Prezydenckie weto: Nie dla wydłużenia czasu na dostarczenie certyfikatu
Prezydent Karol Nawrocki zawetował ustawę, w świetle której lekarze spoza UE mieliby jeszcze rok na dostarczenie certyfikatu znajomości języka polskiego. Uzasadniał to faktem, że brak znajomości języka polskiego może być bardzo niebezpieczny. – Gdy lekarz źle zrozumie, co pacjentowi dolega, albo gdy z przyczyn językowych pacjent źle zrozumie, co lekarz zaleca, może dojść do tragedii – uzasadniał Nawrocki.
O tej sprawie pisaliśmy wielokrotnie, a na podobne zagrożenia wskazywał też samorząd lekarski. Z drugiej strony dyrektorzy szpitali mówili nam o problemach kadrowych i "ratowaniu się" lekarzami np. z Ukrainy czy Białorusi. Cofnięcie im prawa wykonywania zawodu z powodu niedopełnienia formalności może być dla szpitala potężnym problemem, zwłaszcza jeśli tacy lekarze pracowali w strategicznych obszarach, jak np. SOR czy izba przyjęć.
Możliwe problemy kadrowe w szpitalach
– Co do zasady, trudno odmówić racji argumentom, którymi posługuje się samorząd lekarski i które przemawiały za zawetowaniem ustawy. Zgoda, że brak znajomości języka polskiego w pracy lekarza może mieć poważne skutki i prowadzić do niebezpiecznych sytuacji. Osobną kwestią jest jednak to, jak wyglądają procedury, które pozwalają na uzyskanie potrzebnych dokumentów oraz indywidualna sytuacja lekarzy – zwraca uwagę w rozmowie z WP abcZdrowie Marek Wierzba, dyrektor Podhalańskiego Szpitala Specjalistycznego w Nowym Targu. I dodaje, że miał już do czynienia z "bardzo różnymi przypadkami".
Aktualnie zatrudnia czterech lekarzy z Białorusi i dwie lekarki z Ukrainy. Jednocześnie przyznaje, że jego szpital mierzy się z wyzwaniami kadrowymi, podobnie jak wiele innych placówek w Polsce. Utrata specjalistów w kluczowych dla szpitala obszarach byłaby poważnym problemem.
– Dwóch lekarzy nie ma uregulowanych formalności, ten proces u nich trwa, więc jestem wdzięczny Małopolskiej Izbie Lekarskiej, że podeszła do ich sytuacji indywidualnie i nie cofnęła im prawa wykonywania zawodu. Dla nas to byłaby bardzo duża strata, bo w obu przypadkach chodzi o bardzo dobrych specjalistów: chirurga, który pracuje na oddziale chirurgii, ale ma też dyżury na SOR, i ginekolożkę. To bardzo ważne obszary dla naszego szpitala, więc nie wyobrażam sobie, co by było, gdyby nagle wypadło mi dwóch świetnych specjalistów – podkreśla dyrektor Wierzba.
Chirurg z Białorusi: Boję się, co ze mną będzie
– Boję się, co ze mną będzie po wecie prezydenta, czy będę dalej mógł tu pracować. Ja kompletnie nie miałem świadomości, że trzeba zdać egzamin językowy w konkretnym terminie i że ten termin kończy się 1 maja w tym roku. Kiedy tu przyjechałem w 2023 r., dostałem oficjalne dokumenty z Ministerstwa Zdrowia oraz Małopolskiej Izby Lekarskiej, że mam potwierdzone prawo wykonywania zawodu na pięć lat. W tych dokumentach nie było żadnej informacji o wymogu zdania egzaminu z języka – tłumaczy w rozmowie z WP abcZdrowie chirurg, który pracuje w szpitalu w Nowym Targu.
– Nie zostałem o tym poinformowany w żaden inny sposób. Ale zawiadomienie, że będę pozbawiony prawa wykonywania zawodu otrzymałem drogą pisemną i musiałem je podpisać. Gdybym wiedział, zająłbym się tym znacznie wcześniej. A teraz nie wiem, jak to będzie, mam egzamin językowy ustalony na koniec miesiąca, ale potem trzeba czekać jeszcze trzy miesiące na dokumenty – przyznaje lekarz. Nie ukrywa, że to dla niego ogromny stres, chociaż w rozmowie słychać, że bardzo dobrze radzi sobie z językiem polskim.
