Nie było karetki dla 30-latki z udarem. Jej ojciec wciąż walczy o odpowiedzi
Ponad rok po śmierci 30-letniej Patrycji Augustyn jej ojciec wciąż domaga się wyjaśnienia okoliczności tragedii. Jak informuje "Gazeta Wyborcza", Albert Augustyn pojawił się 27 maja br. przed budynkiem starostwa powiatowego w Świdnicy, apelując do władz o rozliczenie osób odpowiedzialnych i ujawnienie dokumentów dotyczących kontroli przeprowadzonych po śmierci córki.
Udar i wielogodzinne oczekiwanie na transport
Do tragedii doszło 27 marca 2025 roku. Patrycja straciła przytomność w swoim domu w Piławie Górnej. Ratownicy przewieźli ją do szpitala "Latawiec" w Świdnicy, gdzie badanie tomograficzne wykazało udar krwotoczny.
Łatwogang dotarł do Gdańska. Tak wyglądała jego meta
Jak opisuje "Gazeta Wyborcza", pacjentka wymagała pilnego transportu do placówki neurochirurgicznej. Według relacji rodziny pojawił się jednak problem z organizacją przewozu. - Lekarze mówili, że nie mogą znaleźć innej karetki, a LPR miał odmówić przysłania śmigłowca - relacjonował ojciec kobiety.
Późniejsze ustalenia wykazały jednak, że Lotnicze Pogotowie Ratunkowe nie otrzymało zgłoszenia dotyczącego takiego transportu. Ostatecznie przewóz udało się zorganizować dopiero po ponad dwóch godzinach.
Po przyjeździe do Wałbrzycha okazało się, że miejsce neurochirurgiczne jest już zajęte przez innego pacjenta. Konieczne było dalsze poszukiwanie ośrodka. Patrycja została przewieziona do Wrocławia, gdzie zmarła. Według relacji rodziny od utraty przytomności do śmierci minęło około sześć godzin.
Kontrole wykazały nieprawidłowości
Po nagłośnieniu sprawy przeprowadzono kilka kontroli. Jak informowała wcześniej "Gazeta Wyborcza", nie stwierdzono uchybień w samej diagnostyce i leczeniu prowadzonym na miejscu. - Kontrola wykazała, że postępowanie diagnostyczno-terapeutyczne było prawidłowe. W tym zakresie szpital uzyskał ocenę pozytywną - przekazał gazecie rzecznik wojewody dolnośląskiego.
Zastrzeżenia dotyczyły jednak organizacji transportu medycznego. Kontrolerzy wskazali m.in. na brak uruchomienia procedury wezwania Lotniczego Pogotowia Ratunkowego oraz nieprawidłowości w koordynacji przewozu pacjentki. Narodowy Fundusz Zdrowia wykazał również nieścisłości w dokumentacji medycznej. W efekcie na szpital została nałożona kara finansowa w wysokości 537 tys. zł.
Dyrekcja placówki podkreśla, że nie można obarczać szpitala pełną odpowiedzialnością za przebieg wydarzeń. - Uważamy to za wysoce niesłuszne i godzące przede wszystkim w lekarzy, którzy podjęli wszystkie możliwe działania, by pacjentka jak najszybciej trafiła do wyspecjalizowanego ośrodka - mówił "Gazecie Wyborczej" dyrektor szpitala Grzegorz Kloc.
Według niego problemem był również fakt, że pacjentka z podejrzeniem pęknięcia tętniaka została pierwotnie przewieziona do szpitala, który nie posiada oddziału neurochirurgii.
Ojciec nie zamierza odpuścić
Albert Augustyn skierował już sprawę do instytucji centralnych, w tym Najwyższej Izby Kontroli i Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Twierdzi, że nadal nie otrzymał wszystkich dokumentów związanych z kontrolami.
- Żądam od pana starosty jasnej odpowiedzi: dlaczego człowiek odpowiedzialny za miliony długu, gigantyczną karę finansową i tolerowanie umów bez realnego zabezpieczenia wciąż pełni funkcję dyrektora szpitala? - powiedział.
Ojciec 30-latki podkreśla, że jego celem nie jest wyłącznie wyjaśnienie śmierci córki, ale również poprawa bezpieczeństwa pacjentów w przyszłości. - Moja córka po śmierci uratowała życie blisko stu osobom, zostając dawcą narządów. Chcę, by powstał żywy pomnik jej imienia, inicjatywa, która będzie dbać o bezpieczeństwo pacjentów na oddziałach ratunkowych. Nie spocznę, dopóki ten system nie zostanie rozliczony - zadeklarował.
Źródło: Gazeta Wyborcza
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.