Tragedia 3-miesięcznej Basi w szpitalu. Wyrok nie zakończył sprawy
Tragedia, do której doszło w krakowskim szpitalu im. Żeromskiego, do dziś budzi emocje. Choć od śmierci trzymiesięcznej dziewczynki minęło już 10 lat, sprawa nadal nie doczekała się ostatecznego finału. Teraz krakowski sąd ma zdecydować, kto rzeczywiście ponosi odpowiedzialność za śmierć dziecka.
W tym artykule:
Tragiczna pomyłka na oddziale zakaźnym
Do tragedii doszło w lipcu 2016 roku. Niemowlę trafiło na oddział zakaźny z ostrym nieżytem żołądkowo-jelitowym. Basia miała być dożylnie nawadniana, wdrożono też antybiotykoterapię. W trakcie leczenia doszło jednak do fatalnej pomyłki. Zamiast właściwego preparatu: chlorku sodu podano jej chlorek potasu. Skutki były dramatyczne — doszło do zatrzymania krążenia. Mimo podjętej reanimacji życia dziecka nie udało się uratować.
Śledztwo prowadzone po zdarzeniu miało wyjaśnić, czy zawiniła wyłącznie osoba podająca substancję, czy także lekarze odpowiadający za leczenie i organizację opieki. Prokuratura uznała, że odpowiedzialność mogą ponosić trzy osoby: pielęgniarka, która wykonała kroplówkę, oraz dwie lekarki pełniące wówczas dyżur. Jedna z nich miała wydać ustne polecenie dotyczące preparatu, druga zaś — według śledczych — obrać niewłaściwy sposób leczenia i nie zapewnić odpowiedniej kontroli stanu dziecka.
Śledczy badali odpowiedzialność trzech osób
Jak relacjonuje "Wprost" w toku procesu oskarżeni przedstawiali zupełnie różne wersje wydarzeń. Pielęgniarka przekonywała, że nie działała samowolnie, a jedynie wykonała polecenie lekarza. - Za każdym razem można było odczuć, że pielęgniarka jest niżej od lekarza i żadna dyskusja nie wchodziła w grę. My pielęgniarki miałyśmy tylko wykonywać jej polecenia - mówiła pielęgniarka cytowana przez "Wprost". Twierdziła też, że na oddziale ustne zlecenia były codzienną praktyką, a pielęgniarki nie zawsze miały dostęp do dokumentacji medycznej.
Z kolei jedna z lekarek stanowczo zaprzeczała, by kiedykolwiek nakazała podanie takiej substancji. - Nie wydałam ustnego zlecenia podania 10 mililitrów potasu. Takie zlecenie było skrajnie sprzeczne z wiedzą medyczną. Pielęgniarka była w absolutnej rozpaczy i krzyczała, według świadków, że pomyliła się i podała zły lek - oznajmiła przed sądem.
Dodatkowe wątpliwości wzbudziły ustalenia po kontroli ministerialnej. Wskazywano m.in. na złą organizację pracy, niejasny podział obowiązków, braki kadrowe oraz niewystarczające przygotowanie personelu do wykonywania resuscytacji. To sprawiło, że tragedia zaczęła być postrzegana nie tylko jako efekt jednostkowego błędu, ale także możliwy rezultat szerszych zaniedbań systemowych.
Wyrok nie zakończył sprawy
Sąd pierwszej instancji uznał ostatecznie, że winę za śmierć dziecka ponosi wyłącznie pielęgniarka. Została skazana na karę więzienia w zawieszeniu i zobowiązana do wypłaty zadośćuczynienia: po 200 tysięcy dla każdego rodzica. Obie lekarki zostały uniewinnione. Takie rozstrzygnięcie nie zakończyło jednak sprawy. Apelacje złożyły wszystkie strony — obrona, prokuratura i pełnomocnik rodziców. Teraz krakowski sąd odwoławczy zdecyduje, czy pierwszy wyrok się utrzyma, czy też sprawa będzie miała inne zakończenie.
Źródło: Wprost
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.