"Bardzo się wkurzyłem. A potem przyszedł strach"
Według badania BioStat zrealizowanego na zlecenie inicjatora kampanii "Bezpieczny odpad" firmy EMKA, aż 61,1 proc. pracowników odbierających odpady ze szpitali, przychodni i gabinetów miało w ostatnim roku do czynienia z uszkodzonym workiem lub pojemnikiem, a ponad 50 proc. zauważa, że są one nieodpowiednio przygotowywane. Zużyte, wystające z worków na odpady igły czy zakrwawione gaziki stanowią ryzyko nie tylko dla pracowników służby zdrowia i osób postronnych, ale także dla tych, którzy takie odpady regularnie transportują do spalarni.
– Wynik raportu wcale mnie nie dziwi. Jest potwierdzeniem tego, co jako firma odbierająca odpady medyczne od lat zauważamy: znaczącego wzrostu liczby zakłuć. To ogromny problem, bo jest narażeniem zdrowia i życia naszych pracowników, a także zaburza działanie firmy. Takie zakłucie eliminuje z pracy na 2–3 tygodnie, w czasie których pracownik, aby uniknąć ewentualnego zakażenia, musi się poddać szczepieniu, a czasem nawet i leczeniu – podkreśla w rozmowie z WP abcZdrowie Małgorzata Rdest, wiceprezes EMKA.
– Skala problemu jest niepokojąca. Doszło do tego, że w ramach bezpieczeństwa pracownicy wysyłają nam zdjęcia nieprawidłowości, bo zdarzało się, że placówki medyczne wypierały się popełnianych błędów – dodaje.
Tak robi m.in. Marek, który od 10 lat pracuje jako odbiorca odpadów medycznych. Jak przyznaje, w workach, które transportuje z przychodni i szpitali, znajdują się najróżniejsze materiały, w tym zużyte waciki, strzykawki, cewniki, rękawiczki. O wystających z worków zużytych igłach mówi krótko: nie są rzadkością.
– Dwa razy taka igła wbiła mi się w nogę. Pierwszy raz zdarzyło się to w przychodni w 2021 roku. Podniosłem worek i zahaczyłem nim niechcący o nogę. Poczułem ból i zobaczyłem igłę wbitą w skórę. Od tego momentu nie mogłem już dalej pracować, musiałem zawołać kierownika przychodni, spisać protokół, sprawdzić, skąd wzięła się ta igła, dlaczego nie była właściwie zabezpieczona. Następnie musiałem zgłosić się do kadr w mojej firmie i udać się do szpitala zakaźnego na pobranie krwi. A potem jeszcze przez kilka tygodni brać leki, których zadaniem jest zapobiegać ewentualnemu rozwojowi zakażenia – wylicza.
– W pierwszej chwili bardzo się wkurzyłem. A potem przyszedł strach. Naprawdę bardzo się bałem. Tym bardziej, że miałem w domu roczną córeczkę. Pojawiały mi się myśli w głowie: a co jeśli zaraziłem się WZW albo HIV? A co jeśli zarażę żonę i dziecko? – dodaje.
Mężczyzna podkreśla, że poza strachem o zdrowie własne i rodziny takie sytuacje generują dla niego także sporo problemów związanych z powtarzaniem badań oraz wydłużeniem czasu pracy nawet do 13 godzin ze względu na konieczność pobytu w szpitalu. Dla niego nie był to jednak jednorazowy incydent – drugie zakłucie przeżył w 2024 roku.
– Podniosłem worki i – podobnie jak poprzednim razem – zahaczyłem wystającą igłą o łydkę. I znowu cała procedura od nowa – wspomina.
– Niedawno mieliśmy nawet szkolenie BHP, na którym usłyszałem, że w jednym roku w skali całej branży zdarzyło się aż dziewięć zakłuć u pracowników – mówi.
Placówki starają się unikać kar
Następstwa prawne związane z zakłuciem u pracownika odbierającego odpady spadają na placówkę medyczną, która dopuściła do ich nieodpowiedniego zabezpieczenia.
– Konsekwencje mogą być różne: od kontroli sanepidu, przez grzywny BHP zwykle do 30 tys. zł, aż po administracyjne kary z ustawy o odpadach, które przy poważniejszych naruszeniach mogą sięgać nawet miliona złotych – wylicza dla WP abcZdrowie mec. Katarzyna Wolny-Tomczyk z Kancelarii Adwokatów i Radców Prawnych ECO LEGAL.
