pokusę?
Nie było ich wiele, ale pamiętam spotkanie ze ścianą: moment, w którym regulują się podstawowe neuroprzekaźniki w mózgu. Po trzech-czterech miesiącach od odstawienia alkoholu ich poziom spada do poziomu osoby zdrowej. Subiektywne odczucie uzależnionego jest takie, jakby dostał siekierą w głowę: ma spadek nastroju, odczuwa lęk, napięcie. Wiele osób, które wchodzą w ten stan bez przygotowania, nie wytrzymuje i wraca do alkoholu jako znanego sobie regulatora. To można przetrwać, tylko trzeba wiedzieć jak.
Jak zatem?
Trzeba dać sobie czas. Powiedzieć: nie pojadę do sklepu po piwo od razu, tylko za pięć minut, choćbym miał tu umrzeć. Zjeść coś wysokoenergetycznego, wypić dużo wody, zadzwonić do kogoś bliskiego, kto wzmocni nas w tej decyzji. Po pięciu minutach można dać sobie kolejnych pięć. I to zwykle wystarcza.
A pamięta pan swoje pierwsze piwo?
Jasne – miałem 15 lat, piliśmy z kolegami jedno na trzech wieczorem za trzepakiem. Było zimne i niedobre. Ale wtedy z kolegami czuliśmy, że przechodzimy pewien rytuał – ze świata dzieci do dorosłych.
W kolejnych latach okazji do picia było sporo: spotkania, ogniska, osiemnastki. Właśnie wtedy zacząłem pić coraz więcej. To było picie radosne, towarzyskie. Koledzy też pili, ale ja z reguły piłem trochę więcej, a przede wszystkim zawsze byłem na to gotowy – kiedy koledzy na drugi dzień zwalczali kaca, ja chciałem powtórki.
Wynotowałam z książki mocne zdanie: "nie miałem szansy nie zostać alkoholikiem".
Fakt, jest mocne. Dla niektórych być może trochę kontrowersyjne, bo brzmi jakbym chciał się zwolnić z odpowiedzialności. Ale to nie tak. Moje początkowe picie nie różniło się od picia moich rówieśników. I też nie zapowiadało absolutnie, że wymknie się spod kontroli. Teza, że nie miałem wyboru, pojawiła się lata później – po latach trzeźwości, gdy zajrzałem w swoją biografię, dzieciństwo, rodzinę i połączyłem kropki.
Jakie to były kropki?
Było ich mnóstwo. Dziadek ze strony mamy był wysokofunkcjonującym alkoholikiem. Mój ojciec też rozwinął problem alkoholowy – gdy byłem nastolatkiem, bardzo dużo już pił. Poza tym w mojej rodzinie zawsze było bardzo dużo napięcia – niewyrażonego, wiszącego w powietrzu. Musiałem nauczyć się z nim żyć. Gdy odkryłem alkohol, w jednej sekundzie puszczało. Myślałem wtedy: wow, wreszcie znalazłem sposób na coś, co mnie dręczyło przez całe moje dotychczasowe życie! Powiedziałem sobie wtedy, że tak chcę się czuć, nie chcę tego ciągłego napięcia.
Ile czasu pan pił?
Problemowe picie, przejmujące nade mną kontrolę, trwało ok. 11 lat.
Krył się pan z tym? Pamiętam z książki fragment o butelkach pod łóżkiem…
Tak. Wstydziłem się, ale jak mówiłem, rzadko się upijałem. Zamiast pić w domu, wychodziłem na zewnątrz i wypijałem piwo w parku. W domu miałem swoje skrytki na alkohol. Piłem regularnie, ale tak, by funkcjonować.
Nie wierzę, że mama czy żona nic nie zauważały.
Zauważały. Tylko bliscy z reguły nie chcą wierzyć, że problem jest tak poważny. Wierzą za to w zapewnienia pijącego, że "teraz miał taki gorszy okres" i że to "ogarnie".
Jak pan myśli teraz o sobie z przeszłości? W książce nazywa się pan sam "zapitym śmieciem", a jednak mam wrażenie, że opisując tego młodego Grzegorza, tuli go pan, zwracając uwagę na to, jak wiele miał problemów, których wtedy jeszcze nie rozumiał…
Czuję do niego mieszaninę emocji. Z jednej strony wstyd, że moje zachowania powodowały cierpienie bliskich. Z drugiej – zrozumienie i współczucie na zasadzie: stary, próbowałeś dać radę, ale nie umiałeś inaczej. Sięgałeś po bardzo niezdrowe sposoby. Takie emocje mam do tego człowieka i cieszę się, że już nim nie jestem.
Nie pije pan prawie 22 lata. Czy po tylu latach trzeźwości wciąż istnieje ryzyko nawrotu nałogu?
To jest możliwe, co pokazuje moje doświadczenie z gabinetu w pracy z pacjentami. Ale z każdym rokiem wzrasta szansa na to, że dana osoba nie wróci do uzależnienia. Po tylu latach niepicia powrót do alkoholu musiałby być moją absolutnie świadomą decyzją, a nie przypadkiem czy chwilą słabości.
Nie tylko pan nie pije, ale też pomaga innym uzależnionym jako terapeuta. W przeszłości pracował pan m.in. w jedynym poza Polską polskojęzycznym programie odwykowym dla bezdomnych Polaków w Chicago. Wyobrażam sobie, że nie było łatwo.
To była praca trudna i wymagająca, a jednocześnie niezwykle satysfakcjonująca. Ośrodek leczenia uzależnień Haymarket Center otrzymał wtedy grant na pomoc osobom bezdomnym pochodzącym z Europy Środkowo-Wschodniej. Przyjmowano każdego jak leci, z ulicy, było dużo osób z poważnymi problemami psychicznymi… Jeden wielki ludzki dramat. Było za mało psychoterapeutów, ale każdy z nas próbował jakoś tym ludziom pomóc. Wchodziłem, odbijałem kartę i wpadałem w ten wir, który mnie pochłaniał i wypluwał wyczerpanego.
Pierwszego dnia ktoś panu groził pobiciem, inny zwymiotował na buty…
Wytrzymałem tam cztery lata. I nauczyłem się więcej niż na wszystkich szkoleniach.
Wielu osobom udało się pomóc?
Byli tacy, którzy wychodzili od nas i wracali w to samo miejsce na ulicę. Byli tacy, którzy umierali na skutek przedawkowania narkotyków czy przez alkohol. Byli też tacy, którzy znikali i nie wiedzieliśmy, co się z nimi stało. Ale program był obliczony na pomoc 500 osobom i mniej więcej tylu udało się pomóc. Z niektórymi mam kontakt. Kiedyś żyli na ulicy, dziś nikt by nie poznał, jaką mają przeszłość.
A po tylu latach w trzeźwości zdarza się panu odmówić alkoholu i usłyszeć jakiś irytujący komentarz w stylu "ze mną się nie napijesz"?
Po tylu latach niepicia rzadko ktoś mnie pyta. Poza tym nauczyłem się odmawiać tak, że nikt mnie nie nagabuje.
Jak to się robi?
Na początku zdania trzeba powiedzieć "nie", np. "nie, dziękuję, nie piję". Ludzie będą nas namawiać, gdy wyczują niepewność, że nasze niepicie wiąże się ze wstydem. Analogicznie: są ludzie, których nikt nie będzie zaczepiał na ulicy – nie dlatego, że są przerośniętymi kulturystami, tylko dlatego, że mają taką pewność siebie. Osoby dojrzale trzeźwe też emanują taką energią. Nie ma sensu ich namawiać. Myślę, że po latach jestem właśnie taką osobą.
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.