Do końca roku bez zapisów?
- Limity w AOS. Kilka dni po ogłoszeniu NFZ zmian w limitach w AOS dostałem informacje z dużego kardioAOS, że od września do końca roku z powodu limitów wstrzymane będą wizyty pacjentów - zaalarmował na X dr hab. n. med. Michał Chudzik, kardiolog z Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.
Skąd te limity? Do niedawna NFZ rozliczał nadwykonania (świadczenia ponad limit określony w umowie z NFZ) w poradniach co kwartał. Od 1 lipca obowiązują nowe zasady - rozliczenie roczne. To, jak wskazują także inni lekarze, wydłuży kolejki, a pacjenci mogą odczuć tę zmianę już w perspektywie najbliższych miesięcy.
- NFZ podejmuje taką decyzję nagle, w momencie, gdy część placówek planowała budżet według starych zasad i ma już pewne nadwykonania tegoroczne, a przecież czeka jeszcze na rozliczenie tych z ubiegłego roku. Nietrudno się domyślić, jaki będzie efekt: zostaną wstrzymane przyjęcia kolejnych pacjentów, a zapisy będą wznowione dopiero od przyszłego roku - przyznaje w rozmowie z WP abcZdrowie Filip Pawliczak, specjalista chorób wewnętrznych, w trakcie specjalizacji z kardiologii, z Naczelnej Izby Lekarskiej, przewodniczący Komisji ds. Lecznictwa Otwartego.
- W minionych latach ostatni kwartał zawsze był najtrudniejszy pod względem finansowym, co wiązało się z ograniczaniem zapisów. W tym roku sytuacja jest jednak na tyle zła, że pacjenci mogą mieć problem wcześniej, bo już nawet we wrześniu - przyznaje lekarz.
Wyjaśnia, że placówki, które mają kontrakt z NFZ, będą zmuszone do tego, by przyjmować pacjentów tylko w ramach określonych umową limitów.
- Oznacza to, że przyjmą ich po prostu mniej. To właśnie w czwartym kwartale słyszymy nagle, że w poradniach i oddziałach są remonty albo dziwnym trafem akurat teraz kończą się umowy podpisane z lekarzami. Chodzi o to, by wykazać, że poradnia nie jest w stanie przyjąć pacjentów, ale prawdziwym powodem jest brak pieniędzy od płatnika - zauważa ekspert.
- W efekcie pacjenci kardiologiczni będą wpadali w jeszcze dłuższe kolejki nie tylko w poradniach AOS, ale też w POZ, gdzie mamy przecież opiekę koordynowaną obejmującą m.in. ścieżkę kardiologiczną. To oznacza oczekiwanie na wizytę nawet 2-3 lata, co w kardiologii jest nie do przyjęcia - podkreśla lekarz.
Na wizytę za rok, na badania za dwa lata
W tym momencie pacjent, który chce sprawdzić terminy na wizytę w poradni kardiologicznej, nie może tego zrobić w wyszukiwarce terminów NFZ, bo te świadczenia zostały objęte e-rejestracją. W związku z tym można skorzystać ze swojego IKP (pacjenci ze skierowaniem) lub wyszukiwarki na stronie pacjent.gov.pl (zakładka: terminy-leczenia).
Przy czym wyszukiwarka pokaże wolne terminy (województwo, miasto) tylko w perspektywie 40 dni. Przy konkretnych placówkach pacjent zobaczy wówczas liczbę wszystkich wolnych terminów oraz konkretną datę tego, który jest najszybszy. W przypadku poradni, w których nie ma terminu w tym czasie, jest informacja o prognozowanym czasie oczekiwania, np. dwa miesiące.
Jeśli pacjent nie znajdzie dogodnego terminu w wybranej placówce w ciągu najbliższych 40 dni, może zapisać się do poczekalni. Otrzyma wówczas prognozowany termin wizyty. Kiedy będzie na początku kolejki i pojawi się wolny zostanie automatycznie zapisany na wizytę - podaje nam Centrum e-Zdrowia.
W Warszawie część poradni ma wolne terminy jeszcze na sierpień, ale w przypadku dużych specjalistycznych ośrodków to może być pół roku, a nawet rok. Tak jest w przypadku Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, gdzie trzeba czekać nawet 12 miesięcy. Z kolei w Lublinie można znaleźć wolne terminy jeszcze na wrzesień w dwóch dużych ośrodkach: Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym nr 4 i Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym, ale na wizytę w Przychodni Specjalistycznej Hipoteczna 4 trzeba czekać już 5 miesięcy. W Bydgoszczy w "Przychodni Gdańskiej" to 7 miesięcy.
Prof. Łukasz Małek, kardiolog sportowy, który kieruje Poradnią Kardiologii Sportowej w Centrum Kardiologii Klinicznej, zwraca też uwagę na dodatkowy problem, który też pogarsza sytuację pacjentów. Chodzi o zmiany w finansowaniu badań diagnostycznych, m.in. rezonansu i tomografii komputerowej.
- Wykonuję rezonanse serca na kontrakcie w różnych placówkach i w jednym miejscu - w dużym powiatowym szpitalu w województwie podlaskim - już od kilku miesięcy czekam na zapłacenie faktur. Początkowo myślałem, że to kwestia sezonu urlopowego, ale dostałem oficjalną wiadomość z księgowości, że to teraz "standard", bo wiele szpitali nie ma z czego płacić, nie ma nawet na zaliczki, bo czekają na spłatę zaległości z NFZ - przyznaje lekarz w rozmowie z WP abcZdrowie.
