Domagają się pieniędzy na podwyżki i leczenie. "Protest będzie eskalował"
Szpitale powiatowe alarmują, że ich sytuacja finansowa jest na tyle dramatyczna, że grozi zamykaniem oddziałów, a nawet całych lecznic. Od resortu zdrowia domagają się pilnych zmian i straszą eskalacją protestu. - Pożyczamy pieniądze i dokładamy, by mogły działać. W skali roku to ok. 10-15 mln zł. Kogo stać na takie subsydiowanie? - alarmował dyrektor szpitala w Lubaczowie.
"Dokładamy ciężkie miliony"
"Ratujemy życie, a system nas zabija", "Dość leczenia na kredyt", "Stop dyskryminacji finansowej szpitali powiatowych". To tylko niektóre alarmujące hasła na transparentach uczestników wtorkowego protestu przed Ministerstwem Zdrowia. W tłumie protestujących, którzy przyjechali do Warszawy z całej Polski, byli dyrektorzy szpitali powiatowych i pracujący w nich medycy, a także samorządowcy.
- Nie możemy tkwić w stagnacji, jaka obecnie panuje w ochronie zdrowia, bo to grozi zaprzestaniem funkcjonowania wielu oddziałów, a wręcz szpitali - alarmował w rozmowie z WP abcZdrowie Piotr Cencora, dyrektor szpitala powiatowego w Lubaczowie, który protestował we wtorek przed budynkiem resortu zdrowia (na zdj. w środku). Podkreślił, że sytuacja, w jakiej znalazły się szpitale powiatowe, jest już na tyle dramatyczna, że protest był jedynym wyjściem.
Przypomnijmy, że wśród głównych postulatów Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Szpitali Powiatowych jest zapłata za świadczenia udzielone w ubiegłym roku - zarówno limitowane, jak i nielimitowane, a także zmiana sposobu rozliczania świadczeń w systemie miesięcznym (od kwietnia). Organizatorzy protestu domagają się także pełnego finansowania podwyżek wynagrodzeń z budżetu państwa dla wszystkich pracowników niezależnie od formy ich zatrudnienia.
- Potrzebujemy przewidywalnego systemu, który wprowadza konkretne rozwiązania prawne, ale też daje na to pieniądze - zaznaczał w rozmowie z WP abcZdrowie Waldemar Malinowski, prezes Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Szpitali Powiatowych.
- W naszym przypadku najbardziej zagrożone są trzy oddziały: ginekologiczno-położniczy, pediatryczny, chirurgii ogólnej. Dokładamy ciężkie miliony do funkcjonowania niektórych oddziałów. Dłużej nas na to nie stać - ani szpitala, ani starostwa. Pożyczamy pieniądze i dokładamy, by mogły działać. W skali roku to ok. 10-15 mln do działalności. Kogo stać na takie subsydiowanie? - podkreślał dyrektor szpitala w Lubaczowie.
Według niego potrzeba rozwiązań systemowych, które zagwarantują szpitalom także subsydiowanie przez państwo lub takich, które pozwolą lecznicom zarabiać. - My jesteśmy w stanie na siebie zarobić, ale NFZ nie ma pieniędzy i nie pozwala nam na to. Ogranicza nam kontrakty, nie wypłaca nadwykonań - wyliczał Cencora.
Jak dodał, jego szpital dostał propozycję znacznie niższego kontraktu, mimo że w ubiegłym roku zrealizował go w 100 proc. - Powinniśmy dostać ok. 107 mln zł, a dostaliśmy znacznie mniej, 105 mln zł - doprecyzował Cencora.
Wyjaśnił też, jak szpitale już odczuwają zmianę związaną z programem "Dobry posiłek", na który nie ma już odrębnych środków. - Został on włączony w wycenę świadczeń. Automatycznie obniża się więc ilość świadczeń, które możemy wykonać, bo musimy zmieścić się w tych samych pieniądzach. Kontraktu nie zwiększono przecież o tę skalę - tłumaczył nam dyrektor.
