"Krew, pot i łzy". W szpitalu wojewódzkim korzysta z medycyny wojskowej
Ma 159 cm wzrostu, kupuje ubrania w dziale dziecięcym i pracuje na pierwszej linii chirurgii. Operuje, dyżuruje, przetacza krew, a między jednym a drugim zabiegiem przekonuje pacjentów, że zdrowie wymaga współpracy. Z okazji Dnia Kobiet w Chirurgii rozmawiamy z Anną Błażejczyk o sile, której nie mierzy się mięśniami, o macierzyństwie w cieniu skalpela i o kobietach, bez których żadna operacja by się nie udała.
Karolina Kowalska, dziennikarka Wirtualnej Polski: Dziś obchodzimy Dzień Kobiet w Chirurgii. Podobno jest was coraz więcej?
Anna Błażejczyk, chirurg ogólny, w trakcie specjalizacji z transfuzjologii klinicznej: To prawda. Wynika to po części z tego, że na wydziałach lekarskich studiuje więcej kobiet niż mężczyzn, ale też z coraz mniejszego zainteresowania mężczyzn tą dziedziną. Kiedyś, tak jak każdy chłopiec chciał zostać strażakiem, tak każdy student medycyny marzył, by zostać chirurgiem. Dziś, gdy dostęp do prestiżowych, intratnych specjalizacji, jak dermatologia czy endokrynologia, jest otwarty, mężczyźni chętniej wybierają dziedziny niezabiegowe. Trudno im się dziwić - chirurgia to krew, pot i łzy. Wymaga ogromnej wytrzymałości i determinacji, a często również tego, by poświęcić się jej bez reszty.
A siła? Chirurgia nie wymaga siły?
Niekoniecznie. To o ortopedach mówi się, że muszą być silni jak tur i co najmniej tak inteligentni. W chirurgii wymagana jest raczej wytrzymałość, niezbędna do wielogodzinnego stania przy stole operacyjnym. To ortopeda musi mieć siłę, by np. nastawić bark, dlatego dziewczyny na ortopedii, których na szczęście też jest coraz więcej, należą zwykle do tych wyższych i silniejszych. Najlepszym przykładem na to, że w chirurgii niekoniecznie liczy się siła, jestem ja - 159 cm wzrostu i 45 kg wagi, jedyny w szpitalu chirurg ogólny o wymiarach dwunastolatki. Wiem, bo ubrania kupuję często na dziale dziecięcym, wybieram te na 164 cm i wiek 13-14 lat. Są lekko za duże.
Dziś nie wypada komentować czyjegoś wyglądu, ale 15 lat temu, gdy zaczynała pani specjalizację, niewybredne komentarze były normą, szczególnie w męskim środowisku. Spotkała się pani ze złośliwymi uwagami?
Tak, choć nie były częste. Jestem absolwentką wydziału wojskowo-lekarskiego na Uniwersytecie Medycznym w Łodzi i choć nie wstąpiłam do wojska, po studiach wybrałam na miejsce specjalizacji klinikę wojskową. Na mój widok szef specjalizacji zapytał ordynatora, czy - cytuję - "robię sobie jaja". Ale że to wojsko, nie było dyskusji, musiał mnie przyjąć. Choć początki były trudne, szybko się dotarliśmy. Dziś uwagi dotyczące mojego wyglądu się nie zdarzają. Pracuję w szpitalu wojewódzkim, który jest na pierwszej linii chirurgii. Trafiają mi się najróżniejsze przypadki, od pacjentów z nożem w brzuchu, po pijanych z rozbitą głową. Mój wzrost łagodzi obyczaje. Awanturujący się pacjent spodziewa się wielkiego chłopa w chodakach, a zastaje kobietę wzrostu dwunastolatka. I od razu odpuszcza. Jeszcze lepiej reagują dzieci. Rodzice często mi mówią, że bali się płaczu na widok mężczyzny, a tu przyszła drobna pani, która jeszcze potrafi z dzieckiem porozmawiać. Bo jako matka trojga dzieci wiem, czym interesują się pacjenci w różnym wieku.
A mówiła pani, że chirurgia nie dopuszcza konkurencji. Rodzina to chyba poważny przeciwnik?
Pewnie, że tak. Dlatego pracuję w szpitalu wojewódzkim, a nie w klinice w wielkim mieście i zamiast skomplikowanych operacji przełyku czy zabiegów chirurgii robotowej, robię laparoskopie, zabiegi "prostsze", ale bardzo potrzebne. Kiedy na szóstym roku studiów wyszłam za mąż i zdecydowałam, że założę rodzinę z marynarzem, który po trzy miesiące spędza na morzu, wiedziałam, że klinika nie jest dla mnie. Ale spełniam się w tym, co robię.
Wybrała pani wydział wojskowo-lekarski, bo...
