Nie mogą wykonywać zawodu. "Straciliśmy lekarzy w kluczowych obszarach"
Kolejni lekarze z Ukrainy tracą uprawnienia, a szpitale alarmują, że mają poważne luki w grafikach. - W czerwcu na internie mam sześć nieobsadzonych dyżurów, problem będzie też z anestezjologami - przyznaje Grzegorz Nowak, dyrektor szpitala w Mysłowicach, gdzie dwóm z sześciu zatrudnionych tam lekarzy wygaszono uprawnienia.
Lekarze bez uprawnień, szpitale mają problem
Już ponad 230 lekarzy spoza Unii Europejskiej ma wygaszone prawo wykonywania zawodu. Chodzi o medyków, którzy do 1 maja nie przedstawili certyfikatu potwierdzającego znajomość języka polskiego na poziomie co najmniej B1 (wymóg dotyczy 2321 lekarzy i 1024 lekarzy dentystów z Ukrainy).
Rzecznik Naczelnej Izby Lekarskiej Jakub Kosikowski w rozmowie z WP abcZdrowie zwracał uwagę, że w skali Polski, gdzie jest ok. 200 tys. lekarzy i dentystów, to nie jest duża liczba. Zupełnie inną perspektywę mają jednak dyrektorzy szpitali, którzy ratowali się kadrowo, zatrudniając lekarzy z Ukrainy.
W szpitalu w Mysłowicach dwóch z sześciu zatrudnionych tam lekarzy z Ukrainy ma już wygaszone uprawnienia. Chodzi o lekarza, który pracował na internie połączonej w tym szpitalu z izbą przyjęć oraz anestezjolożkę.
- Straciliśmy dwóch lekarzy, którzy pracowali w kluczowych dla naszego szpitala obszarach. W czerwcu na internie mam przez to sześć nieobsadzonych dyżurów, problem będzie też z grafikiem w miesiącach wakacyjnych. Szukam intensywnie lekarzy, którzy przyjadą nawet na pojedyncze dyżury - przyznaje w rozmowie z WP abcZdrowie Grzegorz Nowak, dyrektor SP ZOZ Szpital nr 2 im. dr. Tadeusza Boczonia w Mysłowicach.
- Problem będzie też z anestezjologami, bo część lekarzy tej specjalizacji, którzy u nas pracują, zbliża się już do wieku emerytalnego i nie są w stanie wziąć sześciu czy ośmiu dyżurów. Dlatego każde wsparcie jest dla nas na wagę złota - dodaje.
"Zaporowe stawki"
Nowak zaznacza, że mimo intensywnych prób szpitalowi bardzo trudno pozyskać nowych anestezjologów. - Część szpitali, które są pod ścianą, decyduje się na zawyżone stawki, oferując nawet 250 zł za godzinę dyżuru. Znam też przypadek szpitala, który połączył stawki na internie dla dwóch lekarzy w jedną i oferował 400 zł za godzinę. To ryzyko, bo takie rozwiązanie oznacza, że jeden lekarz na dyżurze ma robić to, co dwóch, ale chętny się znalazł - przyznaje dyrektor.
- Stawki, które powinny być incydentem w podbramkowej sytuacji, stają się przez to rutyną, a ja nie mam takich środków, by takie wynagrodzenia oferować. Przez to znalezienie lekarzy staje się wyzwaniem - dodaje.
Ten problem dostrzegają też inni dyrektorzy. W Ustrzykach Dolnych pozyskanie lekarzy graniczy z cudem.
- Chodzi o odległości, a także warunki finansowe. Jeśli nawet lekarz zdecyduje się na dyżurowanie, to stawki, jakie proponuje, są zaporowe. Do niedawna podchodziłam do tego ambitnie, sądziłam, że można na czymś oszczędzić, ale lekarzowi trzeba zapłacić, bo bez tego szpital nie będzie mógł działać. Są jednak pewne granice. Jeśli proponowane stawki sięgają 200-300 zł za godzinę dyżuru, czyli ok. 7 tys. zł za cały dyżur, to nas na to nie stać - zaznacza w rozmowie z WP abcZdrowie Małgorzata Kormosz, p.o. dyrektora szpitala w Ustrzykach Dolnych.
- W tym momencie zatrudniamy trzech lekarzy z Ukrainy w dwóch strategicznych miejscach, bo na izbie przyjęć i w POZ. To pierwsza linia kontaktu, więc wiadomo, że musimy działać cały czas, a pacjentów jest bardzo dużo. Na razie nie mam informacji o cofnięciu uprawnień, ale nie wiem, co się wydarzy, bo te decyzje z izb lekarskich cały czas spływają. Jeśli wypadłby mi nawet jeden lekarz, to miałabym bardzo poważny problem z obsadzeniem dyżurów - podkreśla.
Wygaszać czy nie wygaszać?
Grzegorz Nowak tłumaczy, że w związku z wygaszeniem prawa wykonywania zawodu, zawiesił na razie lekarzy w wykonywaniu obowiązków. - Aktualnie są na urlopie. Czekam na ostateczne rozstrzygnięcie w tej sprawie, bo może się jednak okazać, że zmiany w ustawie zostaną przyjęte i obowiązek dostarczenia dokumentów wydłuży się do maja przyszłego roku - wskazuje szef szpitala w Mysłowicach.