Miliony zaległości i brak pieniędzy na podwyżki
Dyrektorzy szpitali powiatowych wskazują też na zaległości w płatnościach NFZ. - Zaległości dotyczące świadczeń limitowanych. W naszym szpitalu to w skali roku ok. 4 mln zł. Co prawda MZ komunikuje, że zostaną zapłacone, ale być może nie będzie to w 100 proc., tylko w 30 proc. Kto to ma dołożyć te 70 proc.? Czy my znowu jako szpital powiatowy mamy realizować konstytucyjne obowiązki państwa? - nie krył irytacji Cencora.
Dyrektorzy szpitali powiatowych mówią wprost, że finansowo "dobijają" ich też podwyżki, bo nie mają na nie środków. - Dojdzie do tego, że będziemy się posiłkować środkami, które są przeznaczone na leczenie pacjentów. Ograniczymy przyjmowanie pacjentów, jeśli chodzi o zabiegi planowe. Jest problem z płatnościami za leki w programach lekowych, a to powoduje, że łamie się łańcuch dostaw. Firmy, które dostarczają te leki, nie chcą ich dostarczać. Trzeba wybierać czasami pacjentów, którzy się kwalifikują, a nie o to chodzi w tym systemie - podkreślił podczas protestu Malinowski.
- W ubiegłym roku nie dostaliśmy wystarczających środków na zobowiązania wynikające z tzw. ustawy podwyżkowej. Szczególnie dotyczy to osób, które są zatrudnione na umowach cywilnoprawnych. W poprzednich latach podwyżki obejmowały wszystkich pracowników, a teraz osoby na kontrakcie zostały pominięte, a przecież one też świadczą usługi - podkreślił w rozmowie z WP abcZdrowie Jerzy Walgolewski, dyrektor szpitala w Makowie Mazowieckim.
Przyznał, że w przypadku jego szpitala na podwyżki zabrakło 3 mln zł. - Nam nie chodzi o to, by zlikwidować ustawę podwyżkową (takie zarzuty pojawiły się m.in. ze strony Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych, które uważają, że pracodawcy chcą uchylenia ustawy o minimalnych wynagrodzeniach, a w konsekwencji chcą "odebrać im wynagrodzenia" - red.). Podwyżki zrealizowały już pewien cel - na pewno uatrakcyjniły i urealniły płace. Chodzi nam o to, by szpitale miały na realizację świadczeń, a nie tylko wypłatę wynagrodzeń, których koszty w wielu placówkach sięgają nawet 100 proc. przychodów z kontraktu. U nas nie przekracza to 70 proc. - przyznał dyrektor.
Dodał, że wpływy ze składek nie pokryją wzrostów wynagrodzeń w takim tempie, więc trzeba "ustalić zasady, które będą to bilansowały".
MZ obiecuje dialog
Ministerstwo Zdrowia zareagowało na protest, a postulaty od jego organizatorów odebrał wiceminister zdrowia Tomasz Maciejewski. Zadeklarował też gotowość do rozmów z Ogólnopolskim Związkiem Pracodawców Szpitali Powiatowych.
- Bezpieczeństwo pacjentów jest dla nas wszystkich bardzo ważne i na pewno wspólny dialog, współpraca i dalsza praca nad zmianą systemu ochrony zdrowia to jedyna droga, by rozwiązać współczesne problemy - powiedział Maciejewski.
Dialog jest tu kluczowy, bo organizatorzy protestu nie zamierzają odpuścić. - Dajemy czas Ministerstwu Zdrowia i rządowi do końca marca. Jeśli nic się nie zmieni, protest będzie eskalował - zapowiedział Waldemar Malinowski.
Tymczasem Narodowy Fundusz Zdrowia podsumował skalę nadwykonań za 2025 rok. Pieniądze obiecuje jeszcze w marcu. Kwota nadwykonań w świadczeniach nielimitowanych (np. udary, zawały, porody, diagnostyka obrazowa, wizyty u lekarzy specjalistów) to 1,62 mld zł, a nadwykonań limitowanych za leki w programach lekowych i w chemioterapii - 1,09 mld zł. NFZ ma w pierwszej kolejności rozliczyć nadwykonania nielimitowane. Środki na ten cel mają trafić do placówek medycznych, głównie szpitali, jeszcze w marcu.
Katarzyna Prus, dziennikarka Wirtualnej Polski
Źródła:
- WP abcZdrowie
- Narodowy Fundusz Zdrowia
- PAP
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.