Pielęgniarka oskarżona o podanie dzieciom nieznanej substancji. Sąd rozważa surowszą karę
Sąd Rejonowy w Szczecinku nie ogłosił w czwartek wyroku w sprawie 64-letniej pielęgniarki oskarżonej o zaszczepienie 40 dzieci nieustaloną substancją. Sędzia Katarzyna Brambor-Kwiatkowska zapowiedziała, że możliwa jest zmiana kwalifikacji prawnej czynów na surowszą. Z tego powodu postanowiła ponownie przesłuchać oskarżoną.
Sąd rozważa surowszą kwalifikację czynów
Na rozprawie obecni byli prokurator, pełnomocnik oskarżyciela posiłkowego oraz obrońca kobiety. Sama oskarżona nie pojawiła się w sądzie, zgodnie z przepisami nie miała takiego obowiązku. Sędzia poinformowała strony, że rozważa zastosowanie wobec Ewy B. surowszego przepisu kodeksu karnego.
Emocje wokół szczepionek. W Sejmie o obowiązkowym szczepieniu dzieci
Mowa o art. 160 par. 2, który dotyczy sytuacji, gdy sprawca naraża na niebezpieczeństwo osobę, nad którą ma obowiązek sprawować opiekę. Przepis ten przewiduje karę od trzech miesięcy do pięciu lat więzienia. Decyzja o ewentualnej zmianie kwalifikacji prawnej wymaga ponownego wysłuchania oskarżonej. Kolejną rozprawę sąd wyznaczył na 14 kwietnia br.
Prokuratura Okręgowa w Koszalinie zarzuca pielęgniarce narażenie 40 dzieci, w większości niemowląt, na niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Według śledczych zamiast zamówionej szczepionki skojarzonej kobieta podawała im nieustaloną substancję.
Rodzice mieli płacić za nierefundowany preparat, który - jak ustalono w toku śledztwa - nie był podawany dzieciom. W ten sposób kobieta miała wprowadzać ich w błąd i wyłudzić pieniądze. Łączna kwota strat została oszacowana na co najmniej 16 tys. zł. Do zdarzeń miało dojść w latach 2016-2019, gdy oskarżona pracowała jako pielęgniarka odpowiedzialna za szczepienia ochronne w jednej z przychodni w Szczecinku.
Oskarżona nie przyznaje się do winy
Podczas pierwszej rozprawy w kwietniu ubiegłego roku kobieta nie przyznała się do zarzutów. Twierdziła, że przez prawie trzy dekady wykonywania szczepień nie podała żadnemu dziecku niewłaściwej substancji. Przyznała jedynie, że mogła popełnić błędy w dokumentacji medycznej, np. nie wpisać numeru serii szczepionki lub pomylić datę.
Proceder został ujawniony w 2019 roku. Jedna z matek zwróciła uwagę, że cena szczepienia w przychodni była niższa niż koszt preparatu w aptece. Skontaktowała się z producentem szczepionki, aby potwierdzić numer serii wpisany do dokumentacji dziecka. Otrzymała informację, że taka seria w ogóle nie została wyprodukowana.
Nieprawidłowości odkrył również inny rodzic. Podczas wizyty u lekarza okazało się, że w książeczce zdrowia dziecka znajdują się daty szczepień, ale brakuje numerów serii i innych danych preparatu. Proces w tej sprawie nadal trwa, a ostateczne rozstrzygnięcie ma zapaść po kolejnej rozprawie zaplanowanej na połowę kwietnia.
Źródło: PAP
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.