Po zmianach NFZ pacjenci ruszają na SOR. Neurolodzy biją na alarm

Nawet dwa, trzy czy cztery lata trzeba czekać na wizytę u neurologa w części specjalistycznych poradni. Neurolodzy alarmują, że po ograniczeniu finansowania badań obrazowych coraz więcej pacjentów trafia na SOR tylko po to, by wykonać diagnostykę.

Kolejki do neurologa są coraz dłuższeKolejki do neurologa są coraz dłuższe
Źródło zdjęć: © Archiwum prywatne, Getty Images | Sebastian Condrea
Katarzyna Prus

Do neurologa za dwa lata

raportu Fundacji Watch Health Care, o którym pisaliśmy na początku roku, wynikało, że dostęp do neurologów jest coraz lepszy. Choć średni czas oczekiwania na wizytę nadal wynosił 2,6 miesiąca, to kolejka skróciła się o 1,6 miesiąca.

W międzyczasie zmieniły się jednak zasady finansowania diagnostyki, a konkretnie badań obrazowych oraz endoskopowych. NFZ nie płaci już za świadczenia ponad limit w całości - w przypadku badań obrazowych, czyli tomografii komputerowej i rezonansu magnetycznego, zapłaci placówkom 50 proc. stawki. Z powodu tych cięć wykonuje się mniej badań, a to wydłuża kolejki.

W niektórych województwach średni czas oczekiwania na wizytę u neurologa przekracza 100 lub nawet 200 dni. Dotyczy to m.in. województw: pomorskiego, warmińsko-mazurskiego czy mazowieckiego. Z wyszukiwarki terminów NFZ wynika, że w niektórych placówkach pierwsze wolne terminy są dopiero w 2029 lub 2030 r. 

Gigantyczne kolejki były już w połowie czerwca. Na Pomorzu można było wówczas znaleźć pojedyncze wolne terminy na koniec lipca czy koniec sierpnia, ale nie dotyczy to dużych ośrodków specjalistycznych czy klinicznych. W takich placówkach trzeba czekać znacznie dłużej. W Uniwersyteckim Centrum Klinicznym w Gdańsku pierwszy wolny termin do poradni neurologicznej był 4 grudnia 2029 r., a w przypadku poradni dla dzieci - 18 października 2028 r. W szpitalu Copernicus w Gdańsku poradnia dla dzieci przyjmowała dopiero 23 czerwca 2027 r., a dla dorosłych - 4 sierpnia 2027 r.  

W Olsztynie wolne terminy na ten rok miały tylko cztery poradnie, przy czym jedna z nich w Szpitalu Klinicznym Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji z Warmińsko-Mazurskim Centrum Onkologii w Olsztynie zapisywała dopiero na 30 grudnia. W tym samym mieście, ale w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym trzeba czekać do 7 września 2027 r., a w Wojewódzkim Specjalistycznym Szpitalu Dziecięcym im. prof. Stanisława Popowskiego aż do 28 lutego 2028 r.

W Warszawie były jeszcze terminy na koniec sierpnia tego roku, ale w znanych specjalistycznych ośrodkach nie ma na to szans. Szpital Bielański miał wolny termin dopiero 26 kwietnia 2028 r., Instytut Matki i Dziecka - 12 czerwca 2028 r., a Uniwersyteckie Centrum Kliniczne Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego zapisuje dopiero na 2030 r. (zarówno w przypadku poradni dla dzieci, jak i dla dorosłych).

Teraz terminy mogą być jeszcze bardziej odległe. Wczoraj nie mogliśmy jednak sprawdzić, jak bardzo wydłużyła się kolejka. Z czego to wynika? W związku z centralną e-rejestracją NFZ zmienił sposób informowania o wolnych terminach. Pierwszy wolny termin zastąpi prognozowany czas oczekiwania na świadczenie (ma być aktualizowany raz w miesiącu). "Do 10 lipca mogą wystąpić przejściowe krótkie przestoje w związku z synchronizacją danych" - poinformował nas Jakub Gołąb, zastępca dyrektora Biura Komunikacji Społecznej i Promocji w Centrali NFZ.

