Dr n. med. Bernard Waśko, dyrektor Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego PZH przypomina, że w czasie pandemii za jeden dyżur można było dostać 8–10 tys. zł. To na nowo zdefiniowało poziom oczekiwań lekarzy – uświadomili sobie, że można tak dużo zarabiać w sektorze publicznym. Jednocześnie, gdy COVID-19 się skończył, oczekiwania płacowe medyków wcale nie wróciły do poprzedniego stanu.
Protest po czwartej fali
To był wrzesień 2021 r., czas czwartej fali pandemii, kiedy wiadomo już było, że COVID wygasa. Widząc, że kończy się "covidowe Eldorado", praktycznie wszystkie zawody medyczne przyłączyły się do protestu lekarzy. Rozstawiono namioty pod Kancelarią Premiera, przedkładając listę kosmicznych żądań, których koszt realizacji tylko w 2022 r. wyniósłby 104 mld zł.
Anna Gołębicka “Długowieczność zaczyna się od zdrowia”
Protest zakończył się kompromisem wynegocjowanym z ówczesnym wiceministrem zdrowia Piotrem Bromberem.
Dyrektor wskazuje, że wspomniana ustawa największy wpływ miała na zarobki lekarzy stażystów i rezydentów, czyli te finansowane wprost z budżetu państwa, a jej roczny skutek dla NFZ po czterech latach obowiązywania przekracza już 70 mld zł.
Zarobki pochłaniają wszystkie pieniądze
– Te dodatkowe zarobki miały spaść z nieba? Pochłonęły wszystkie dodatkowe pieniądze ze wzrostu składek zdrowotnych pacjentów, a ponieważ to nie wystarcza, budżet państwa musi aktualnie dotować NFZ na poziomie ok. 40 mld zł rocznie – wskazał w rozmowie z "Rzeczpospolitą" szef Instytutu.
Wysokie zarobki lekarzy – jak przypomniał dr Waśko – wpływają na rosnące i coraz bardziej drastyczne zadłużenie szpitali.
– Z reguły ci dyrektorzy szpitali, którzy płacą te bajońskie sumy, są jednocześnie najbardziej zadłużeni. Robią to za pieniądze publiczne, nie ponosząc żadnej osobistej odpowiedzialności za takie decyzje. Przecież tego długu nie będą musieli spłacać oni sami, tylko wszyscy się na to zrzucimy, bo są to publiczne pieniądze – zaznaczył dyrektor.
– Problem polega na tym, że nawet menedżer, który chciałby powiedzieć "dość", nie ma pewności, czy jego kolega w innym, jeszcze bardziej zadłużonym szpitalu obok nie powie: "zapraszam do mnie, ja płacę więcej". Gdyby funkcjonował skuteczny nadzór właścicielski i odpowiedzialność personalna zarządzających, takie sytuacje byłyby sporadyczne – podkreślił.
Dr n. med. Bernard Waśko zauważył również, że lekarze zatrudnieni w prywatnych klinikach mają minimalne szanse na liczone w milionach złotych zarobki (z wyjątkiem może nielicznych specjalistów w chirurgii plastycznej, neurochirurgii czy ortopedii), w przeciwieństwie do swoich kolegów zatrudnionych w państwowych szpitalach. – W sektorze prywatnym generalnie nie ma takich zarobków – podsumował.
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.