Tłumaczy też, dlaczego nie chce nostryfikować dyplomu. – W moim wieku, a jestem po sześćdziesiątce, tryb nostryfikacji dyplomu kompletnie nie ma sensu. Po zdaniu egzaminu, trzeba przejść jeszcze staż. Czyli zawodowo musiałbym się cofnąć, a przecież pracuję od lat. Wcześniej przez lata byłem ordynatorem chirurgii w dużym szpitalu, pracuję też naukowo – wyjaśnia.
– Mogłoby się więc okazać, że po skończonym kontrakcie w tym szpitalu, bo mam prawo wykonywania zawodu na pięć lat, skończyłbym jako stażysta. To jest absurdalne, więc w moim przypadku w grę wchodzi tylko egzamin językowy – zaznacza lekarz.
Dodaje, że współpraca z polskimi lekarzami układa mu się bardzo dobrze. – Nawet lepiej niż z moimi rodakami, kiedy jeszcze pracowałem na Białorusi. Nigdy nie spotkałem się też z jakimiś nieprzyjemnymi komentarzami ze strony pacjentów – dodaje lekarz.
Dyrektor szpitala w Nowym Targu: Niekonsekwencja państwa
– Historia naszego chirurga z Białorusi pokazuje najlepiej, jak cała ta sytuacja nie jest czarno-biała. To specjalista, który jest świetny w swojej dziedzinie, ma dorobek naukowy, blisko setkę publikacji, jest członkiem międzynarodowych towarzystw. Bardzo dobrze mówi po polsku, ale faktem jest, że nie dopilnował formalności – przyznaje szef szpitala w Nowym Targu.
– Przy czym on faktycznie tego nie śledził. Kiedy w mediach zaczęło być głośno, że termin się kończy, przyszedł do mnie przerażony, że będzie musiał wracać na Białoruś. Będzie podchodził niedługo do egzaminu, ma już wyznaczoną datę i choć bardzo dobrze radzi sobie z językiem, bierze cały czas lekcje z polskiego, bo obawia się gramatyki – dodaje dyrektor Marek Wierzba.
Opowiada też o skrajnie odmiennym przypadku lekarki z Ukrainy, radiolożki. – Lekarka przedstawiła nam dokumenty potwierdzające jej umiejętności. Niestety, w praktyce okazało się, że nie ma kwalifikacji zawodowych, które miała posiadać, i dodatkowo nie radzi sobie z językiem. Nie radziła sobie z opisami badań obrazowych, a to przecież podstawa pracy radiologa. Musiałem jej podziękować za współpracę, bo mogło to się różnie skończyć – przyznaje Wierzba.
Ocenia, że w tej sprawie brakuje konsekwencji. – Może gdyby podejście państwa akurat w tej kwestii od początku było inne, nie mielibyśmy teraz tego zamieszania. Przecież znajomość języka polskiego w kontekście pracy z pacjentami była tak samo ważna już kiedy była pandemia i potem, kiedy zaczęli napływać do nas medycy z Ukrainy – zwraca uwagę.
– Ten fundament się nie zmienił, jest przecież taki, jak teraz. Tymczasem dano na formalności pięć lat, zamiast roku czy dwóch lat dla tak pilnej sprawy. To pokazuje ogromną niekonsekwencję państwa i używanie argumentów na zasadzie "jak mi pasuje" – uważa dyrektor.
Jednocześnie twierdzi, że to nie usprawiedliwia lekarzy, którzy nie dopilnowali formalności. – Przepisy są, jakie są. Wielu lekarzy nie śledziło jednak zmian w przepisach, szczegółów dotyczących wymaganych egzaminów, i to też jest fakt. Nie mówię tego, by bronić wszystkich, bo sam spotkałem się też z lekarzami, którzy ewidentnie liczyli na to, że jakoś się uda i będą nadal pracować bez wymaganych dokumentów – przyznaje Wierzba.
Dodaje, że pracuje u niego dwóch anestezjologów z Białorusi, którzy są w trakcie nostryfikacji dyplomów.
Na koniec przytacza historię innej lekarki z Ukrainy. – To także ciekawy przykład w kontekście wymogów stawianych przez państwo. Ta lekarka jest świetną specjalistką od USG. Dostarczyła wszystkie wymagane dokumenty, które potwierdzają, że zna polski na poziomie B1. Tymczasem nadal w sporządzaniu dokumentacji pisemnej potrzebuje pomocy. To nie jest tak, że te dokumenty wszystko załatwiają z dnia na dzień, więc nie należy podchodzić do nich zero-jedynkowo – podsumowuje dyrektor.
Źródło: WP abcZdrowie
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.