"To był straszny cios"
O tym, że 62-letni obecnie Roman Zydorczyk żyje i może nadal poświęcać się swojej pasji – kulturystyce – przesądziła być może jazda autobusem. I jego żona, która siedziała wtedy na siedzeniu naprzeciwko.
– Spojrzałam na Romana i zobaczyłam, że ma na szyi gulę wielkości kurzego jajka. Zapytałam, czy go to boli. Odpowiedział, że nie, ale czuje, że ma tam jakąś "górkę" – opowiada Jolanta w rozmowie z WP abcZdrowie.
Był 2017 rok, a Roman od kilku miesięcy czuł się osłabiony, jakby brała go grypa. Dopiero uwaga żony skłoniła go do wykonania badań. Po USG radiolog kazał pilnie skontaktować się z lekarzem rodzinnym. Nie chciał powiedzieć nic więcej. Tak Roman trafił do szpitala, gdzie pobrano wycinek ze zmiany.
– Wtedy spadła na nas bomba: to przerzut nowotworu na węzły chłonne. Trzeba było działać szybko. Skierowano mnie na kolejne badania, miałem też operację z usunięciem węzłów chłonnych. Usłyszałem od lekarza, że mam raka krtani w trzecim stadium – mówi Roman. – To był straszny cios. Brak słów. Wyszedłem na korytarz, poszedłem do okna i pomyślałem: trzeba walczyć.
– Obserwujemy coraz więcej chorych poniżej 60. roku życia z rakiem krtani – komentuje w rozmowie z WP abcZdrowie prof. Wojciech Golusiński, kierownik Katedry i Kliniki Chirurgii Głowy, Szyi i Onkologii Laryngologicznej Uniwersytetu Medycznego im. K. Marcinkowskiego w Wielkopolskim Centrum Onkologii w Poznaniu. – Jeśli pojawia się guz na szyi, to oznaka, że rak krtani jest już naprawdę zaawansowany – w III lub IV stadium – i mamy do czynienia z przerzutami do układu chłonnego szyi.
Ekspert potwierdza, że nowotwór bywa mylony z przeziębieniem. – Pacjenci z rakiem krtani często przypisują swoje objawy banalnym infekcjom. Myślą, że to minie i czekają. Jeśli jednak symptomy nie mijają po trzech tygodniach, należy się bezwzględnie zgłosić do lekarza – przestrzega.
"Jeśli przeżyję, pojadę na zawody"
Z tego, co było po diagnozie, Roman pamięta niewiele – o jego leczeniu opowiada głównie Jolanta, która nie odstępowała męża na krok. Roman wspomina jednak pamiętne słowa lekarza.
– Zawsze załamuje mi się głos, gdy to mówię, ale lekarz powiedział mi wtedy: "leczenie będzie bardzo ciężkie, ale jeżeli przetrwasz, to będziesz żył". Uchwyciłem się tych słów, że będzie mi trudno, ale jak zacisnę zęby, to się uda – mówi ze łzami w oczach.
W sumie przeszedł 33 naświetlania i pięć chemioterapii. – Nie mógł łykać, był karmiony przez sondę, całe gardło miał spalone. Jego organizm był zdewastowany. Odkasływał skrzepy krwi, dusił się, w środku i na zewnątrz szyi miał jedną wielką ranę – opowiada Jolanta.
Był wycieńczony i półprzytomny, ale w drodze do zdrowia przyświecał mu jeden cel: powrót do ukochanego sportu, któremu poświęcał się od nastoletnich lat – kulturystyki.
– Byłem jakby poza światem, odurzony lekami. W najgorszych momentach, gdy leżałem bez sił, myślałem sobie: jeśli przeżyję, pojadę na zawody. To mnie mobilizowało – opowiada.
– Na czas choroby nawet nie zrezygnował z opłacania siłowni. Miał stałe zlecenie i przez te wszystkie miesiące pobierało nam pieniądze z konta. Wiedział, że w końcu wróci – dodaje Jolanta.
Spakowana na siłownię torba wciąż czekała
Miłość Romana do sportu zaczęła się już w dzieciństwie. Jako dziecko grał w piłkę nożną w Polonii Leszno. Przeszkadzało mu jednak, że w czasie meczu wygrana nie zależy od niego. Gdy miał 15 lat, znajomy wciągnął go w kulturystykę.
– To było prawie 50 lat temu, inne czasy. Nie było takiego profesjonalnego sprzętu jak teraz. Ćwiczyłem w spartańskich warunkach, ale już od pierwszego podniesienia sztangi czułem, że to jest to – przyznaje z uśmiechem.
Z czasem zaczął startować w zawodach, zdobywać kolejne medale – w tym wicemistrza juniorów. Zwolnił, gdy założył rodzinę, przeprowadził się do Kopenhagi – praca i dzieci sprawiły, że nie pozostawało już czasu na przygotowania do startów. Nadal jednak trenował – jak sam przyznaje, ćwiczenia to jego nałóg, z którego nie umie zrezygnować. Teraz wie, że to zwiększyło jego szanse na przeżycie. Gdy zachorował, ważył 100 kg. W ciągu dwóch miesięcy schudł 30 kg.