Chciałam być lekarzem wojskowym. Z domu rodzinnego wyniosłam idealistyczny, biało-czerwony obraz wojska jako uporządkowanej struktury, w której liczą się idee patriotyczne. Utrwalił go we mnie dziadek - żołnierz zawodowy. Jako 19-latka wyobrażałam sobie, że będę chirurgiem wojskowym pracującym w jednostce, a dodatkowo operującym w pobliskim szpitalu. Miałam jeździć z moimi żołnierzami na misje i poligony. Studia zweryfikowały plany i wyobrażenia. Wojsko z tamtego okresu to był bałagan, niejasne zasady awansu, brak perspektyw.
Trafiłam na lata po likwidacji Wojskowej Akademii Medycznej, kiedy do armii wstępowało się na szóstym roku, podpisując kontrakt z Wojskiem Polskim, a ponieważ nie pozwolono mi tego kontraktu skonsultować z prawnikiem, to go nie podpisałam i nie zostałam lekarzem wojskowym. Inaczej niż lekarze wojskowi przed nami i ci po nas, nie otrzymywaliśmy żołdu, nie mieszkaliśmy w wojskowym akademiku ani nie nosiliśmy munduru. Mieliśmy za to wszystkie przedmioty wojskowe, a więc strzelnicę czy medycynę taktyczną.
Od początku oswajaliśmy się z widokami, jakich oszczędza się medykom cywilnym. Uczyliśmy się, jak pocisk penetruje do rany, jak oddaje energię kinetyczną, jak wyglądają jamy po pocisku. Oglądaliśmy je na zdjęciach z misji, uczyliśmy się od lekarzy wojskowych, którzy operowali w szpitalach polowych. To bezcenna wiedza, która przygotowała mnie nie tylko na działania w sytuacji konfliktu zbrojnego, ale do codziennej pracy chirurga na pierwszej linii.
Wykorzystuje pani medycynę wojskową w szpitalu wojewódzkim?
Do takich szpitali, jak nasz, trafiają ciężkie urazy, które po zabezpieczeniu przekazujemy do szpitali wyższego poziomu. Tu też dokonujemy amputacji palców, stóp czy kończyn u osób ze stopą cukrzycową. Nie tylko dlatego, że to zabiegi pilne, ale dlatego że szpitale kliniczne odsyłają je niżej, do nas, słusznie wychodząc z założenia, że są od skomplikowanych operacji przełyku czy trzustki.
Liczy się pani z tym, że w razie "W" będzie pani operować rannych z linii frontu?
Jestem na to gotowa, choć mam nadzieję, że do konfliktu zbrojnego jednak nie dojdzie. Nie tylko ze względu na moje dzieci, ale na wszystkich ludzi. Choć nie jestem lekarzem wojskowym, zostałam w rezerwie. Złożyłam przysięgę i można mnie powołać. Nie wyobrażam sobie, bym miała dążyć do zmiany kategorii z obecnej "A". Tyle że część mnie cieszy się, że nie zostałam żołnierzem. Każdy żołnierz, również lekarz wojskowy, ma broń i czasami musi zabić człowieka. A na zabijanie nie pozwalają mi z jednej strony przekonania religijne, a z drugiej misja lekarza, który ma życie ratować.
Chciałaby pani, żeby pani dzieci zostały chirurgami?
Jeśli zechcą, to oczywiście. Nikomu nie odmawiam spełniania marzeń, ale też nie owijam w bawełnę. Studentkom i córkom znajomych, mówię wprost: To fajna praca, ale czasami pot, krew i łzy, czasami pacjent ci umrze, a to ogromnie obciąża psychicznie, więc potrzebujesz grubej skóry nosorożca. Moja najstarsza córka jest w klasie biologiczno-chemicznej i ma predyspozycje psychiczne do bycia chirurgiem, ale może ją wykluczać choroba kręgosłupa. Choć - kto wie - może za kilka lat medycyna tak pójdzie do przodu, że zabiegi nie będą wymagały wielogodzinnego stania przy stole. Niedawno na biologii robili preparaty serca i nerki dzika i Blanka, jako jedna z nielicznych, nie odwracała oczu od stołu. Jej kolegom, którzy woleli patrzeć w okno, nie wróżę kariery w chirurgii, bo tu zdarzają się różne obrazy i zapachy, czasem leje się kupa...
A młodsi?
Kaja powtarza, że chce zostać chirurgiem albo księżniczką. Lubi kolor różowy i dlatego z pozostałą dwójką wybrali mi różowy czepek chirurgiczny z wizerunkiem bohaterki przedszkolaków Kici Koci. A Maksym powiedział, że lekarzem nie zostanie, bo nie chce, żeby ktoś dźgnął go nożem w brzuch. Aż mnie zmroziło, bo w domu nie mamy telewizora, a i tak dowiedział się w przedszkolu o śmierci ortopedy w szpitalu w Krakowie. Miał wtedy 5 lat. Blance zdarza się przeżywać, że ktoś w tramwaju o kolejki oskarżał "leniwych konowałów". A przecież na co dzień widzi, ile wysiłku i serca wkładam w swoją pracę.
