Marta Słupska, dziennikarka Wirtualnej Polski: Panie profesorze, opublikował pan niedawno na Facebooku nagranie przedstawiające brzuch pacjenta z monstrualną przepukliną. Skomentowano je już ponad 300 razy – internauci w przeważającej większości wyrażali swój szok i niedowierzanie, często nie przebierając w słowach. Dziwią pana takie reakcje?
Prof. dr hab. Jacek Śmigielski – chirurg, koordynator Oddziału Chirurgii Ogólnej i Onkologicznej w Szpitalu Wojewódzkim w Sieradzu oraz dyrektor tej placówki: Zupełnie nie. Tacy pacjenci zazwyczaj nie wychodzą z domu. Latami wstydzą się rozebrać, a i w ubraniu ich brzuch i tak wygląda dla postronnych dziwnie. To kłopotliwe ciągnąć obok siebie 10-kilogramowy worek, tak naprawdę przyklejony do ciała. Nie można założyć normalnych spodni, paska. Pacjenci ukrywają się pod luźnymi ubraniami.
Prof. Bożena Muszyńska: Grzyby to żywność pierwszej kategorii
Pewnie niektórzy mogą teraz pomyśleć: po co ich pokazywać w internecie?
Ja mam w tym jeden cel: przestrogę. Żeby reakcja pacjentów była szybsza, żeby nie zwlekali z pójściem do lekarza, żeby zobaczyli, do czego ta zwłoka może doprowadzić. Daje to bardzo pozytywne efekty: przychodzą do mnie pacjenci nawet z małymi przepuklinami, chcąc je zoperować, bo widzieli, czym mogą w przyszłości skutkować.
A ci, którzy trafiają do lekarza z bardzo zaawansowaną przepukliną, za długo zwlekali?
Bywa, że tak – ze strachu, bo najczęściej są to przepukliny pooperacyjne i pacjenci boją się następnej operacji. A druga przyczyna to długie poszukiwanie miejsca, gdzie mogliby być zoperowani.
Pacjenci uprawiają tzw. turystykę medyczną, wędrując od szpitala do szpitala. W wielu klinikach nie ma specjalistów operujących przepukliny, pacjenci są odsyłani w inne miejsca. Z dużymi przepuklinami niestety jest problem, bo nie każdy oddział w Polsce ma narzędzia, personel czy sprzęt konieczny do operacji takich chorych. Zanim pacjent trafi do mnie czy innego specjalisty, nieraz mijają lata. A przepuklina wciąż się powiększa. Czasem trafiają do nas tak zaawansowane przypadki, że łapiemy się za głowę.
Pacjent, od którego zaczęliśmy rozmowę, szukał pomocy trzy lata…
Tak. Ten mężczyzna pierwotnie był operowany z powodu choroby nowotworowej w ośrodku stricte onkologicznym. Pojawiła się u niego przepuklina pooperacyjna. Ubolewam nad tym, ale w większości krajów Europy, także w Polsce, ośrodek pierwotny nie naprawia powikłań ogólnochirurgicznych. Osobiście uważam, że pacjent, który jest prawidłowo zoperowany, ale powikłany przepukliną, nie powinien być odsyłany do innego oddziału chirurgicznego.
Ten pacjent chodził więc od jednego ośrodka do drugiego, szukając pomocy. Wszędzie go odsyłano. W niektórych szpitalach mówiono np., że nie mają siatki do tak rozległej operacji. W końcu się poddał. Uznał, że się nie uda. Na szczęście ktoś bliski zobaczył w sieci, czym się zajmuję i pacjent trafił do nas.
Co pan pomyślał, widząc go w gabinecie? Czy takie monstrualne przepukliny jeszcze pana zaskakują?
Każda zaskakuje, bo każda jest inna. Mimo swojego 30-letniego doświadczenia mówię często do takich pacjentów: "Ja nigdy takiej operacji, jak u pana trzeba wykonać, nie zrobiłem. Pan będzie pionierem, bo nie ma takiego samego pacjenta w takim samym wieku po takiej operacji z taką przepukliną".
Najpierw są przerażeni: "Jak to?!". A ja uważam, że trzeba być uczciwym w rozmowie z chorym, bo to jest poważna operacja. Żadna tam plastyka, jak niektórzy mówią.
A co jeśli chory nie trafi do odpowiedniego ośrodka? Czy taka ogromna przepuklina jest groźna dla zdrowia? I czy boli?
Jeśli pacjent nie podejmie leczenia, przepuklina będzie się powiększać i może dojść do momentu, że jej naprawa nie będzie już możliwa. Poza tym z czasem, jeżeli jelita zaczną przyrastać do ubytku w powłokach, to mogą spowodować niedrożność.
Dodam, że im przepuklina większa, tym – co może wielu dziwić – mniej groźna i mniej dokuczliwa. Przy małych może występować ucisk na nerwy albo zapalenie nerwu w okolicy przepukliny. Poza tym jeśli coś wpadnie we wrota takiej małej przepukliny, nie może wrócić z powrotem i puchnie, doprowadzając np. do martwicy tkanek. Natomiast monstrualne przepukliny nie bolą, stanowią jednak duży problem społeczny dla chorych.
Często trafiają do pana tacy chorzy?
Tak. Muszę przyznać, że mam obecnie coraz więcej takich pacjentów. W Polsce są trzy czy cztery ośrodki, które przyjmują chorych z monstrualnymi przepuklinami i teraz wielu pacjentów szuka w nich pomocy. Niestety, nie każdego można operować.