Niestety, zdarza się, że placówka uchyla się od odpowiedzialności.
– Zakłucie to również narażenie placówki na koszty szczepienia i leczenia takiej osoby. Często bywa, że próbuje uchylić się od odpowiedzialności, podważając wiarygodność pracownika, który odbiera odpady – mówi Rdest.
– Przy moim pierwszym zakłuciu pracownicy przychodni próbowali zrzucić odpowiedzialność na mnie, twierdząc, że to ja odbierałem worki. Musiałem tłumaczyć, że póki nie załaduję worków do auta i nie wystawię karty w BDO, to nie jest to "mój" odpad – dodaje Marek.
To się nie powinno wydarzyć
Od pracowników firmy EMKA słyszymy też o innych licznych nieprawidłowościach: wystawianiu do odbioru przepełnionych pojemników, wysypywaniu się z worków zużytych wacików i igieł czy o niewłaściwie oznaczonych materiałach.
– Raz odbierałem śmieci ze szpitala, przenosiłem worek i nagle czuję, że mam całe mokre spodnie. Patrzę w dół, a ja jestem cały we krwi! – opowiada Marek. – Okazało się, że ktoś wlał do worka krew, która lała się z niego ciurkiem. Była szósta rano, początek dnia pracy, a ja miałem całe przemoczone ubranie od pasa w dół, łącznie z butami i skarpetkami. Musiałem podjechać do sklepu i kupić sobie na szybko nowe. Na szczęście zdarzenie miało miejsce na terenie szpitala, a ja nie miałem wtedy żadnego skaleczenia. Aż nie chcę myśleć, co by wtedy było…
– Zdarzało mi się też odbierać chemikalia, np. bańki z formaliną. Kiedyś w transporcie jedna się rozszczelniła i formalina wylała się w aucie. Być może była źle dokręcona. To jest tak gryzący smród, że nie da się wytrzymać. Oznacza koniec ładowania auta na ten dzień – wspomina.
– Sporadycznie odbieram także odpady anatomiczne, takie jak kończyny po amputacjach. To niewielka część wszystkich odpadów medycznych – około 2 proc. – ale wymagają one szczególnego postępowania – mówi.
Mężczyzna dodaje, że w workach, w których powinny znaleźć się materiały biologiczne, często "lądują" zwykłe śmieci: papiery, opakowania po jedzeniu, a nawet butelki. Takie praktyki kłócą się z deklaracjami respondentów z placówek medycznych, z których w badaniu BioStatu aż 94,5 proc. potwierdziło, że obowiązują w nich procedury postępowania z odpadami, a 95,5 proc. oceniło, że są realizowane prawidłowo.
– To jest teoria versus praktyka. Nikt nie lubi się przyznawać do popełnionych błędów, każdy żyje w przeświadczeniu, że robi wszystko dobrze. A niemalże połowa respondentów nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji prawnych i zdrowotnych, które wynikają z błędów popełnionych w tym obszarze – mówi Małgorzata Rdest.
Ekspertka dodaje, że rutyna, duże tempo pracy i rosnąca liczba obowiązków sprawiają, że tematyka gospodarowania odpadami jest w szpitalach i przychodniach marginalizowana. Problemem jest także brak obowiązkowych szkoleń stricte z tego zakresu – pracownicy odbywają jedynie ogólne szkolenia z zasad bezpieczeństwa.
– Raport Najwyższej Izby Kontroli z lat 2019–2022 wskazuje, że ogromnym problemem w zakresie gospodarowania odpadami medycznymi jest kwestia braku nadzoru. Mamy jasne i precyzyjne przepisy, jeśli chodzi o zbiórkę takich odpadów, natomiast w placówkach zwykle nie ma wyznaczonej osoby odpowiedzialnej za nadzór nad nimi. Moim zdaniem to jest przyczyna numer jeden tego, dlaczego mamy do czynienia z tak wieloma nieprawidłowościami – podkreśla mec. Wolny-Tomczyk.
– Obecnie funkcjonujące przepisy w teorii chronią pracowników, którzy odbierają odpady medyczne, pod warunkiem, że są one przez nich przestrzegane. Powinien być kładziony większy nacisk na ich egzekwowanie, a także na lepszy monitoring: częstsze kontrole, realne konsekwencje popełniania błędów. Może to zadziała bardziej odstraszająco – kończy ekspertka.
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.