Trudno zarzucić pani lenistwo. Dyżury, pracę w szpitalu i poradni godzi pani z pracą w Regionalnym Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa. Jest pani w trakcie drugiej specjalizacji z transfuzjologii klinicznej i przetacza krew.
I szczerze mówiąc wciąż nie mogę w to uwierzyć. Propozycja pracy w RCKiK przyszła, gdy byłam na urlopie macierzyńskim. Kolega zadzwonił, że w stacji brakuje im lekarza, a ja mogłabym go zastąpić i przy okazji wyrwać się z domu. Zgodziłam się i przepadłam. Na studiach transfuzjologia była najnudniejszym przedmiotem, a stacja krwiodawstwa przypominała laboratorium Magdy, żony serialowego "Czterdziestolatka". Czysty PRL. Tu okazało się, że to fascynująca dziedzina, która wzbogaca mnie jako chirurga. Wiem na przykład, że nie zawsze trzeba toczyć krew, bo człowiek czasem się immunizuje, reagując na obce białko. Transfuzjologia pomaga mi jako chirurgowi, a chirurgia jako transfuzjologowi.
Jak godzi pani pracę lekarza z - w dużej mierze samodzielnym - macierzyństwem?
Mój mąż wypływa czasem na trzy miesiące, ale potem wraca do domu i zajmuje się dziećmi. Przez wiele tygodni rzeczywiście jestem sama. Nie biorę wtedy tak wielu dyżurów, nie jeżdżę na konferencje. Wiele godzin spędzam w poradni chirurgicznej, gdzie zamiast operować planowo czy na ostro przekonuję pacjentów, że ich powrót do zdrowia wymaga współdziałania, które z ich strony wiąże się np. z rzuceniem palenia. Mam też wspaniały zespół złożony głównie z mężczyzn - prócz mnie jest jeszcze lekarka rezydentka - którzy traktują mnie po partnersku, dzielą się wiedzą i wspierają. Wiem jednak, że to niekoniecznie norma. Od koleżanek z wielkich klinik słyszę, że trudno im się dopchać do stołu operacyjnego, że chciałyby wykonywać skomplikowane operacje robotowe, ale te są zarezerwowane dla dwóch panów, którzy nie oddadzą pola. Wreszcie, znam historie kobiet, które po urodzeniu dziecka musiały pożegnać się z wielką, kliniczną chirurgią.
Bo jako ciężarne, a potem młode matki, nie musiały dyżurować?
To bardziej złożona kwestia. Starsi koledzy z równym zdumieniem reagowali na komunikat, że nie dyżuruję, bo mam małe dziecko, jak na oświadczenie kolegi, że idzie na urlop ojcowski. Bo jak to? Nie możesz zostawić tego dziecka z babcią? Albo z żoną? Przecież chirurgia jest najważniejsza. Teraz to się zmienia, ale ta dziedzina to rzeczywiście zazdrosna partnerka. Nie znam nikogo, kto potrafiłby połączyć skomplikowane operacje i karierę naukową z czasem dla rodziny, nie spotkałam takiego geniusza. Niektóre koleżanki po narodzinach dzieci musiały pożegnać się z kliniką i zamiast operować przełyki, przyjmują w poradni. To praca niemniej potrzebna, jednak one przypłaciły to żałobą po dawnych marzeniach. I jednocześnie żalem do siebie, że mimo spełnienia marzenia o macierzyństwie, w ogóle tę żałobę przeżywają. To jest w stanie zrozumieć tylko druga kobieta chirurg, więc dobrze, że jest nas coraz więcej.
Na stronie Kobiety w Chirurgii znalazło się zdanie: "Jesteśmy cichymi bohaterkami sal operacyjnych. W tym dniu czas, byśmy zabłysły jak lampa chirurgiczna". Naprawdę wciąż jesteście niewidoczne?
Tu chodzi o pielęgniarki, instrumentariuszki, położne, słowem - kobiety, które nie operują, ale bez których nie byłoby żadnej udanej operacji. Bo z kim kojarzą nam się kobiety w chirurgii? Z lekarkami. A prócz lekarek na sali operacyjnej jest cała masa kobiet - wciąż głownie kobiet - o których się nie mówi. A bez sprawnej instrumentariuszki, która odgaduje mój ruch z wyprzedzeniem i podaje mi narzędzie, o które nie zdążyłam nawet poprosić, nie ma naprawdę udanego zabiegu. W Dniu Kobiet w Chirurgii pamiętajmy szczególnie właśnie o tych, o których na co dzień jest cicho.
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.