Lekarz po wecie Nawrockiego. "Boję się, co ze mną będzie"
Dyrektorzy szpitali mówią wprost, że prezydenckie weto dotyczące lekarzy spoza UE może być dla nich ogromnym problemem. Nie negują, że znajomość języka polskiego to fundament takiej pracy, ale punktują, podobnie jak sami medycy, absurdy systemu. – Mam egzamin językowy ustalony na koniec miesiąca, ale potem trzeba czekać jeszcze trzy miesiące na dokumenty – mówi chirurg z Białorusi.
Prezydenckie weto: Nie dla wydłużenia czasu na dostarczenie certyfikatu
Prezydent Karol Nawrocki zawetował ustawę, w świetle której lekarze spoza UE mieliby jeszcze rok na dostarczenie certyfikatu znajomości języka polskiego. Uzasadniał to faktem, że brak znajomości języka polskiego może być bardzo niebezpieczny. – Gdy lekarz źle zrozumie, co pacjentowi dolega, albo gdy z przyczyn językowych pacjent źle zrozumie, co lekarz zaleca, może dojść do tragedii – uzasadniał Nawrocki.
O tej sprawie pisaliśmy wielokrotnie, a na podobne zagrożenia wskazywał też samorząd lekarski. Z drugiej strony dyrektorzy szpitali mówili nam o problemach kadrowych i "ratowaniu się" lekarzami np. z Ukrainy czy Białorusi. Cofnięcie im prawa wykonywania zawodu z powodu niedopełnienia formalności może być dla szpitala potężnym problemem, zwłaszcza jeśli tacy lekarze pracowali w strategicznych obszarach, jak np. SOR czy izba przyjęć.
Możliwe problemy kadrowe w szpitalach
– Co do zasady, trudno odmówić racji argumentom, którymi posługuje się samorząd lekarski i które przemawiały za zawetowaniem ustawy. Zgoda, że brak znajomości języka polskiego w pracy lekarza może mieć poważne skutki i prowadzić do niebezpiecznych sytuacji. Osobną kwestią jest jednak to, jak wyglądają procedury, które pozwalają na uzyskanie potrzebnych dokumentów oraz indywidualna sytuacja lekarzy – zwraca uwagę w rozmowie z WP abcZdrowie Marek Wierzba, dyrektor Podhalańskiego Szpitala Specjalistycznego w Nowym Targu. I dodaje, że miał już do czynienia z "bardzo różnymi przypadkami".
Aktualnie zatrudnia czterech lekarzy z Białorusi i dwie lekarki z Ukrainy. Jednocześnie przyznaje, że jego szpital mierzy się z wyzwaniami kadrowymi, podobnie jak wiele innych placówek w Polsce. Utrata specjalistów w kluczowych dla szpitala obszarach byłaby poważnym problemem.
– Dwóch lekarzy nie ma uregulowanych formalności, ten proces u nich trwa, więc jestem wdzięczny Małopolskiej Izbie Lekarskiej, że podeszła do ich sytuacji indywidualnie i nie cofnęła im prawa wykonywania zawodu. Dla nas to byłaby bardzo duża strata, bo w obu przypadkach chodzi o bardzo dobrych specjalistów: chirurga, który pracuje na oddziale chirurgii, ale ma też dyżury na SOR, i ginekolożkę. To bardzo ważne obszary dla naszego szpitala, więc nie wyobrażam sobie, co by było, gdyby nagle wypadło mi dwóch świetnych specjalistów – podkreśla dyrektor Wierzba.
Chirurg z Białorusi: Boję się, co ze mną będzie
– Boję się, co ze mną będzie po wecie prezydenta, czy będę dalej mógł tu pracować. Ja kompletnie nie miałem świadomości, że trzeba zdać egzamin językowy w konkretnym terminie i że ten termin kończy się 1 maja w tym roku. Kiedy tu przyjechałem w 2023 r., dostałem oficjalne dokumenty z Ministerstwa Zdrowia oraz Małopolskiej Izby Lekarskiej, że mam potwierdzone prawo wykonywania zawodu na pięć lat. W tych dokumentach nie było żadnej informacji o wymogu zdania egzaminu z języka – tłumaczy w rozmowie z WP abcZdrowie chirurg, który pracuje w szpitalu w Nowym Targu.
– Nie zostałem o tym poinformowany w żaden inny sposób. Ale zawiadomienie, że będę pozbawiony prawa wykonywania zawodu otrzymałem drogą pisemną i musiałem je podpisać. Gdybym wiedział, zająłbym się tym znacznie wcześniej. A teraz nie wiem, jak to będzie, mam egzamin językowy ustalony na koniec miesiąca, ale potem trzeba czekać jeszcze trzy miesiące na dokumenty – przyznaje lekarz. Nie ukrywa, że to dla niego ogromny stres, chociaż w rozmowie słychać, że bardzo dobrze radzi sobie z językiem polskim.