Przypomnijmy, że Sejm uchwalił w piątek ustawę wprowadzającą zmiany w finansowaniu diagnostyki HCV i bezpłatnego leczenia HIV dla osób bez ubezpieczenia. Znalazły się tam też zapisy dotyczące medyków spoza UE. Chodzi o poprawkę dotyczącą wydłużenia terminu złożenia dokumentów potwierdzających znajomość języka polskiego na poziomie co najmniej B1 do 1 maja 2027 roku. Teraz ustawa trafi do Senatu.
W związku z przegłosowaniem przez Sejm ustawy Naczelna Izba Lekarska apeluje do prezydenta o pilne spotkanie. Komunikat w tej sprawie pojawił się w poniedziałek na stronie samorządu. NIL chce przedstawić swoje stanowisko w sprawie m.in. "potencjalnych konsekwencji dla systemu ochrony zdrowia i bezpieczeństwa pacjentów".
Przypomnijmy, że NIL alarmował o sytuacjach z całej Polski, które pokazują, do czego prowadzi brak znajomości języka. To mogą być nieporozumienia, ale też dramatyczne sytuacje, które doprowadziły nawet do śmierci pacjenta. Przyznał, że kilka takich spraw jest nawet w prokuraturze.
Tymczasem część izb lekarskich wstrzymuje się od wygaszania uprawnień lekarzom, którzy nie dostarczyli wymaganych dokumentów i czeka na ostateczne rozstrzygnięcie.
Zapytaliśmy Ministerstwo Zdrowia, czy lepiej wygaszać, czy się wstrzymać. Resort przyznał, że "wymóg potwierdzenia znajomości języka polskiego na poziomie minimum B1 pozostaje obowiązujący i jest istotnym elementem zapewnienia bezpieczeństwa pacjentów oraz jakości udzielanych świadczeń zdrowotnych".
"Obecne przepisy umożliwiają wyegzekwowanie obowiązku złożenia certyfikatu językowego dzięki sformułowaniu 'pod rygorem utraty prawa wykonywania zawodu'. Co nie oznacza, że przepisy nakładają na izby obowiązek odebrania PWZ" - czytamy w odpowiedzi przesłanej przez MZ.
Resort twierdzi jednak, że nie nakazuje samorządom zawodowym konkretnej ścieżki postępowania. "Niewątpliwie w obecnym stanie prawnym właściwa rada okręgowa może podjąć uchwałę stwierdzającą utratę prawa wykonywania zawodu, jednak ze względu na brzmienie przyjętej przez Sejm poprawki, MZ sugeruje, by powstrzymać się od pochopnych działań w tej kwestii i rozstrzygać indywidualnie sprawy poszczególnych osób po ich uprzednim wnikliwym zbadaniu" - zaznacza MZ.
Przypomnijmy, że z wygaszaniem uprawnień wstrzymała się m.in. Wielkopolska Izba Lekarska. Jej prezes Mateusz Szulca tłumaczył w rozmowie z WP abcZdrowie, że samorząd wezwał lekarzy (w Wielkopolsce certyfikatu nie dostarczyło ponad 60 lekarzy z Ukrainy - red.) do przedstawienia dokumentów i wszczął postępowanie administracyjne, ale nie wykreślił lekarzy z rejestru.
- W razie czego to my odpowiadalibyśmy za przywracanie im uprawnień, a mogłyby spaść na nas także ewentualne odszkodowania, których domagaliby się lekarze - argumentował Szulca.
- Mowa o poprawce, która nie ma mocy prawnej, bo na razie została przyjęta w komisji sejmowej, nie została uchwalona. Dla nas oznacza to więc, że nie postępowalibyśmy zgodnie z prawem - podkreślał z kolei Jakub Kosikowski.
Wyniki egzaminu dopiero po trzech miesiącach
- W kontekście tej całej sprawy dziwi mnie dość długi czas na załatwienie formalności. Jeden z lekarzy, którym wygaszono teraz uprawnienia, nie zdał dyktanda w ramach egzaminu, ale ponownie może podejść do niego dopiero za pół roku - zwraca uwagę dyrektor szpitala w Mysłowicach.
- To samo jest z oczekiwaniem na wynik egzaminu, to trwa trzy miesiące. W tak istotnych sprawach, gdzie decyzja przekłada się nie tylko na sytuację pojedynczego lekarza, ale też szpitala, w którym pracuje, to się powinno dziać znacznie szybciej - ocenia.
Rzecznik NIL przyznaje, że terminy mogą być różne, bo egzaminy językowe może organizować aż 400 podmiotów w Polsce. - Nie oznacza to jednak, że to jedyne wyjście dla lekarza spoza UE. Alternatywą bez dyktanda może być zdanie egzaminu z wiedzy medycznej, jaki zdają też polscy lekarze po studiach. Można też podejść do egzaminu językowego organizowanego przez NIL - mówi nam Kosikowski.
Dyrektor szpitala w Mysłowicach twierdzi, że do tej pory nie miał żadnych problemów z lekarzami z Ukrainy, które dotyczyłyby pacjentów, ich zdrowia czy bezpieczeństwa.
- Wręcz ta czwórka, która dalej pracuje i ma pełną wymaganą dokumentację, świetnie się rozwija. Z jednym lekarzem z Ukrainy musiałem się wcześniej rozstać, ale tam wchodził w grę problem w relacjach z innymi lekarzami, nie było możliwości współpracy - wyjaśnia Nowak.
Katarzyna Prus, dziennikarka Wirtualnej Polski
Źródła: WP abcZdrowie, Naczelna Izba Lekarska, Ministerstwo Zdrowia
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.