Prof. Mazurowski skończył 100 lat. To wybitny neurochirurg
Prof. Witold Mazurowski, jeden z najbardziej doświadczonych polskich neurochirurgów, skończył 100 lat. W rozmowie z "Faktem" wraca do czasów, gdy medycyna wyglądała zupełnie inaczej - zarówno pod względem organizacji, jak i codziennej pracy lekarzy.
Operacje o każdej porze dnia i nocy
Jego wspomnienia to nie tylko historia rozwoju neurochirurgii, ale też obraz systemu, w którym liczyło się przede wszystkim natychmiastowe działanie. - Uważałem, że kolejka do leczenia jest czymś nieetycznym - powiedział w rozmowie z "Faktem".
Antoni Huczyński – ma 95 lat, a wigoru może mu pozazdrościć niejeden nastolatek
Droga do zawodu lekarza zaczęła się jeszcze w czasie II wojny światowej. Mazurowski wspomina, że decyzję o wyborze medycyny podjął, obserwując rannych żołnierzy. W kolejnych latach trafił do Warszawy, gdzie rozpoczął studia i związał się z neurochirurgią - dziedziną, która w tamtym czasie była jedną z najbardziej wymagających. Warunki pracy znacząco odbiegały od współczesnych standardów. - Anestezjologów właściwie wtedy nie było. Neurochirurdzy sami podawali znieczulenie - wspomniał.
Najbardziej intensywny okres jego kariery przypadł na pracę przy tworzeniu oddziału neurochirurgii w Szpitalu Bródnowskim. Przez pewien czas był tam praktycznie jedynym operującym specjalistą. - Przez cały rok operowałem właściwie wszystko sam. Od rana do nocy - dodał.
Pacjenci trafiali głównie z ciężkimi urazami głowy, często po bójkach i w stanie nietrzeźwym. Zdarzały się sytuacje graniczne, ale także takie, które na długo zapadały w pamięć. Jednym z nich był pacjent z tatuażem na głowie "śmierć fryzjerom". Mimo ciężkiego stanu udało się go uratować.
Głośne sprawy i trudne decyzje
Mazurowski brał udział w wielu głośnych przypadkach medycznych. Był m.in. jednym z pierwszych lekarzy na miejscu śmierci żony prof. Kazimierza Tarwida. Wspomina także próbę pomocy Krzysztofowi Komedzie. - W Polsce w tamtym czasie było już za późno - ocenił z perspektywy lat. Podkreśla, że problemem nie była sama operacja, lecz brak wcześniejszej diagnozy. W jego opinii, przy odpowiednim rozpoznaniu, leczenie mogło być stosunkowo proste.
Lekarz wielokrotnie podkreśla, że w jego pracy nie było miejsca na odkładanie leczenia. - Jeśli pacjent kwalifikował się do leczenia, to powinien być przyjęty i operowany - zaznaczył. Przyznaje, że takie podejście powodowało napięcia organizacyjne, a pacjenci bywali hospitalizowani nawet na korytarzach. Mimo to uważał, że najważniejsze jest zapewnienie pomocy.
Choć nie idealizuje realiów PRL, wskazuje, że mimo wielu ograniczeń praca lekarza dawała poczucie sensu. Jednocześnie nie ukrywa, że cena za to zaangażowanie była wysoka - życie prywatne zeszło na dalszy plan.
W rozmowie pojawiają się także mniej oczywiste wątki. Lekarz wspomina, że pacjenci często okazywali wdzięczność w formie drobnych upominków. - Tych butelek było tyle, że trudno było się zorientować - wyjaśnia, mówiąc o alkoholu, który trafiał do niego po leczeniu pacjentów.
Dziś, po zakończeniu praktyki w wieku 95 lat, Mazurowski patrzy na swoją karierę z dużym dystansem. Za najważniejsze uznaje zdrowie i sens wykonywanej pracy. - Pracę, którą wybrałem, wykonywałem z prawdziwym entuzjazmem - podsumował. Jego historia to nie tylko zapis zmian w medycynie, ale też świadectwo podejścia do zawodu, w którym liczyła się przede wszystkim odpowiedzialność za drugiego człowieka.
Źródło: Fakt
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.