Tłumaczy też, dlaczego nie chce nostryfikować dyplomu. – W moim wieku, a jestem po sześćdziesiątce, tryb nostryfikacji dyplomu kompletnie nie ma sensu. Po zdaniu egzaminu, trzeba przejść jeszcze staż. Czyli zawodowo musiałbym się cofnąć, a przecież pracuję od lat. Wcześniej przez lata byłem ordynatorem chirurgii w dużym szpitalu, pracuję też naukowo – wyjaśnia.
– Mogłoby się więc okazać, że po skończonym kontrakcie w tym szpitalu, bo mam prawo wykonywania zawodu na pięć lat, skończyłbym jako stażysta. To jest absurdalne, więc w moim przypadku w grę wchodzi tylko egzamin językowy – zaznacza lekarz.
Dodaje, że współpraca z polskimi lekarzami układa mu się bardzo dobrze. – Nawet lepiej niż z moimi rodakami, kiedy jeszcze pracowałem na Białorusi. Nigdy nie spotkałem się też z jakimiś nieprzyjemnymi komentarzami ze strony pacjentów – dodaje lekarz.
Dyrektor szpitala w Nowym Targu: Niekonsekwencja państwa
– Historia naszego chirurga z Białorusi pokazuje najlepiej, jak cała ta sytuacja nie jest czarno-biała. To specjalista, który jest świetny w swojej dziedzinie, ma dorobek naukowy, blisko setkę publikacji, jest członkiem międzynarodowych towarzystw. Bardzo dobrze mówi po polsku, ale faktem jest, że nie dopilnował formalności – przyznaje szef szpitala w Nowym Targu.
– Przy czym on faktycznie tego nie śledził. Kiedy w mediach zaczęło być głośno, że termin się kończy, przyszedł do mnie przerażony, że będzie musiał wracać na Białoruś. Będzie podchodził niedługo do egzaminu, ma już wyznaczoną datę i choć bardzo dobrze radzi sobie z językiem, bierze cały czas lekcje z polskiego, bo obawia się gramatyki – dodaje dyrektor Marek Wierzba.
Opowiada też o skrajnie odmiennym przypadku lekarki z Ukrainy, radiolożki. – Lekarka przedstawiła nam dokumenty potwierdzające jej umiejętności. Niestety, w praktyce okazało się, że nie ma kwalifikacji zawodowych, które miała posiadać, i dodatkowo nie radzi sobie z językiem. Nie radziła sobie z opisami badań obrazowych, a to przecież podstawa pracy radiologa. Musiałem jej podziękować za współpracę, bo mogło to się różnie skończyć – przyznaje Wierzba.
Ocenia, że w tej sprawie brakuje konsekwencji. – Może gdyby podejście państwa akurat w tej kwestii od początku było inne, nie mielibyśmy teraz tego zamieszania. Przecież znajomość języka polskiego w kontekście pracy z pacjentami była tak samo ważna już kiedy była pandemia i potem, kiedy zaczęli napływać do nas medycy z Ukrainy – zwraca uwagę.
– Ten fundament się nie zmienił, jest przecież taki, jak teraz. Tymczasem dano na formalności pięć lat, zamiast roku czy dwóch lat dla tak pilnej sprawy. To pokazuje ogromną niekonsekwencję państwa i używanie argumentów na zasadzie "jak mi pasuje" – uważa dyrektor.
Jednocześnie twierdzi, że to nie usprawiedliwia lekarzy, którzy nie dopilnowali formalności. – Przepisy są, jakie są. Wielu lekarzy nie śledziło jednak zmian w przepisach, szczegółów dotyczących wymaganych egzaminów, i to też jest fakt. Nie mówię tego, by bronić wszystkich, bo sam spotkałem się też z lekarzami, którzy ewidentnie liczyli na to, że jakoś się uda i będą nadal pracować bez wymaganych dokumentów – przyznaje Wierzba.
Dodaje, że pracuje u niego dwóch anestezjologów z Białorusi, którzy są w trakcie nostryfikacji dyplomów.
Na koniec przytacza historię innej lekarki z Ukrainy. – To także ciekawy przykład w kontekście wymogów stawianych przez państwo. Ta lekarka jest świetną specjalistką od USG. Dostarczyła wszystkie wymagane dokumenty, które potwierdzają, że zna polski na poziomie B1. Tymczasem nadal w sporządzaniu dokumentacji pisemnej potrzebuje pomocy. To nie jest tak, że te dokumenty wszystko załatwiają z dnia na dzień, więc nie należy podchodzić do nich zero-jedynkowo – podsumowuje dyrektor.
Źródło: WP abcZdrowie
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.