– Sport mi pomógł – nie tylko mentalnie, aby walczyć o życie, ale i fizycznie, bo dzięki treningom byłem w dobrej formie, miałem mięśnie i miałem, z czego chudnąć. Myślę, że inny na moim miejscu mógłby nie przeżyć – zauważa Roman.
Przyznaje jednak, że miewał chwile załamania. – Raz powiedziałem żonie, że już nie dam rady. Poddaję się – opowiada.
– Spojrzałam mu wtedy w oczy i powiedziałam: skoro do tej pory wytrwałeś, to wytrwasz jeszcze troszeczkę. To była końcówka leczenia – dopowiada Jolanta.
– Nie wstawałem przez dziewięć miesięcy, ale torba na siłownię była wciąż spakowana. Czekała na mnie. Co próbowałem wstać, bo myślałem, że już jest lepiej, że już dziś pójdę na trening, to znów musiałem się kłaść. Cały czas marzyłem o powrocie do ćwiczeń, bo wiedziałem, że to mnie podniesie psychicznie na duchu – Roman ukradkiem ociera łzę.
Osiem lat powrotu do kulturystyki
Od zakończenia leczenia minęło już dziewięć lat. Powrót do zdrowia był długi i mozolny – Roman przyznaje, że do dziś nie może dużo mówić, bo szybko się męczy. Miewa też problemy z oddychaniem. – Ale żyję. I to jest najważniejsze – podkreśla.
W przeszłości pracował jako malarz na budowach, ale musiał zrezygnować ze względu na ryzyko związane z wdychaniem chemikaliów. Teraz sprząta, a po godzinach ćwiczy. Nie zrezygnował ze swojej pasji.
– Osiem lat wracałem do kulturystyki. To było osiem lat bólu, mozolnych ćwiczeń i wyrzeczeń. Walczyłem dzień w dzień i udało się – w sumie po 13 latach od ostatniego startu znów pojechałem na zawody mistrzostw Polski. Zdobyłem tytuł wicemistrza kategorii Masters powyżej 60 lat – opowiada z dumą.
– Pamiętam, jak w 2024 roku stanąłem na scenie i pomyślałem, że mi nawet nie chodzi o wygraną, tylko by tu być. Dopiąłem swego, sięgnąłem po marzenia. Udało mi się – dodaje. – Wygrana była dla mnie ogromnym szokiem – pojechałem bez większych oczekiwań, a tu puchar. To dało mi siłę do kolejnych startów.
W październiku 2025 Roman został mistrzem Polski, a w czerwcu 2026 – wicemistrzem Europy kategorii Masters powyżej 60 lat.
– Rak dużo mi zabrał, ale uważam, że teraz, po chorobie, przeżywam najpiękniejsze chwile swojego życia. Kiedyś byłem bardzo skryty, stawałem z tyłu. Teraz jestem odważniejszy, przełamałem swoje słabości, bardziej wychodzę do ludzi – mówi.
– Kulturystyka tchnęła w niego pewność siebie. Jako mały chłopiec Roman był malutki, chorowity, miał epilepsję i wciąż porównywano go z siostrą, która się bardzo dobrze uczyła. Zawsze był gdzieś z tyłu. Czuł się niepełnowartościowy. Teraz odżył – dodaje Jolanta.
Roman nie zapomina o regularnych badaniach. Jak podkreśla prof. Golusiński, każdy rok po wyleczeniu zmniejsza ryzyko nawrotu, ale go nie niweluje.
– Niestety, w tej grupie nowotworów mamy do czynienia z tak zwanym drugim ogniskiem pierwotnym, np. nagle po paru latach może pojawić się rak języka, podniebienia, gardła środkowego – wylicza ekspert.
Mimo pracy fizycznej nie ma dnia, żeby Roman odpuścił trening. Słuchając jego opowieści, trudno oprzeć się wrażeniu, że choroba wręcz pogłębiła jego pasję do sportu.
– Trzeba pamiętać, żeby nie odkładać marzeń na później. Bo ja marzyłem o startach w zawodach i wciąż je przekładałem – może za rok… A potem przyszła choroba i mało brakowało, a już nigdy bym nie wystartował – mówi, kręcąc głową. – Ale teraz bardziej doceniam zdrowie. Marzę o tym, aby jak najdłużej móc trenować. Nie stawiam sobie żadnej granicy. We wrześniu chcę znów wystartować w mistrzostwach Polski. A potem będą mistrzostwa świata w Belgii.
– Chciałbym przekazać innym, by nigdy nie zwątpili w siebie i w swoje możliwości. A jeśli mają swoją pasję, by nawet w najgorszych momentach wierzyli w to, że wrócą do niej, że będą robili to, co kochają. Bo nie ma w życiu nic ważniejszego niż robić to, co się kocha. To trzyma przy życiu – dodaje.
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.