- Wykonuję badania na kontrakcie od ponad 10 lat i tak trudnej sytuacji nie było nigdy. Straciliśmy poczucie bezpieczeństwa, że za swoją pracę otrzymamy wynagrodzenie. Efektem będzie ograniczenie dostępu do świadczeń, bo lekarze nie będą chcieli tak pracować. Sam zakończę współpracę ze szpitalem, w którym mam niezapłacone faktury, jeśli zaległości będą się utrzymywać - zaznacza.
Kardiolog podkreśla, że w tym momencie na rezonans serca czeka się już co najmniej kilka miesięcy.
- W dużych specjalistycznych ośrodkach, np. szpitalach klinicznych o najwyższym stopniu referencyjności, to nawet rok albo dłużej. Takie są terminy w Warszawie, ale podobna sytuacja jest w innych dużych miastach. Mamy więc niebezpieczny paradoks, bo przecież to właśnie do takich ośrodków trafiają pacjenci z całej Polski, w bardzo poważnym stanie, wymagający specjalistycznego leczenia i stałej kontroli, którzy nie mogą tyle czekać na kluczowe badanie - zaznacza prof. Małek.
"Zapychanie" SOR-ów
- Co z tego, że skonsultowałem pacjenta kardiologicznie, jeśli muszę go odesłać na dodatkową diagnostykę obrazową? Po pierwsze, pacjent musiał więc czekać w kolejce na pierwszorazową wizytę, potem czeka na badania, a potem z wynikami ustawia się ponownie w kolejce do mnie. Mało kto będzie czekał, jeśli usłyszy, że to ma trwać rok albo dwa lata - ostrzega dr Pawliczak.
Efekt? - Pacjenci będą więc spychani do sektora prywatnego. Nie każdego jednak stać na to, by wykonać tomograf czy scyntygrafię prywatnie, bo to koszt nawet 1000-1500 zł, a potem zapłacić jeszcze za wizytę - zauważa lekarz.
- Pacjenci w oczekiwaniu na diagnostykę i w poczuciu zagrożenia będą więc pojawiać się na SOR-ze, by tam ich przebadano i ewentualnie przyjęto na oddział kardiologiczny. SOR-y i tak są już przeciążone, będą się więc zapychać pacjentami, których diagnostyka powinna odbyć się w szybkim trybie w poradniach - zwraca uwagę.
Zauważa, że ten problem pogłębia jeszcze presja NFZ dotycząca pierwszorazowych wizyt (chodzi o to, by placówka miała ich jak najwięcej; te, które się do tego nie stosują, mają ucinane finansowanie - red.). - Przyjmując więcej pacjentów pierwszorazowych, mamy automatycznie jeszcze więcej pacjentów w kolejce do badań i ponownych wizyt - zaznacza ekspert.
- Do tego dochodzą już wcześniejsze zmiany związane z finansowaniem badań diagnostycznych, co też wpłynęło na limitowanie tych świadczeń i wydłużenie kolejek. Przed tymi zmianami w niektórych szpitalach w województwie łódzkim już trzeba było czekać nawet pół roku, żeby wykonać tomografię tętnic wieńcowych - wyjaśnia.
Przyznaje, że zdarzało się, że pacjenci, którzy nawet mieli wyznaczony termin, byli przesuwani. - Nowi zapisywani są nawet na 2028 r. Tymczasem to nieinwazyjne badanie służy ocenie drożności tętnic i jest standardem np. przy wykluczeniu choroby wieńcowej, więc powinno być bez problemu dostępne - zaznacza. Dodaje, że choroba wieńcowa, jeśli nie jest odpowiednio leczona, może zagrażać życiu.
Dr Pawliczak wskazuje, że największe problemy z wydłużaniem kolejek w poradniach będą miały placówki, które nie mają dużego kontraktu, a działają na dużym obszarze, gdzie nie ma dostępu do innych takich placówek, czyli np. przy szpitalach powiatowych.
- Z drugiej strony ten problem nie ominie też dużych specjalistycznych ośrodków klinicznych, bo do nich non stop trafiają ciężkie, specyficzne przypadki z całej Polski. Ograniczając dostęp do diagnostyki i monitorowania pacjentów, którzy mogą nie być jeszcze pacjentami pilnymi, pudrujemy problem, odraczając go w czasie. Po 2-3 latach produkujemy w ten sposób chorych, którzy mogą być już w stanie zagrożenia życia i będą znacznie obciążać system szpitalny - podsumowuje lekarz.
Co na to NFZ? - Przesunięcie terminu płatności za nadwykonania w AOS było trudnym krokiem, ale niezbędnym do zapewnienia maksymalnej stabilności finansowej ochrony zdrowia - przyznaje w rozmowie z WP abcZdrowie Paweł Florek, dyrektor Biura Komunikacji Społecznej i Promocji. Przypomina, że luka finansowa jest na poziomie ok. 14 mld zł.
- Budżet NFZ jest najwyższy w historii i przekracza 223 mld zł na leczenie. Z drugiej strony koszty systemu są jeszcze wyższe i sama składka zdrowotna już nie wystarczy na pokrycie wszystkich zadań, które ma do realizacji Narodowy Fundusz Zdrowia. W tym - także wielokrotnie o tym mówiliśmy - sporym obciążeniem dla NFZ jest tzw. ustawa podwyżkowa - zwraca uwagę.
Wyjaśnia, że coroczne podwyżki dla personelu medycznego zapewnia ustawa, a skumulowany koszt rekomendacji AOTMiT to w tym roku ponad 72 mld zł, a więc 1/3 środków, które są dostępne w budżecie NFZ.
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.