Tymczasem to właśnie diagnostyka obrazowa jest kluczowa w neurologii. - Badania obrazowe, w tym szczególnie rezonans głowy i rdzenia kręgowego, są kluczowe do postawienia diagnozy. Wywiad i badanie neurologiczne są istotne, ale nie są wystarczające do postawienia pełnej diagnozy, aby wytłumaczyć podłoże objawów np. bólu i zawrotów głowy czy innych zaburzeń układu nerwowego - tłumaczy w rozmowie z WP abcZdrowie prof. Konrad Rejdak, neurolog, kierownik Kliniki Neurologii USK nr 4 w Lublinie, członek Rady Programowej Europejskiej Akademii Neurologii.

Wyjaśnia, że są też różne zmiany patologiczne, które są "klinicznie nieme", czyli nie dają od razu symptomów, więc konieczna jest diagnostyka obrazowa. - Tak jest np. w przypadku guzów mózgu - precyzuje lekarz.

Szpitale mają problem

- Ograniczenie badań obrazowych, wynikające ze zmiany ich finansowania, może skończyć się oblężeniem szpitali, bo ścieżka ambulatoryjna, która przed tymi zmianami pozwalała w wielu przypadkach rozstrzygnąć o stanie chorego bez konieczności hospitalizacji, teraz znacznie się wydłużyła - ocenia prof. Rejdak.

Neurolog przyznaje, że już obserwuje skutki wprowadzonych zmian. - Widzimy niepokój u pacjentów, którzy z powodu wydłużenia się czasu oczekiwania na badania diagnostyczne, nawet o kilka miesięcy, zgłaszają się na SOR, by diagnostykę wykonać w szpitalu. A przecież mieliśmy dążyć do odwrotnego trendu, czyli do odciążania szpitali i oddziałów neurologicznych, w których powinni przebywać tylko pacjenci, u których jest to niezbędne - przypomina lekarz.

Według niego ma to związek z naciskiem (wymóg resortu zdrowia i NFZ) na przyjmowanie jak największej liczby pacjentów pierwszorazowych (placówki są za to premiowane, a te, które tego nie robią, mają obcinane finansowanie).

- Miało to skrócić kolejki do specjalistów i nawet działało do momentu zmian w finansowaniu diagnostyki. Teraz paradoksalnie nasila to problem, bo mamy więcej przyjętych pacjentów, czyli więcej potrzebuje diagnostyki. Szybkiej diagnostyki jednak nie ma. To właśnie ci pierwszorazowi pacjenci będą w dużej mierze "zapychać" system - uważa prof. Rejdak.

- Co nam z tego, że mamy krótszą kolejkę do specjalisty, jeśli pacjent utknie w kolejnej, żeby się dowiedzieć, co mu dolega? Jest prawie pewne, że wielu z nich od razu zgłosi się do szpitala. Ten mechanizm działał przecież przed "uwolnieniem" limitów - dodaje neurolog. 

Wyjaśnia, że w dużych poradniach, które działają przy szpitalach klinicznych i wielospecjalistycznych będą większe kolejki, bo tam są przede wszystkim leczeni chorzy z konkretnymi problemami neurologicznymi, którzy wymagają stałej kontroli. Dotyczy to zarówno leczenia dorosłych, jak i dzieci.

- W związku z tym osoba z nowymi objawami może się zderzyć z potężną ścianą kolejek, w której czekają setki, jeśli nie tysiące pacjentów. Na to nakładają się też problemy kadrowe, co chwilę zamykany jest jakiś oddział neurologiczny, a neurolodzy rezygnują z pracy w szpitalach i wybierają poradnie, które również mogą działać prywatnie - zauważa prof. Rejdak.

