139 zgonów, 600 potencjalnych przypadków. Epidemia wirusa zbiera żniwo

Epidemia wywołana wirusem Bundibugyo, należącym do ebolawirusów, została uznana przez Światową Organizację Zdrowia (WHO) za zagrożenie zdrowia publicznego o zasięgu międzynarodowym. Choroba szerzy się w Demokratycznej Republice Konga i w Ugandzie, a osoby z grupy ryzyka trafiają już do europejskich szpitali. Czy Polacy mają się czego obawiać?

ebolaWHO informuje o nowych zakażeniach wirusem eboli
Źródło zdjęć: © Getty
Magdalena Pietras

Coraz więcej przypadków zakażeń

Szybki rozwój epidemii potwierdzają najnowsze informacje rządu w Kinszasie. Od chwili wykrycia ogniska w Demokratycznej Republice Konga jest już 600 podejrzanych przypadków zachorowań i 139 zgonów potencjalnie z powodu wirusa ebola. Oficjalne statystyki w krótkim czasie mniej więcej się podwoiły.

Sytuacja jest monitorowana także w Europie. Czechy przygotowują się na przyjęcie amerykańskiego lekarza, który miał kontakt z wirusem podczas pobytu w Ugandzie. Mężczyzna, mimo że nie ma objawów choroby, ma zostać przewieziony do specjalistycznego Szpitala Klinicznego Bulovka w Pradze w specjalnej izolacyjnej kabinie transportowej. Pacjent ma pozostać pod obserwacją przez trzy tygodnie. Media informowały również o kilku innych osobach z grupy ryzyka, które mają trafić do szpitali w Europie. Czy te informacje powinny zwiększyć czujność wśród Polaków?

Czy wirus stanowi zagrożenie dla Polski?

- Chciałabym uspokoić, wirus ebola stanowi zagrożenie przede wszystkim w krajach Afryki Środkowej i Zachodniej, gdzie ogniska tej choroby pojawiają się regularnie - tłumaczy w rozmowie z WP abcZdrowie prof. Agnieszka Szuster-Ciesielska, wirusolog z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. - Polacy nie są w żaden sposób zagrożeni w tym momencie.

Zaznacza jednocześnie, że nie jest to wirus, którym łatwo się zakazić, ponieważ nie szerzy się drogą powietrzną, tak jak grypa czy SARS-CoV-2. Do zakażenia dochodzi przede wszystkim przez bezpośredni kontakt z krwią, wydzielinami lub wydalinami osoby zakażonej. Możliwe jest także zakażenie podczas kontaktu ze zwłokami osoby zmarłej z powodu choroby albo z zakażonymi zwierzętami, m.in. nietoperzami i małpami.

Jak zaznacza profesor, to właśnie nietoperze są uznawane za pierwotny rezerwuar wirusów gorączek krwotocznych, w tym wirusa ebola. Patogen może znajdować się m.in. w ich kale, moczu i ślinie. Kontakt człowieka z takimi wydzielinami może doprowadzić do zakażenia. - To jest moment przekroczenia granicy gatunkowej z nietoperza na człowieka. Później wirus rozprzestrzenia się już wśród ludzi - wyjaśnia ekspertka.

Profesor przypomina, że największa dotychczas epidemia eboli miała miejsce w Afryce Zachodniej od 2013 r. i objęła trzy państwa. Zachorowało wówczas ponad 20 tys. osób, a śmiertelność wynosiła około 64 proc.

Jakie objawy daje ebola?

Ekspertka podkreśla, że do zakażenia dochodzi po bezpośrednim kontakcie z osobą, u której wystąpiły już objawy. Początkowo łatwo je jednak przeoczyć, bo choroba może przypominać grypę lub inną "zwykłą" infekcję.

Najpierw obserwuje się m.in. gorączkę, bóle stawów i mięśni czy osłabienie. Następnie może wystąpić wysypka, a stan chorego gwałtownie się pogarsza. - Pojawiają się krwotoki, które przybierają na sile. Krew wypływa wszystkimi otworami ciała. Na końcu następuje rozpad silnie ukrwionych narządów miąższowych, takich jak wątroba i śledziona, oraz bardzo poważne zaburzenia pracy układu krążenia i oddechowego - opisuje prof. Szuster-Ciesielska.

Dlaczego choroba może pojawić się poza Afryką?

Choć ebola jest zagrożeniem przede wszystkim dla krajów Afryki Środkowej i Zachodniej, gdzie ogniska choroby pojawiają się regularnie, to problemem jest długi okres, w którym wirus namnaża się w organizmie.

- Turyści czy osoby z innych kontynentów, które tam przebywają, mogą przywieźć tę chorobę, dlatego że okres inkubacji trwa około dwóch, trzech tygodni. Choroba może rozwinąć się już po powrocie do domu - mówi wirusolog.

Tłumaczy, że w przypadku osoby kierowanej do kliniki w Czechach chodzi o działanie profilaktyczne. - Na razie nie ma objawów. Jest to działanie czysto prewencyjne, aby zaobserwować, czy pojawią się jakiekolwiek symptomy - tłumaczy prof. Szuster-Ciesielska.

Wirusolog podkreśla, że obecnie nie ma powodów do paniki w Polsce ani w innych krajach Europy. Ogniska gorączek krwotocznych są monitorowane przez WHO i CDC, a przypadki osób z kontaktu są obejmowane izolacją i obserwacją.

Nie należy panikować

Ebola uchodzi wciąż za jeden z najgroźniejszych wirusów ze względu na ciężki przebieg choroby i wysoką śmiertelność. Ekspertka zwraca jednak uwagę, że o skali zagrożenia decyduje nie tylko śmiertelność, ale też łatwość rozprzestrzeniania się.

- Wirusy o mniejszej śmiertelności, ale bardzo łatwo rozprzestrzeniające się w populacji, na przykład drogą oddechową, w rezultacie powodują większą liczbę zgonów niż wirus ebola, który występuje na ograniczonym terenie - podkreśla prof. Szuster-Ciesielska.

Warto również podkreślić, że za obecną epidemię odpowiada wariant Bundibugyo, uznawany za mniej zjadliwy niż najgroźniejsze szczepy wirusa ebola. Za najbardziej śmiercionośne uważa się warianty Sudan i Zair.

Magdalena Pietras, dziennikarka Wirtualnej Polski

Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.

Wybrane dla Ciebie