Często z powodu zaniedbań pacjentów: nieleczonych przez lata problemów, braku wykonywania badań profilaktycznych. Do rozległych operacji brzusznych wymagamy bardzo szczegółowej diagnostyki całego organizmu i zdarza się, że np. nagle się okazuje, że chory ma żylaki kończyn dolnych z chorobą zakrzepową, które go dyskwalifikują. Albo początkującą lub zaawansowaną chorobę nowotworową.
Tak. Jak wspomniałem, część przepuklin to przepukliny pooperacyjne po operacjach onkologicznych. Bywa, że pacjent przychodzi cztery lata po pierwotnej operacji związanej z nowotworem i się okazuje, że od dwóch lat się nie badał – mimo że według zaleceń po każdym leczeniu onkologicznym przez pięć lat powinien mieć wykonywane badania kontrolne.
Ten pan, który czekał na pomoc trzy lata, będzie operowany?
Tak, ale do operacji musi zredukować masę ciała o ok. 10 proc. Około 90 proc. moich pacjentów wymaga wcześniej schudnięcia. Co ciekawe, 20 proc. z nich rezygnuje przez to z operacji – część dlatego, że nie umie schudnąć, a część – bo efekty redukcji są na tyle słabe, że pacjenci uznają, że jednak przepuklina aż tak im nie przeszkadza.
Zdarza się, że wracają do pana gabinetu?
Do mnie nie, bo się wstydzą. Myślę, że idą do innego chirurga.
Ale jednak ok. 80 proc. pacjentów podejmuje wyzwanie i chudnie.
Tak. To jest najwspanialszy moment mojej pracy, gdy pacjenci dziękują: "gdyby nie pan, to nigdy bym nie schudł". Po operacji życie się zmienia, pacjenci wreszcie nie wstydzą się rozebrać na plaży, a dodatkowo cieszą ich drobiazgi, np. że wreszcie mogą zawiązać sobie sznurowadła.
Raz zadzwoniła do mnie ok. 30-letnia pacjentka i powiedziała, że chce się ze mną podzielić dwiema informacjami. Po pierwsze, dzięki operacji przepukliny i schudnięciu łącznie 25 kg, wymieniła całą szafę ubrań z butami włącznie. A po drugie – wreszcie ma udany seks!
Zmienił jej się kawał życia.
Tak, odzyskała wiarę w siebie, czuje się atrakcyjna. Mówiła, że wreszcie może założyć normalną koszulkę. Inny pacjent po operacji cieszył się, że będzie mógł tańczyć, wreszcie po sześciu latach pojedzie do sanatorium. To może się wydawać prozaiczne, ale przecież stanowi niezwykle ważny element codzienności.
Na ile trudne są operacje monstrualnych przepuklin? Pacjenci się ich obawiają?
Obawiają, ale to stres i dla nich i dla mnie. Taka operacja potrafi trwać nawet do pięciu godzin i przy żadnej operacji nie odważyłbym się powiedzieć, że będzie łatwa. Przed każdą muszę ułożyć dwa-trzy plany działania dla konkretnego chorego. Bo w trakcie zabiegu, po rozcięciu brzucha, nie ma czasu na rozmyślania.
Każda operacja się udaje?
Nie – w około połowie przypadków zabieg trzeba powtórzyć dwa-trzy razy.
Ja zawsze podkreślam, że powłoki brzuszne możemy naprawić wspólnie z pacjentem. On musi wykonywać wszystkie zalecenia, rozumieć, czego od niego oczekuję. Podjąć ten trud. Ja nie ukrywam przed pacjentem, że nie każda operacja się udaje. Jako lekarz staję przed wyborem, że jeśli nie zoperujemy pacjenta z monstrualną przepukliną, to ten chory będzie miał bardzo ograniczone życie, prawdopodobnie zamknie się w domu.
Jeśli jednak wspólnie podejmiemy ten trud, to statystyki są takie, że ośmiu na dziesięciu chorych ma poprawę standardu funkcjonowania.
A tych dwóch, u których operacja się nie powiodła?
Jeden będzie miał gorzej, a drugi co najmniej tak samo źle, jak przed operacją. A z nich co dziesiąty pójdzie do sądu. W tej chwili trwają sprawy sądowe związane z pacjentami, którzy nie są do końca zadowoleni po swoich operacjach. A przecież nikomu nie mówiłem, że wszystko na pewno się uda. Gdybym wiedział, że akurat w tych przypadkach się nie powiedzie, nie operowałbym. Dlatego tak ważna jest szczera rozmowa z pacjentem przed zabiegiem i jego świadoma zgoda nie tylko na operację, ale też na ewentualne powikłania...
Co by pan chciał na koniec przekazać pacjentom?
Właśnie to, że nie każdemu da się pomóc, że to nie wynika z niechęci personelu. Operujemy pacjenta, który ma co najmniej jedną chorobę, a najczęściej ma ich wiele. Nie można oczekiwać, jak w umowie o dzieło, że tak jak ustalimy, to tak będzie. Podejmujemy próbę naprawy zdrowia – w większości zakończonych sukcesem, ale bywa, że się nie udaje i nie jest to winą zespołu leczącego. Z każdej takiej sytuacji wyciągamy wnioski, aby nasz zespół nie rezygnował z wyzwań.
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.