- Dlatego powinno być wyraźne rozróżnienie w systemie: pacjenci pierwszorazowi powinni być kierowani do poradni neurologicznej "ogólnej", a dopiero po konsultacji w takiej placówce kierowani do ośrodków specjalizujących się w konkretnych chorobach. Aktualnie nie ma konkretnej ścieżki, więc pacjent często idzie tam, gdzie się "trafi" lub gdzie oczekuje "najlepszej" porady. Często zaczyna więc od wysokospecjalistycznego ośrodka, nie mając żadnych badań wstępnych - przyznaje lekarz.

Będzie szybka ścieżka?

Prof. Rejdak uważa, że "wystarczyłaby mała zmiana", która poprawiłaby sytuację. - W tym momencie, żeby nadal nacisk na przyjmowanie pierwszorazowych pacjentów miał sens, powinno się im zapewnić dostęp do szybkiej ścieżki diagnostycznej, dzięki czemu mielibyśmy wykonaną pełną konsultację - wskazuje lekarz.

- Przy kolejnych wizytach jestem zwolennikiem racjonalizacji skierowań na badania, bo nie zawsze takie badanie faktycznie było potrzebne, a zdarzają się też pacjenci, którzy przy każdej zmianie poradni od razu robią rezonans, więc w skrajnych przypadkach to nawet kilka badań w roku, których powielanie nie ma uzasadnienia - dodaje neurolog.

Co na to NFZ? - Ewentualne stworzenie "szybkiej ścieżki" diagnostycznej leży poza kompetencjami NFZ - mówi w rozmowie z WP abcZdrowie Paweł Florek, dyrektor Biura Komunikacji Społecznej i Promocji NFZ. 

Zwraca jednak uwagę na osobny problem, który też może wpływać na wydłużenie kolejek.

- Część pacjentów, którzy są w stabilnym stanie i mają chorobę pod kontrolą, mogłaby kontynuować leczenie u lekarza POZ. Chodzi m.in. o kwestię wypisania kolejnej recepty. Dlatego wprowadziliśmy pewien "mobilizator", którego efektem był wzrost liczby przyjętych pacjentów, którzy czekali na swoją pierwszą wizytę u specjalisty. Zależy nam na tym, aby ci pacjenci szybciej trafiali do lekarza specjalisty, a pacjenci w ustabilizowanym stanie zdrowia mogli kontynuować leczenie w POZ - wyjaśnia.

- Nie wskazujemy arbitralnie, że automatycznie, np. po czterech wizytach, chory ma przejść pod opiekę lekarza POZ, bo może się okazać, że w konkretnym przypadku tych wizyt potrzeba więcej. Zakładamy jednak, że w części specjalizacji cztery wizyty wystarczą, aby zdiagnozować chorego, ustalić mu leczenie i wskazać ścieżkę postępowania. Tymczasem są sytuacje, że takich wizyt jest nawet dwa razy więcej, a możliwe, że nie zawsze ma to medyczne uzasadnienie - przyznaje.

Zapytaliśmy Ministerstwo Zdrowia, czy są szanse na "szybką ścieżkę" diagnostyczną w neurologii, chociażby w kontekście jednego z przyjętych przez resort priorytetów, czyli programu "Zdrowe serce, zdrowy mózg". W odpowiedzi resort przekazał nam, że pracuje nad projektem Odwrócona Piramida Świadczeń.

"Efektem będzie poprawa dostępności i skrócenie czasu oczekiwania poprzez przesunięcie znacznej części świadczeń z poziomu szpitali do AOS, zwiększenie dostępności do badań diagnostycznych w warunkach ambulatoryjnych (dzięki regulacjom sprzyjającym realizacji tych świadczeń w AOS), a także zmiana - tam, gdzie jest to możliwe - hospitalizacji kilkudniowych na rzecz jednodniowych" - zapewnia MZ.

Resort wyjaśnia, że ten projekt dotyczy pacjentów pierwszorazowych, ale jednocześnie zaznacza, że "nie jest znany termin rozpoczęcia prac nad obszarem neurologii".

Źródła: WP abcZdrowie, Narodowy Fundusz Zdrowia, Ministerstwo Zdrowia

Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.

Wybrane dla Ciebie